Stryjeńska. Diabli nadali

Angelika Kuźniak
#
  • Czarne
    grudzień 2015
    133 × 215
    332 strony
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-8049-179-3

Fragment najnowszej książki Angeliki Kuźniak Stryjeńska. Diabli nadali opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne.

Copyright: Czarne


L'Exposition

Trudno ustalić, kiedy przyszła ta wiadomość. Nie ma koperty ani nagłówka z datą.

Na pewno list czekał na Zofię, gdy wróciła z Warszawy do Zakopanego. Mógł być więc na przykład czerwiec 1924 roku, może kilka tygodni wcześniej. Tym razem Warchałowski proponuje Stryjeńskiej namalowanie do Paryża sześciu obrazów. Każdy trzysta dziesięć na trzysta dziewięćdziesiąt pięć centymetrów. Musiałaby na kilka miesięcy przyjechać do Warszawy. Prace trzeba zacząć już.

Pod koniec lipca Zofia informuje Warchałowskiego „o gotowości do wykonania tej bądź co bądź niemałej i dosyć odpowiedzialnej pracy”. I negocjuje: „Jeżeli mi zostanie dostarczony materiał, otrzymam 8 tysięcy złotych za całość i tak: od razu dwa tysiące, a po oddaniu 3 obrazów 3 tysiące, a po oddaniu całości 3 tysiące. Jeżeli jednak sama mam dostarczać materiały i pomocy technicznej, liczę sobie 2 tysiące za obraz [...]”.

Warchałowski zgadza się, ale na siedem tysięcy.

Stryjeńska przyjmuje warunki. Wprawdzie pisze, że prag­nęłaby szybko wyjechać, ale prace będzie mogła rozpocząć dopiero 10 października. Chce wykończyć w Krakowie Sielan­ki Szymonowica.

Dzień przed planowanym przyjazdem Zofii do Warszawy Warchałowski przysyła kolejny list. Prace chwilowo wstrzyma­ne. „Blejtramy (do składania), 6 sztuk, gotowe, płótno przycięte, materiał do zagruntowania przygotowany, rysownik do pomo­cy umówiony, ale nie ma jeszcze miejsca, w którym mogłaby malować.

Pięć dni później informuje, że miejsce znalazł: Zamek Kró­lewski, sala numer 193 (zlecił już opalanie), drugie piętro. Pod koniec października 1924 roku płótna do panneaux czekają rozpięte na blejtramach.

Tymczasem Zofia przestała odpowiadać na listy.

27 października zrozpaczony Warchałowski prosi o pomoc Stryjeńskiego: „Kochany Panie Karolu [...] z wielkim trudem udało nam się znaleźć salę na Zamku dla Zosi. Blejtramy przygotowane. Pisałem do niej, a teraz depeszowałem w sobotę; Żadnej odpowiedzi. Proszę o [...] radę, co robić. Sprawa bardzo pilna i kapitalnej wagi”.

Stryjeński odpisuje z Zakopanego dwa dni później: „Zosia jest w Krakowie (tzn. w tej chwili jest), wczoraj tam telefonowałem i była. Adres Starowiślna 89, tam bywa codziennie. Wyjeżdżając stąd, mówiła, że jedzie do Warszawy, żeby sprzedać Sielanki, które zrobiła, i oddać Panu pieniądze, bo do Paryża robić nie myśli. Uważam jednak, że to tere-fere i łatwo będzie ją przerobić. Najlepiej zabrać ją, jak Pan będzie w Krakowie. Zwymyślać i obiecać większe honorarium. Na razie zadepeszować do Krakowa po nią. (Może by ten pan, który ma jej pomagać, mógł po nią się przejechać, ona lubi niespodzianki i pomocników)”.

Nie. Nie ma o czym gadać. Nigdzie nie pojedzie. Postanowiła „Moje miejsce jest przy dzieciach i mężu – pisze w listopadzie, zdążyła już wrócić do Zakopanego. – Tak! Nie oddam nikomu moich lubych myszek. Niech diabli biorą wszystko!”.

Chociaż... gdyby jednak pojechać? Robota zajmie nie więcej niż kilka tygodni. Będzie mieć pieniądze, zamieszka z dziećmi. I już się z nimi nie rozstanie.

Idzie na dworzec po bilety.

Za chwilę znów się waha: „Czy uczciwym jest odrzucać tak od siebie bezbronne najdroższe istoty, mające prawo do miłości i opieki matki, która je na świat wydała? Czy wolno tak odsunąć z drogi brutalną ręką cudowne pąki życia? Czy aby wyrzeczenie się oglądania ich rozkosznych buziaczków i obcowania z ich najsłodszymi duszyczkami, choćby na kilka tygodni, nie będzie stratą, która nie da się powetować? Zawsze tak pragnęłam rezygnować z malarstwa, teraz mam do tego racjonalny powód. Na cóż czekam jeszcze? Odpiszę p. Jerzemu, że nie podejmuję się tej pracy”.

Wraca więc.

„Jednak – rozważa w domu dalej – cóż za przesada właściwie. Dzieci idą w dobre ręce, będą mieć dobrą opiekę niańki i Żańci, do której mogę mieć pełne zaufanie, znając skądinąd jej wprost pedanterię w wypełnianiu obowiązków. Mój Boże, pomimo wszystkich fochów przecież są to dzieci jej brata i opieka nad nimi ułatwi jej nawet wyładowanie uczuć cieplejszych, zmagazynowanych w niebezpiecznej już ilości. A same dzieci? Właściwie cóż takie mikrokosmy mogą rozumieć, czy tam pochyla się nad nimi taka lub inna twarz... [...] Żańcia już uprzedzona listownie, a wczoraj dodatkowo telegramem, będzie czekać w Krakowie. Głupio wyglądają moje wahania! Idę na stację kupić bilety!”.

Kupione.

Walizki oddała do przechowalni na dworcu. Trudniej będzie się rozmyślić.

„Oddycham. Wracam ścieżką przez pola. Już noc, ciepła noc, świerszcze bzykają, ziemia pachnie, tak, tak... a moje pisklęta wygnane z domu. Wyrok nad nimi wydany. Matka rodzona na bruk je wyrzuca jak śmieci. Przeszkodą są do sztuki, do pacykarstwa, do zaspokojenia pychy, do nasycenia chciwości. Za srebrniki Judasza sprzedaje matka własne niewinne ofiary. Żywe serduszka podeptane dla szatańskiej ambicji... Nie! Nie mogę tak postąpić. Nie powinnam znieść ani chwili myśli popełnienia takiego okrucieństwa! Stop! Wracam na dworzec, oddam kasjerowi bilety, odbiorę toboły, zostanę z dziećmi. Szlag by trafił całą sztukę. Szlag by trafił wszystkie problemy!... Moje ślicznotki, moi syneczkowie, sierotki moje biedne...”.

Bilety – podarte.

„Chociaż... niedobrze robię, depcząc tak kategorycznie całą przyszłość. Czyż to mało ludzi poświęcało swe osobiste pragnienia w ofierze większemu dziełu? Cóż są dzieci? Pospolita rzecz. Wychowają się, urosną i pójdą w świat, a legenda prasłowiańska o zmierzchłych bogach, która mogła być obwieszczona, zginie razem z moją młodością. O jak źle czynię, sprzedając swoją lutnię za syty spokój mieszczański. Bogowie mszczą się”.

Znów stoi przy kasie.

„Ale [...] tu chodzi o los żyjących istot. Wracam do nich i kwita. Postanawiam pilnie odebrać toboły i skończyć z tym całym wyjazdem. [...] Następnego dnia po męce całonocnej kupiłam nowe bilety, odwiozłam dzieci na Starowiślną, po czym pojechałam do Warszawy służyć słowiańskim bóstwom”.

Warszawa.

Warunki paskudne. W Zamku Królewskim trwa remom Wszędzie wiadra, krzesła, pędzle. Grajdoł. Przez zachlapani farbą okna światło pada na płótna nierównomiernie. I do tego „psie zimno”, opalanie nic nie dało.

Przy gruntowaniu płócien pomaga Stryjeńskiej profesor Tadeusz Noskowski z Miejskiej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Malarstwa w Warszawie. Czyszczeniem pędzli i mieszaniem farb zajmuje się dwóch uczniów Szkoły Sztuk Pięknych.

Stryjeńska kończy pracę w marcu 1925 roku.

Warchałowski chce natychmiast wysłać obrazy do Francji.

Państwo udzieliło wprawdzie na ten cel specjalnych kredytów, ale kolej odmówiła transportu, tłumacząc się brakiem wagonów. Tadeusz Stryjeński, który był doradcą technicznym przy projekcie wystawy, pobiegł do Zarządu Kolei z lagą.

Wagony się znalazły.

Stryjeńska też wyjeżdża do Paryża. By domalować „pewne szczegóły”.

Karol już tam jest. Zaprojektował między innymi kiosk, w którym sprzedawano wyroby ludowe, oraz scenkę na wy­stępy zespołu góralskiego.

Mieszkają osobno. On z Jastrzębowskimi w hotelu. Zocha chodzi więc z „gębą tak ponurą, że psy czmychają”. Raz  wspo­mina Jarosław Iwaszkiewicz – dopadła Karola, gdy jadł śniada­nie w bistro. „[...] z rewolwerem w ręku goniła [Stryjeńskiego] w kółko na rogu bulwarów Raspail i Montparnasse, a my z [Augustem] Zamoyskim biegaliśmy za nimi, dopóki zmęczona pani Zosia nie oddała swej broni w ręce Gucia i nie zasiadła z nami do stołu”.

Innym razem spotykają się w drodze do pawilonu. Karol idzie z Jastrzębowskim. Gdy się mijają, Stryjeńska rzuca w kierunku Jastrzębowskiego „silne przekleństwo”. Ten napada na nią z wrzaskiem. Karol przeprasza przyjaciela i – jak pisze Zocha – „pokazuje kółko na czole, wskazując na mnie”.

Nazajutrz oświadcza Stryjeńskiej, żeby „nie liczyła na dalsze z nim pożycie”.

Przyjaciele na uroczystej kolacji tuż przed otwarciem wystawy postanawiają ich jednak pogodzić. Przy stole wystawcy, ich żony, artyści. Zofia i Karol siedzą przy dwóch przeciwległych krańcach.

Wspomina Maria Morozowicz-Szczepkowska: „W pewnym momencie komisarz wystawy Jerzy Warchałowski wstał, zadzwonił w kieliszek i okrężną drogą, mówiąc o trudach, wysiłku i daj Boże zwycięstwie polskich artystów w tym wielkim międzynarodowym targowisku sztuki, gdzie rywalizuje z sobą tyle narodów, napomknął w bardzo dowcipny sposób o gaździe i gaździnie [zwrócił się w stronę Stryjeńskich], że – jakże to – oboje zasobni w talenty, oboje jednako pracowici i utrudzeni w sztuce i tak jakoś... Mowę przerywały śmiechy, okrzyki, za­chęty, a gdy doszedł do punktu kulminacyjnego: »Pogódźcie się!« – zerwaliśmy się z miejsc, usadowiliśmy skłóconą parę małżeńską obok siebie i zaczęliśmy wiwatować na ich cześć, pić ich zdrowie. Cieszyliśmy się serdecznie, gdy niepotrzebnie rozerwane małżeństwo pocałowało się [...]. Uszczęśliwieni i weseli, wyszliśmy wszyscy razem, aby udać się po tak owoc­nie spędzonym wieczorze na spoczynek. Szliśmy całą gromadą mniej więcej w tym samym kierunku, śmiejąc się, gaworząc: Kotarbińscy, Kunowie, my z Janem przedostatni, za nami Zosia z Karolem. A padał deszcz, na ulicy kałuże i błoto [...]. W pew­nym momencie słyszę wyraźnie głos Zosi:

– Widzisz, Szczepkowski prowadzi żonę pod rękę, a ty... co? Nagle powstaje jakieś zamieszanie, obracamy się i widzimy: Karol Stryjeński leży w rynsztoku, kapelusz jego potoczył się na mokrą jezdnię, a Zosia wykrzykując: »Dureń! Cymbał!« rwie w siną dal. Nie pomogły nawoływania, roztrącając po wszystkich zginęła nam z oczu ze słowami pogardy w ustach .

Międzynarodowa Wystawa Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego w Paryżu rozpoczyna się 28 kwietnia 1925 roku.

Da polskiego pawilonu, który zaprojektował Józef Czajkowski, wchodziło się przez portyk z inskrypcją „République Polonaise”. Pośrodku atrium stała rzeźba Henryka Kuny Rytm.

Ściany prostych, geometrycznych podcieni podwórca zdobiły sgraffita Wojciecha Jastrzębowskiego przedstawiające herby miast Polski.

Z atrium wchodziło się do westybulu, w którym można było oglądać witraże Józefa Mehoffera zaprojektowane do kaplicy Świętego Krzyża w katedrze wawelskiej.

Wnętrze ośmiobocznego salonu w centrum pawilonu przykrytego „krystaliczną” szklaną kopułą wspartą na ośmiu dębowych kolumnach było oświetlone rozproszonym światłem, niedocierającym wprost do ścian. Na nich wisiały panneaux Stryjeńskiej. (Pod obrazami, przy ścianach stały przysadziste ławy zaprojektowane przez Karola).

Krytycy byli zgodni: Zofia miała trudne zadanie. Panneaux musiały być widoczne, a równocześnie nie mogły zdominować architektury.

Każdy z sześciu obrazów to alegoria dwóch miesięcy roku. Badacze twórczości Stryjeńskiej uważają, że Zofia już na miejscu wprowadziła wiele zmian. Widać to na zdjęciach zrobionych tuż po montażu obrazów w pawilonie. Na niektórych pojawiły się napisy z nazwami miesięcy, na innych podpisy zostały zmienione. Zmienił się też wygląd postaci, przemalowane zostały stroje. Mężczyzna, który na obrazie Wrzesień-październik trzymał strzelbę, teraz niesie łuk, w Marcu-kwietniu pojawiły się wiadra. W górnej części ciągle widać scenę śmigusa-dyngusa, ale zniknął kot u stóp mężczyzny lejącego wodę. Historyk sztuki Światosław Lenartowicz nie wyklucza, że Stryjeńskiej nie było przy montażu obrazów, a kiedy przyjechała do Paryża, okazało się, że jest za późno na ich przewieszenie. Mogła już tylko inaczej je podpisać lub zmienić szczegóły „Na zdjęciu przedstawiającym Wrzesień-październik widać, że napisy »maj« i »czerwiec« zostały namalowane na przetartym fragmencie płótna, czyli w miejscu, gdzie wcześniej dokonano już jakichś zmian”.

Krytycy w ekstazie. „Cóż to za postacie! Co za stroje ich! Co za pomysły postaci! – zachwyca się Jan Kleczyński w „Świecie” – Na przykład Styczeń i Luty – niby pióra mają na głowie – ale nie! To kwiaty mrozu, zmarzłego na szybach – a czapki ich to jakieś kryształy ogromne! Sierpień – to przecudna anielska postać z legendy, bohater – poeta – kochanek – artysta – bożek. Postacie są otoczone scenami z życia, obyczaju i pieśni ludo­wej. Tu wianki puszczają na wodę – ach, co to za woda – to fale stylizowane, zaznaczone tak, jak je mogli właśnie malo­wać prymitywi. Tu znów para krakowska tańczy krakowiaka.

Dziewucha zęby szczerzy, przegina się, wesoła, mocna, strojna jak łąka. A tam polonez. Szlachcic wąsa kręci. Boże, co też za wąsy, [...] a ona, szlachcianeczka, co za ruch zalotny, skromny godny, a wesoły, a tam z łuku strzelają ptaki – a ówdzie przez ogień skaczą chłopcy – a jeszcze gdzie indziej na starodawnym wózku panienki jadą na polowanie – a tu pijany Bachus słowiański tryska winem jak fontanna. Nie, nie można tego opisać. Trzeba zdjąć kapelusz i cicho, skromnie powiedzieć – ale tak, żeby cała ziemia polska usłyszała: »Niechże tej genialnej Artystki strzeże anioł, który czuwa nad wielkością sztuki polskiej, narodowej«”.

Recenzent „Kuriera Warszawskiego” zwraca uwagę na podobieństwo panneaux do iluminacji w średniowiecznych rękopisach: „Są równie barwne i bogate, równie nieskrępowane żadnymi konwencjonalnymi przepisami. I tu, i tam ludzie i zwierzęta występują w fantastycznych układach, w strojach bajecznych, i tu, i tam kipią szalonym życiem, i tu, jak tam motywy nie powtarzają się... A jeżeli to dla układu konieczne, to na przykład w każdym panneau są po dwie postacie centralne, wyobrażające po dwa sąsiadujące z sobą miesiące, ale nigdy te Lelum [i] Polelum nie są do siebie podobne, zawsze indywidualnie odrębne, zawsze kapitalne w ruchu, przybrane raz w szrony zimowe i jakby arabeski z zamarzniętych okien, to znów płody lata czy wiosny, w ornamenty, mieniące się wszystkimi barwami. [...] To jest prawdziwie niedoścignione bogactwo malarskiej wyobraźni. I co za swoboda, lekkość i pewność rysunku! [...] Kultura techniczna Stryjeńskiej ma swe źródłu zarówno w J. Kossaku i Wyspiańskim, jak też w ostatnich tendencjach pokubistycznych do uproszczeń rysunku i swobody kolorytu, nieskrępowanych pracownianym realizmem. Wrodzone poczucie miary i właśnie odczucie potrzeby artystycznego realizmu stworzyło wielkiej artystce swobodę w interpretowaniu każdej formy, która jest lapidarna i prosta. Pomysły tej formy bywają po prostu heroiczne, jak na przykład skrótem form wyrażona, kilkoma falami-liniami rzeka, na którą dziewczyna rzuca wianek. Rysunek w parach tanecznych jest chyba i ekstraktem samych cech charakterystycznych. Nic zbędnego tu nie zaznaczono, jak tylko kokieterię, siłę, ruch, zapamiętanie”.