Skoruń

Maciej Płaza
#
  • W.A.B.
    wrzesień 2015
    194 x 123
    368 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 9788328021365

Fragment książki Skoruń Macieja Płazy opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.

Copyright: W.A.B.

Kto wie, kiedy następnym razem pojechałbym na Pen­sylwanię, gdyby tydzień później ojciec się nie pochoro­wał. Zdążyliśmy zrobić prawie wszystko: ojciec chciał uwinąć się jak najszybciej, bo choć nie robił tego za darmo, nawet nie za chłopską, sąsiedzką przysługę, nie za parę skrzynek jabłek czy opryskanie sadu, tylko jak trzeba, za pieniądze i część drewna na opał, to nigdy nie lubił najemnej roboty. Spieszył się, jak gdyby przy takiej pracy czas był na zawsze tracony, jak piach, co się sypie przez palce. Dnia było przecież coraz mniej. Ojciec zabierał mnie, gdy tylko wracałem ze szkoły, pod­łączaliśmy wyrywacz i gnaliśmy do Przewłoki. Mieliśmy skończyć w tydzień, do soboty, ale w piątek ojciec za­czął się skarżyć, że łamie go w stawach, rozbłyszczały mu się oczy, a w sobotę rano leżał już z gorączką. Ubrał się, chciał jechać do roboty, ale matka siłą zatrzymała go w chałupie. Dał się rozebrać, przykryć kołdrą, popijał mleko z czosnkiem i miodem, mamrotał przekleństwa, niby pod nosem, ale tak, że słyszałem za drzwiami. Nagle zawołał mnie i wychrypiał:

- Skocz no do Grochala i powiedz, że się namyśli­łem. Chcę połowę pni. Niejedną trzecią, tylko połowę.

Wyślepiłem się, aż mi oczy omal nie wypadły.

- Umawialiśmy się na jedną trzecią. Jak mu dziś nie dam znać, że się rozmyśliłem, to je sprzeda Samelom. Tak zapowiadał. No już, ganiaj.

- Czym?

- Przecie nie mercedesem, bo nie mamy. Na rower wsiadaj, goń. Powiedz też, że robotę dokończymy, jak wstanę. Wyrywacza mu nie pożyczę, nie daj mu nawet dyskutować. No, jedźże.

Przez chwilę pomyślałem, że skoro tydzień wcześ­niej Grochal pofatygował się na plebanię i z telefonu proboszcza zadzwonił do naszego sołtysa, by przy­pomnieć ojcu o robocie, to łatwiej i szybciej byłoby zrobić teraz na odwrót. Przed oczyma mignęła mi Lip­cówka , śliczna, trącona córka sołtysa. Miałem ocho­tę ją zobaczyć. Ale nie mogłem liczyć na to, by przewłocki proboszcz chciał fatygować się do Grochala i wołać go do telefonu, to działało tylko w jedną stro­nę. Boże mój deszczowy, pomyślałem, październikowa karo za sierpniowe grzechy, czemuś akurat dziś podkusił ojca do handryczenia się z Grochalem o drew­no? Obwiązałem się gumowym płaszczem, wsiadłem na rower i pojechałem, sieczony mżawką to z lewa, to z prawa.

Nie od razu dojechałem do Grochala. W którejś chwili wprawdzie przeszło mi przez myśl, że powinienem najpierw wypełnić ojcowskie przykazanie - a nuż Samela, nie zważając na deszcz, przyjedzie z przycze­pą i odkupi pnie? - ale potem już o tym nie myślałem. Bo gdy brnąłem rowerem przez błotniste koleiny, samo mi się popatrywało w bok na dworskie dęby. W końcu zatrzymałem się i wtargałem rower pod najbliższe drze­wo. Otarłem deszcz z twarzy. Byłem na szczycie wzgó­rza, z którego kiedyś hrabiostwo Osińscy mieli widok na swój folwark, a teraz co najwyżej Grochal mógł podziwiać ziemię, którąśmy z ojcem golili pod jego przy­szły sad. Dwór był poszarzały, uchlapany błotem po same okna. Siedział w sobie mocno, i nic dziwnego: nie był drewniany, jak się zdawało z daleka, tylko mu­rowany, nie zgarbił się więc, nie osiadł. Mieszkalna była tylko połowa. Siekierscy wycięli hrabiowskiemu domiszczu figiel: zamieszkali w jednej połówce, a drugą oddali dobytkowi. W hrabiowskich pokojach zmieściły się obórka, kurnik, chyba nawet chlewik. Z tych obórek i kurników poprzebijali wyjścia na podwórze, więc całe jedno skrzydło było dziurawe jak po armatnim ostrzale, połatane rozchwierutanymi drzwiami. Drugie skrzydło było całe, już tylko ono przypominało dwór, choć i tak ledwo, ledwo.

Okna były ciemne. Pomyślało mi się, że pewnie są ciemne każdego wieczoru, i może od tej myśli, a może tylko od przemarznięcia, przebiegł mnie dreszcz. Pod­szedłem bliżej; zdawało mi się, że będę mógł zajrzeć w szczytowe okno, ale nie, było zamazane smugami brudu, zasłonięte szarą firanką. Znów pomyślałem o Sameli, może pędzącym już z przyczepą po przyobieca­ne pnie, ale pomyślałem tylko przez chwilę, nie dłużej. Wytoczyłem rower spod dębu i pomału wszedłem na podwórze.

Sam nie wiem, co chciałem zrobić, pewnie oprzeć rower o ścianę lub rdzewiejący w kącie podwórza stary siewnik i obejść dom naokoło, może pozaglądać głębiej w szare okna. Ale wyszło na to, że któreś z okien wyj­rzało na mnie, bo nagle w zgrabnym dworskim ganku rozległ się rumor. Cisnąłem rower w błoto i schowałem się za siewnikiem. W wejściowych drzwiach poruszyła się klamka, raz, drugi. Potem cisza, znów dwa szarpnię­cia, a jeszcze później drzwi zaczęły jakby zataczać koła: daję słowo, stare zawiasy były tak obluzowane, że drzwi mogły się poruszać wkoło i właśnie tak się poruszały. Zakręciły się cztery, może pięć razy, potem szczęknęło w środku, znów szarpnęło klamką - i drzwi buchnęły na zewnątrz, jak gdyby wysadził je wybuch granatu. Na po­dwórze wybiegła Siekierska. Nie była ubrana na tę pogo­dę, dlatego właśnie pomyślałem sobie, że to mój widok w oknie skłonił ją do ucieczki. W domowym czarnym kubraku, niskich butach, spódnicy z fartuchem - spód­nicy? kto kiedy widział Siekierską w spódnicy? - i z gołą, krótko ostrzyżoną głową stanęła na skraju podwórza, zerknęła na boki, nie zauważyła mnie, popędziła naprzód.

Tkwiłem za siewnikiem jak zbaraniały, gapiłem się tylko, jak biegnie w deszcz, koło dębów, przez podwó­rze, i znika na drodze. Wyślepiłem się na drzwi, chwie­jące się jeszcze na zawiasach. Przez chwilę kusił mnie spowity półmrokiem dwór, wstałem jednak i wybiegłem na ścieżkę. Ujrzałem Siekierską, jak pędzi między sada­mi, niknie już za garbem wzgórza. Pomyślałem o dolinie starorzecza, w której po wrześniowych ulewach poro­biły się spore stawy, i pobiegłem za starą. Ślizgałem się po błocie. Nie mogłem jej dogonić, przebierała nogami tak szybko, jak tylko jej spódnica pozwalała. Nie oglą­dała się za siebie, nie miałem pojęcia, czy w ogóle sły­szy mój tupot. Wreszcie krzyknąłem:

-Ej!

Biegła dalej, więc krzyknąłem znowu:

- Ej! Ej!

Obróciła się na sekundę, ale nie zwolniła kroku. Droga zakręcała łukiem w stronę skarpy; pomyślałem, że stara albo rymnie z urwiska w podmokłą dolinę i utopi się, albo skręci w stronę Ociercina i ucieknie Bóg wie gdzie. Po prostej nie dogoniłbym jej, przesa­dziłem więc grąbę i poleciałem na przełaj przez sad. Siekierska zbiegła na sam dół i skręciła. Dopadłem ją po chwili, zdyszany, utaplany po kolana w błocie, z kap­turem ściągniętym przez gałąź, co smagnęła mnie po głowie: wyskoczyłem na drogę, jak Grochal rozpostar­łem ramiona i pozwoliłem, by Siekierska wpadła w nie jak w sieć. Szarpnęła się, o jakżeż mocno się szarpnęła, myślałem, że nie utrzymam jej na tej błotnistej drodze; zachwiałem się, starucha wyśliznęła się i wpadła na grąbę. Za grąbą była już skarpa starorzecznej doliny. Boże chwytny, rybacki, pomyślałem, jeśli tam wpad­nie, to nigdy jej nie wyciągnę. Rzuciłem się na kolana, capnąłem ją za nogi. Siekierska zatrzęsła się i stanęła. Łupnęła mnie w głowę twardą pięścią, raz, drugi. Pod­niosłem się z klęczek, zasłaniając twarz przed jej uderzeniami, ścisnąłem ją w pasie i ściągnąłem z powro­tem na drogę.

Spokój - wydyszałem. - Uspokój się, babo, bo cię zostawię, a wtedy biegaj sobie, gdzie chcesz, co mi lam. Spokój.

Usłyszawszy mój głos, Siekierska zmiękła. Opuściła ręce. Właściwie dopiero teraz ją zobaczyłem: nie kukłę gnaną dziwnym prądem przez pola, tylko dawną Sie­kierską, a nawet jeszcze inną, bo tamtej nigdy nie wi­działem z tak bliska. Pod serdakiem, swetrami i wełnia­ną spódnicą była malutka, jak stara kawka z wyskubaną głową, nastroszona, ale malutka w szaroczarnych pió­rach. Czułem sprężone mięśnie, bardziej kości, ścięgna i żyły w drżących nadgarstkach. Biło od niej starością, ale nie zatęchłą i grzybną, raczej płócienną, mydlaną. Dbają o nią, przemknęło mi przez głowę. Twarz jej była koloru miedzi, pomarszczona, ale inaczej niż u starych bab: bruzdy miała proste i smukłe, jak gdyby schludnie wycięte małym dłutkiem przez wioskowego rzeźbiarza. Spojrzała na mnie spod męskiej grzywki, wzrokiem pu­stym, szarym, ale nagle, po półchwili, w tej szarości coś zajarzyło się nie wiadomo skąd.

- Januszku - powiedziała drżącym głosem.

Aż się obejrzałem: myślałem, że zwidział się jej duch pensylwańskiego syna. Ale na deszczowym polu nikogo prócz nas nie było; to ja byłem tym duchem. Siekierska pokręciła nieprzytomnie głową i nachyliła się, by mnie pocałować. -Januszku - powtórzyła.

Niech będzie, pomyślałem, tylko się nie szarp. Chcia­łem coś powiedzieć, by ułagodzić ją do końca, nabrać na tego Januszka, ale nie mogłem wykrztusić słowa. Ściągnąłem jej ręce za plecy chwytem podpatrzonym u Grochalowej i okazało się, że to działa: Siekierska nagle straciła władzę w sobie, jak kot, gdy podnosi się go za skórę na karku. Pociągnąłem ją pod górę, na prze­łaj przez sad, licząc na to, że jeśli znów spróbuje mi uciec, zaplącze się w gałęzie. Ale nie próbowała, szła potulnie. Może w swojej pomieszanej głowie cieszyła się, że wreszcie jej się udało: tyle razy uciekała z sa­motnego domu, tyle się za nią naganiali po polach, aż w końcu objawił jej się Januszek, i to jeszcze nie do końca odrosły od ziemi, z całym życiem przed sobą.

Gdyśmy dotarli na wzgórze, przestraszyłem się, że ktoś mnie zobaczy. Czułem się winien i odechciało mi się bratania z Siekierską. Nawet nie byłem już ciekaw, jeśli w ogóle byłem kiedykolwiek, jej hrabiowskiego domu. Podeszliśmy do ganku. Starej znów stężały mięś­nie. Zawahałem się. Co robić? Próbowałem wciągnąć ją do środka przez otwarte na oścież drzwi, ale nadarem­no, zaparła się w miejscu. Nagle przyszła mi do głowy cwana myśl. Puściłem jej ręce, bacząc, czy nie zrywa się do biegu, a potem, nim zdążyła zauważyć, że jest wolna, trzema długachnymi krokami wszedłem do środka. Ganek był przewiewny, ładnie omieciony, na szmacie pod ścianą stały w rządku domowe i podwórzowe buciska. Obejrzałem się. Porzeźbiona snycerskim dłutkiem twarz wpatrywała się we mnie łagodnie. Próbowałem się uśmiechnąć, ale bałem się jak wszyscy diabli, aż trzęsły mi się ręce, skrzywiłem się więc tylko i powiedziałem, niby do siebie, ale tak, że musiała usłyszeć:

- No chodź do domu.

Siekierska znów zmiękła, jak wcześniej na drodze, i usłuchała. Pchnąłem ją leciuteńko do stęchłego wnętrza, a potem wyśliznąłem się w deszcz i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Nie miałem klucza, nie miałem czym za­mknąć. Przytrzymując drzwi nogą, wyjrzałem za węgieł i zobaczyłem stary pieniek do rąbania drew. Podturlałem go pod próg, obaliłem na ziemię i wparłem w wy­szczerbione cegły dawnego chodnika. Siekierska nie miała szans się wydostać, przynajmniej na tyle długo, bym zdążył odskoczyć od drzwi, porwać rower, popę­dzić między dębami na drogę i nie oglądając się za sie­bie, popedałować do Grochalów, by im powiedzieć, że ojciec chce połowę drewna z wyciętego sadu, a nie jedną trzecią.