Podkrzywdzie

Andrzej Muszyński
#
  • Wydawnictwo Literackie
    listopad 2015
    130 x 205
    192 strony
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-08-06013-1

Fragment najnowszej książki Andrzeja Muszyńskiego Podkrzywdzie został opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

Copyright: Wydawnictwo Literackie

KSIĘGA LASU


Dziadek nigdy nie zdradzał celu swoich wędrówek, kluczył w zeznaniach, wychodził z domu o najróżniejszych porach, a wracał zwykle, gdy już spałem – śledzenie go sprawiało mi wiele trudności. Szczwany lis robił to celowo. Zdziwiłem się jednak, gdy okazało się, że po ostatnim gęsio-biciu zaczął wybierać się na Podkrzywdzie z reguły o świcie. Chyba na Podkrzywdzie. Bo czułem już wtedy – i słuszne było to przeczucie – że z tym tajemniczym i zupełnie nieznanym mi miejscem wiąże go coś nienaturalnie bliskiego. Jak szpicel rozpracowywałem jego poranne strategie, licząc, że jego wzrok, szybkość kroku, kolejność pociągnięć brzytwą przy goleniu objawią trop – im częściej się myliłem, tym staranniej go obserwowałem. Tego poranka czułem, że znów wyrusza w drogę, i zamierzałem go po raz pierwszy śledzić. Wstał, rozpalił w piecu, podgrzał kubek mleka i zniknął za stodołą; gdy wrócił, zatrzymał się zanurzony w złotawej mgle, zamknął oczy, wyciągnął ręce ku niebu, rozpościerając poły workowatej fufajki jak skrzydła, na które posypały się ziarna światła, i zobaczywszy mnie z boku swoim trzecim okiem, oznajmił: „Idziemy do lasu”. Sprawa Podkrzywdzia wydała mi się przez to na dłuższy czas stracona, ale grzyby zawsze pozwalały mu zapomnieć o innej obsesji; naszemu niewielkiemu życiu towarzyszył od niedawna wielki problem – problem lata.

Dziadek od jakiegoś czasu, co nie zdarzało się wcześniej, prowadził za pomocą swojego jesionowego liczydła i prywatnych notatek skrupulatny Diariusz Dni Słonecznych. Dni mżawe, słotne i nawet te słoneczne, ale wietrzne, a przez to ponure, nie wydawały mu się godne zapisu. Prowadził ich własną klasyfikację, przypisując im określoną barwę – dniami czerwonymi nazywał te gorące i parne, żółtymi – mroczne, wietrzne i czasem zamglone, zielonymi – wilgne i rzeźwe, niebieskimi – przejrzyste i suche. Każdy dodatkowo opisywał czarno-białym prostokątnym kodem – pusty prostokąt oznaczał dni pełne światła i wiary, zamalowany na czarno – pochmurne i złe. W życiu dziadka słońce odgrywało szczególną rolę i chyba już jako jeden z ostatnich we wsi, z czego ochoczo podśmiewał się Stójkowy, pielęgnował prastary, zużyty zwyczaj – witał każdy jego wschód ukłonem, ściągając czapkę z głowy. Z żalem i tęsknotą wspominał swojego dziadka, który ponoć czcił słońce, kładąc się na ziemi krzyżem, z głową zwróconą w jego stronę. Coraz częściej cierpiał na długie chandry, bo liczba słonecznych dni stale się zmniejszała. Poprzedniej zimy jego nieomylne liczydło wskazało obłędną sumę dni piętnastu. Na majówkę w Kopańskim Dole leżały jeszcze otoczone żółtymi trawami krupki śniegu, odbierające ostatecznie nadzieję na wiosnę w niepewnej perspektywie lata, po którym mieliśmy stoczyć się w żółty ugór zimy. Może przez to im był starszy, tym częściej obarczał się latem brzemieniem robót i planów, z których większość mógł wykonać tylko w dni słoneczne. Rozpoczynał każdy z nich z zapałem neofity – sypiał coraz mniej, szamotał się i klął, próbując doprowadzić rzecz do celu.

Cięciwy dni kurczyły się, wykrzywiając coraz dłuższe cienie pod wzgórkiem, nabierając fantastycznych form, aż pod naszymi stopami urastało widmo, cień wielkiego Miasta, na zawsze pustej i niemej metropolii. Wpatrzony w pustkę dziadek, siedząc na brzozowej ławce przed domem, roztaczał przed nami apokaliptyczne wizje zimy – bębniąc palcami o korpus liczydła, przywoływał swoje legendy i prorokował erę ciemności, w której mgły zastygną i przeżyją tylko ślepi i głusi. Gdy pierwsze z nich wypełzały ze swoich nor nad stawem, zawsze następował zgubny dla dziadka powrót lata, które jednak lato tylko przypominało. Po znów nagrzanych ścianach pomykały szwadrony czarnych pająków, które wyłaniały się hurmą ze szczelin i jak na komendę maszerowały po rozgwieździe do wskazanych celów; oddziały specjalne desantowały się na grusze, bery i węgierki, budując między gałęziami podwieszane mosty. „Tak chcą uwięzić lato – tłumaczył ospale wyczerpany kaprysami aury dziadek i dodawał po chwili milczenia: – Ale takie lato to już nie lato”.

Nigdy nie osiągnę jego przenikliwej znajomości struktury lasu. Dziadek w czasie wolnym spędzał tam całe dnie, ale jak sądzę, całe te góry chrustu, kosze ostrężyn i łochyni, które znosił na wzgórek, skrywały rewers jego życia. Wychodziliśmy zwykle przed świtem, gdy dobiegał do nas jeszcze dobrze znany pohuk nocy, staczający się ze wzgórz.

Dziadek zawsze wstawał pierwszy. Gdy na drugiej połowie łóżka leżała jeszcze pulchna jak bochen pierzyna, na pierwszej jego części starannie rozścielony był wełniany, dziurawy koc, spod którego wstając prawą nogą, bezszelestnie wyprowadzał swoje ciało. Uchylał okno, odsuwając dłonią sterczącą gałąź modrzewia, siadał przy piecu i zapalał zapałkę, która furkotała w mroku jak sójka. W piecu zajmowały się pierwsze szczapki, liżące płomieniami wyziębłe blachy, które nim wstała babka, dzwoniły już od żaru. Siadał po prawej stronie stołu, opierał na nim prawy łokieć i wpatrywał się w milczeniu w okno podzielone szprosami na cztery kwatery, w które wbijały się pierwsze czułki brzasku. Babka stawiała na piecu garnek mleka, rozmaczała chleb, który kładła na talerzu po prawej stronie jego ręki. Dziadek zaczynał jeść, gdy odeszła. Tutaj rodziła się harmonia życia babki z dziadkiem, wyrafinowana gra pozorów, na których opierał się nasz świat. Po śniadaniu dziadek wychodził do stodoły, otwierał jej wrota, zabierał kozik, zamykał wrota, podchodził pod ganek, a zza drzwi wyłaniała się brzoskwiniowa dłoń, na której pomaślonych palcach wisiał płócienny worek z żytnim chlebem z czarnuszką i białym serem. Wracał zwykle nocą.