Wszystkie lektury nadobowiązkowe

Wisława Szymborska
#
  • Znak
    październik 2015
    140 x 205
    848 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-240-4047-6

Fragment książki Wszystkie lektury nadobowiązkowe Wisławy Szymborskiej opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.

Copyright: Znak


Na przykład krowa

Dale Carnegie, Jak przestać się martwić i zacząć żyć, przekład z angielskiego Pawła Cichawy, Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 1995

Chałupnictwo psychologiczne polega na udzielaniu dobrych rad. Jest to proceder, który uprawiamy prawie wszyscy w kontakcie ze znajomymi. Zazwyczaj w najlepszej wierze i zgoła bezinteresownie. Nie każdemu jednak wpada do głowy, żeby te rady pospisywać i wydać drukiem. Panu Carnegiemu wpadło – i oto mamy poradnik, jak walczyć ze zmartwieniami, które, co tu dużo gadać, odbierają nam zdrowie, zakłócają sen i zatruwają dobre samopoczucie. Rady są względnie poczciwe. Niektórym ludziom, w określonych okolicznościach, w pewnej mierze i na jakiś czas mogą nawet pomóc. Ale w słownictwie autora nie ma takich wyrazów, jak „może”, „częściowo”, „niekiedy” i „jeżeli”. Opty­mizm jego jest niczym nie zachwiany i chwilami przybiera for­my orgiastyczne. Tego rodzaju wiara natychmiast wzmacnia mój sceptycyzm i skłania do myśli, że brak zmartwień byłby jeszcze gorszy niż zmartwienia. Świadczyłby o braku wyobraźni, wraż­liwości i duchowym prostactwie. Bezpośrednim bodźcem, który pchnął autora do napisania tej książki, była wizyta w bibliotece publicznej na rogu Piątej Alei i Czterdziestej Drugiej Ulicy. Od­krył tam, że pod hasłem „Zmartwienie” figurują tylko 22 książ­ki, podczas gdy pod hasłem „Dżdżownica” jest ich aż 89! Nieste­ty, buszował w niewłaściwych półkach. Gdyby zajrzał do działu literatury pięknej, przekonałby się, że o zmartwieniach napisa­no setki tysięcy dzieł. Cała omal literatura to opisywanie najroz­maitszych zmartwień. Od Gilgamesza, Antygony i Księgi Hioba począwszy. Nie będę dalej wyliczać, bo to by trwało bez końca, proponuję tylko przyjrzeć się pod tym kątem Hamletowi. Poza tytułowym, ogromnie zmartwionym bohaterem wszystkie pozo­stałe postacie, Ducha nie wyłączając, martwią się także - każda z trochę odmiennego powodu. Jedyny Fortynbras sprawia wra­żenie człowieka beztroskiego, ale zważmy, że zjawia się w ostat­niej chwili i mało się zwierza. Możemy zresztą być pewni, że jak tylko dobrze usadowi się na tronie, kłopoty zaczną wokół niego bzykać jak muchy. Oczywiście, literatura ukazuje również posta­cie, które żadnych zmartwień nie odczuwają. Są to jednak z regu­ły albo bezmyślne głuptasy, albo mędrcy-rezonerzy szeleszczący papierem. Właściwie powinnam zostawić ten poradnik w spo­koju, życząc mu jakiej takiej skuteczności u tych przynajmniej czytelników, którym łatwiej przychodzi zachowanie powagi. Ja miałam z tym trudności. Szczególnie przy lekturze „przykładów z życia”, jakimi autor okrasza swoje wywody. Pewien np. facet zamartwiał się tak bardzo chorobą żony, że zepsuło mu się sześć zębów. Dla dobra własnej szczęki najwidoczniej powinien się cieszyć. Innemu znowu nie wiodło się na giełdzie tak długo, póki się martwił. Jak przestał, dorobił się natychmiast kroci. Z kolei zdradzanym żonom jako piękny wzór do naśladowania podsuwa Carnegie krowę - krowa bowiem „nie dostaje gorączki tylko dlatego, że byk interesuje się inną krową”... W ogóle przykłady przytaczane przez autora przypominają mi żywo raporty Towarzystwa Wstrzemięźliwości z Klubu Pickwicka. Proszę sprawdzić - tom II, rozdział 4. O tym, że ktoś może nie mieć Kliibu Pickwicka w domu, nawet słyszeć nie chcę.

Safona, Pieśni, wydanie drugie, przekład i przedmowa Janiny Brzostowskiej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1969

Twórczość Safony liczyła podobno około 10 tysięcy linijek. Z tego zachowało się 550. Jest tam tylko parę utworów, które mogą uchodzić za kompletne, reszta to fragmenty mocno uszkodzo­ne. Szczerze mówiąc, na podstawie tak mizernych okruchów nie można dojść do samodzielnego przekonania, że Safona była wielkim zjawiskiem w poezji. Przekonanie to powtarzamy za sta­rożytnością. Kult dla Safony dzisiaj - jest więc po trosze wyra­zem kultu dla całego greckiego antyku i pięknym świadectwem wiary w jego gusty. Nie ma ani dowodów, ani powodów, żeby tę wiarę w sobie osłabić. Przeciwnie nawet. Strabo pisał, że „nie było nigdy kobiety, której słowo mogłoby równać się z pięknym i pełnym uroku słowem tej poetki” - z czego wynika (gdybyśmy o tym skądinąd nie wiedzieli), że wieszczek było wówczas sporo i Safona zyskała rozgłos nie dlatego, że była unikatem, ale że po prostu zwyciężała w konkurencji. Niestety, czas pastwił się nad jej spuścizną ze szczególną zawziętością. Poezja nie jest z kamie­nia. Taka Nike Samotracka straciła w burzach dziejowych gło­wę, ręce i stopy, a mimo to zachowała wspaniałość. Ale drobny wiersz liryczny, gdzie zgubienie jednego słowa może zniekształcić sens całości? Możemy się tylko domyślać, z jak delikatnych uczuć wiersze te były tkane... Do czego możemy je teraz porównać? Po obu bokach tryumfującej Nike znajdują się dwie gablotki, gdzie we wstydliwym odosobnieniu umieszczono jeszcze inne, drob­niejsze odłamki posągu; kilka palców nóg, kawałek pięty. Gdyby­śmy z całej Nike mieli tylko te paluchy, któż by wpadł w zachwyt? Otóż większość pieśni Safony to właśnie takie poułamywane członeczki. Z jednej pieśni zostało tylko słowo „... myrrę...”, z innej „... niespodzianie...”. Albo westchnienie, szczelnie obwiedzione wieczną ciszą „... wiem, że dotknę nieba ramionami...”.

 

Barbara Kuźnicka i Maria Dziak, Zioła lecznicze - Historia, zbiór i stosowanie, Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, Warszawa 1970

Ziołolecznictwo jest stare jak ludzkość, a właściwie jeszcze starsze, bo już zwierzęta potrafią je stosować. Przez trudną do określenia ilość wieków zbieraniem i stosowaniem ziół zajmowały się białogłowy. Nasz język przechował nawet jak muchę w bursztynie słowo „wiedźma”, które dumnie od „wiedzieć” pochodzi.

Wiedźmom pamięta się przede wszystkim mysie łapki w miodzie, placki smażone na tłuszczu nietoperza oraz zaklęcia mamrotane pod haczykowatym nosem. Rzuca to nieproporcjonalnie długi cień na rzetelną wiedzę o ziołach tych doświadczonych pań, wiedzę, którą dzisiejsza farmakologia stopniowo rehabilituje. Konturuję z zadowoleniem, że sztuka zbierania ziół również i dziś obwarowana jest przepisami: nie jest obojętne, kiedy się które ziółko zrywa i w jakich warunkach suszy. Baba Jaga przeczytałaby Lecznicze zioła bez szoku. Och naturalnie, znała działań tych wszystkich biedrzeńców, dziurawców, walerian, krwawników, perzów, podbiałów, tymianków. Znała jeszcze wiele ziół, o których książka nie wspomina, i wiele zastosowań, zwłaszcza w zakresie hamowania niepożądanego przyrostu naturalnej, o czym książka milczy także. Przepisy zbierania uznałaby pewnie za nie dość jeszcze dokładne: trzeba znać nie tylko porę roku, ale i porę dnia i właściwą pogodę. Czy po rosie, czy przed rosą, czy o nowiu, czy pod pełnią księżyca. Tego dzisiejsze zielarstwo nie docenia jeszcze, jak należy, ale doceni, doceni. Polecam książkę o ziołach na urlopy. Oczywiście nie tym, którzy będą całymi godzinami skwierczeć na słońcu, obracając się z brzucha na plecy i z powrotem. Mówię do tych, co będą chodzić po łąkach i lasach, i „nurzać się w zieloność”, jak by powiedział wieszcz. Mi będzie nurzać się z odrobiną wiedźmowatości, czyli rozeznania.

Pytanie bez odpowiedzi

Władysław Kopaliński. Opowieści o rzeczach powszednich, Wiedza Powszechna, Warszawa 1994

Książki Kopalińskiego są czytane, lubiane, cenione, umieszczane na półce w sąsiedztwie różnych encyklopedii i, naturalnie, niko­mu nie pożyczane. Ta poświęcona jest rzeczom, z których korzy­stamy na co dzień, nie zawsze zdając sobie sprawę, jak ciekawą mają historię. Zamierzałam wymienić te rzeczy po kolei, ale rap­tem zatrzymałam się przy rozdziale o kawie i herbacie, ogarnięta przeogromnym zdumieniem. Kiedyś tych błogosławionych na­pojów nie znano - jak sobie z tym radziła literatura? Jakim spo­sobem pisano wtedy dzieła wielkie? Czym orzeźwiał się Platon, kiedy rano budził się z ciężką głową? Co robił Eklezjasta, kiedy nadciągał niż atmosferyczny? Czym się ratowali różni niskociś­nieniowej wśród których był może Teokryt, może Horacy, może Tacyt? Co oni popijali, żeby ożywić mdlejącą wenę? Wino? Wino jest trunkiem pobudzającym najpierw do rozmów, potem do chóralnych śpiewów, wreszcie do spania. Na pracę w samotno­ści warunków nie stwarza. Piwo? Od piwa, jak wiadomo, głowa się kiwa. Jakieś mocniejsze trunki? Tym bardziej nie. Wiele do­brych dzieł może i powstało w ciężkim kacu, ale tylko dlatego, że w kacu pije się mocną kawę. Miód? Litości. Żaden z wcześniej wymienionych alkoholów nie poraża władz umysłowych w tak błyskawicznym tempie. Więc może jakieś narkotyczne zioła? Nic o tym nie wiadomo. Zresztą ceną za krótkie narkotyczne pobudzenie wyobraźni jest dużo dłuższa otępiałość, a na to nie mogli sobie pozwolić twórcy dzieł zaplanowanych na lata i przez lata cyzelowanych. Trzeba będzie pogodzić się z faktem, że ci wszyscy Tukidydesi, Arystotelesi i Wergiliusze, kiedy podczas pracy nachodziła ich senność, zlewali sobie głowę zimną wodą, po czym prychając, wracali do zajęć. Dziwne i niepojęte... Oczywiście wyłączam z tego kręgu Chińczyków, którzy od niepamiętnych czasów popijali sobie herbatkę. Twórcy kultury europejskiej nie mieli tego szczęścia jeszcze bardzo długo. Św. Augustynowi Muzy nie pomagały już, a Lipton nie pomagał jeszcze. Użalmy się nad Dantem,  którego, w trakcie wędrówki przez kręgi piekielne, musiało czasem ogarniać zniechęcające znużenie, a o szatanie z ekspresu nawet marzyć nie mógł. Pomyślmy o rękopisie Trenów, na który nie upadła ani jedna kropla herbaty - niechby to nawet był ulung… Pomyślmy o Don Kichocie powstającym bez łyczka kawy, choćby i z cykorią... No ale potem, wreszcie, wreszcie nastały czasy bardziej dla nas zrozumiałe, czyli czasy kawy, herbaty i - dodajmy dla ścisłości - tytoniu. Na morzu kawy popłynęła Komedia ludzka. Na jeziorku herbaty Klub Pickwicka. W zawiesinie tytoniowego dymu rodziły się Pan Tadeusz, Jądro ciemności, Czarodziejska góra... Tym większy należy się podziw tamtym dawniejszym pisarzom, którzy musieli się bez tego wszystkiego obywać, a rezultaty osiągali równie niezłe. Służba (jeśli stać ich na nią było) miała może z nimi ciężkie życie, ale w zakres jej obowiązkom .... wchodziło przynajmniej bezustanne mielenie kawy, wyparzanie wrzątkiem czajników i opróżnianie przepełnionych popielniczek. Na tym kończę, nie dochodząc do żadnych wniosków.

Zbigniew Florczak, Sztuka łamie milczenie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1970

Kiedy w zeszłym stuleciu szukano na górze Ararat szczątków arki Noego, na zachodzie Europy zaczęto przypadkowo odkrywać ja skinie pełne cwałujących po ścianach zwierząt. Istne arki Noe go wyłowione z potopu wieków. Noe był malarzem. Nie pojedynczym zresztą - był całą plejadą malarzy. żył, oczywiście, nie całą tą plejadą naraz, około dwudziestu tysięcy lat temu. Spadł na niego trud i zaszczyt stworzenia czegoś z niczego, bez oglądania się wstecz. Był debiutantem absolutnym - wszyscy następni po nim mieli już doświadczenie tradycji. Ponadto debiutował tak świetnie, że wcale nie musimy być wobec niego pobłażliwi. Do sztuki paleolitu możemy przyłożyć te same kryteria, wedle któ­rych rozpatrujemy wszelkie inne epoki artystyczne. Tak też pi­sze o tej sztuce Zbigniew Florczak. Raz po raz powstają jednak pytania, których sama analiza estetyczna nie wyjaśnia. Np. czym wytłumaczyć nieobecność elementów pejzażowych w tym malarstwie albo jaka jest przyczyna dziwacznej dysharmonii pomiędzy bujną, niezwykle ekspresyjną formą zwierzęcia a postacią ludzką zamarkowaną ledwie kilkoma kreskami. Więcej tu hipotez naukowych niż pewników. Niejasne jest przeznaczenie tego ma­larstwa, nieznane treści duchowe i społeczne, które je do istnie­nia pobudziły. Kim byli malarze - kapłanami czy wydzieloną już kastą rzemieślników? Jakie - dodam od siebie - były ówczesna muzyka, poezja? Bo że nie gorsze, tego raczej można być pew­nym. Interesującą książkę Florczaka przeczytałam po staroświec­ku, czyli z wypiekami na twarzy. Wyjątkowo lubię zamierzch­łe epoki. („Lubić” paleolit, też mi określenie! - przyp. autorki).