Wróżenie z wnętrzności

Wit Szostak
#
  • Powergraph
    październik 2015
    135 × 210
    234 strony
    oprawa: twarda
    ISBN: 9788364384431

Fragment najnowszej powieści Wita Szostaka Wróżenie z wnętrzności opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Powergraph.

Copyright: Powergraph


***

A my tu mieszkamy poza światem, mamy świat poza innymi światami i nie dociera tu nic, czego byśmy nie chcieli, bo do tego świata mają wstęp tylko ludzie, których sami zaprosimy. Nad dworcem wisi stara biała tablica z czarnymi literami POŚWIATÓW, bo tak się na­zywała ta stacja, kiedy jeszcze była stacją. Podobno miało tu być uzdrowisko, bo mądrzy ludzie, co chodzili dawno temu po górach i szukali prawdy, odkryli w dolinie żywą wodę, która leczy ludzi ze smutku i melancholii, ale potem okazało się, że ta woda nie leczy i ludzie da­lej są smutni. Przed wszystkimi światowymi wojnami powstało tu kilka pensjonatów, które potem zapadły się w sobie, stoją takie zapadnięte, wrośnięte w swoje ogrody i nikt tam nie mieszka. Na jednym jest sowa, na drugim paproć, każdy miał jakiś tajemny znak. Powstała stacja kolejowa, za duża, bo plany były za duże, i nawet na środku poczekalni zrobili fontannę, która jest do dzisiaj, mamy źródełko u siebie w domu, u siebie na dworcu. Wieczorami miło szumi, woda uderza o wodę i jest taki szmer, że człowiek usypia. Może tak działała ta woda, że usypiała człowieka, usypiała smutki i melancholię tym szmerem, tym spadaniem wody ruchomej na wodę nie­ruchomą. Patrzę często na tę fontannę, jak spotykają się te dwie wody, i cieszę się z mojego życia, które podtrzy­muję tym patrzeniem i piciem prosto ze źródełka.

Mateusz mi mówił, że nazwę Poświatów wymyślili tacy czarno-biali panowie w eleganckich garniturach, którzy patrzą na człowieka ze zdjęcia, które wisiało w mieszkaniu starego naczelnika stacji. Ja też patrzyłem często na nich, na ich maniery i świat, pełen pewności i siły, ich spojrzenia błyszczące nadzieją. Wierzyli w żywą wodę, wierzyli w Poświatów, gdyby nie wierzyli, toby go nie wymyślili, bo po co komu taki Poświatów na końcu torów i na końcu drogi? Widzę ich na zdjęciu trzech, trzech bogów Poświatowa, jeden w ciemnym garniturze, drugi w jasnym, a trzeci pomiędzy nimi, w spodniach jasnych i marynarce ciemnej. Za nimi dworzec i budujące się pensjonaty, które na zdjęciu wyglądają tak samo jak teraz - drewniane rusztowania, które dopiero mogą się czymś stać, ale nie muszą. I te nie musiały, i się nie stały. Teraz te domki się zapadły, niczym się nie staną, a szkie­lety ich sterczą i kaleczą niebo ostrymi drzazgami.

Na zdjęciu trzej bogowie Poświatowa wznoszą toast żywą wodą i są żywi na tym zdjęciu, choć naprawdę już od dawna nie żyją. Jeden zginął w wypadku samochodo­wym podczas wyścigów krakowskiego automobilklubu, drugi zginął na wojnie, a trzeci umarł zapomniany i nie wiadomo nawet, gdzie leży. Mateusz ma zapisane ich imiona, ale po co komu imiona zapomnianych ludzi? Trzeba zapomnieć te imiona, bo niepotrzebnie żyją w pa­mięci, więc staram się zapomnieć, ćwiczę się w zapomi­naniu codziennie. Ale kiedy tylko przypominam sobie, co mam zapomnieć, to imiona powracają, żebym wie­dział, co mam dzisiaj zapomnieć, i przez to pamiętam je jeszcze mocniej. Teraz znowu powróciły i mam je przed sobą, ale ich nie zapiszę, żeby nie marnować słów. Trzej bogowie Poświatowa, w bardzo eleganckich garniturach.

Mateusz nie ma zwyczajów, a Marta ma. Mateusz każdego dnia wszystko robi na nowo, jakby świat się zaczął i on nie wiedział, jak w tym świecie żyć. O innej porze wstaje, o innej porze się kładzie, o innej je posiłki, czyta, pracuje i jeździ do wsi po zakupy. Nigdy nie ma stałych pór swojego życia i improwizuje, za każdym ra­zem stwarzając siebie na nowo. Zwyczaje go nużą, ucieka od nich, ale nie ma do czego uciec, bo nie ma przecież na boku takiego miejsca, gdzie mógłby się przed zwyczajem schronić. Może nie siedzieć z Martą w ciepłe wieczory na peronie, ale musiałby uciec w inny zwyczaj, na przykład w czytanie książki albo myślenie o śmierci. Mateusz jest mądrym bratem i wie, że ze świata zwyczajów się nie ucieknie, więc siedzi na peronie, pije wino, wczoraj siedział i pił i jutro będzie robił to samo, ale nie ma go w tym zwyczaju. To nie jego siedzenie, to nie jego picie, więc go tam nie ma. Zastanawiam się, gdzie jest wtedy mój brat, kiedy tak ucieka. Czy można uciec w myślenie? Czy to nie jest inny zwyczaj? Mateusz nigdy nie potrafił zamieszkać na ziemi. Zawsze był wędrowcem, nawet w domu rodziców był wędrowcem. Przemeblowywał swój pokój, ciągle coś zmieniał, a i tak nie spędzał w nim czasu. Czasem myślę, że on jest tylko gościem na Ziemi, przechodniem, który nie rozumie, dlaczego ludzie po­trzebują swoich miejsc, swoich rzeczy i swojego patrze­nia na te rzeczy. Mateusz nie ma korzeni, nie ma miejsca, nawet dworzec nie należy do niego.

Marta ma zwyczaje i jej zwyczaje łączą ze sobą miej­sca, rzeczy i ludzi. Bez Marty ten świat by się rozsypał i nie byłoby ani Mateusza, ani całego Poświatowa, ani nawet mnie. Marta o tym nie wie, i dobrze, bo gdyby wiedziała, toby się tym bardzo przejęła, bo ona się wszystkim bardzo przejmuje, bo jest dobra i troskliwa. I gdyby zaczęła się o swoje zwyczaje troszczyć: o to, żeby zawsze pilnować czasu i miejsca, żeby obiad był o tej, a śniadanie o tej, i kolacja w tym miejscu, a poważna roz­mowa z mężem w tym miejscu, więc gdyby musiała tym wszystkim zarządzać, toby się ten świat rozleciał, bo nic już nie działoby się tak, jak dotychczas. Marta ma zwy­czaje, ale nimi nie zarządza, i bardzo dobrze. Mateusz stara się zarządzać zwyczajami i sobą i widać, jak ciągle przegrywa. Raz zarządził sobą, że będzie po obiedzie czytał w zielonym fotelu w poczekalni. I przez tydzień zarządzał, a potem mu się znudziło. Innym razem po­stanowił wstawać razem z Martą. Ale raz zaspał i mu się zwyczaj zawalił. Taki jest Mateusz, wędruje po świecie i przytula się do zwyczajów innych ludzi. Najczęściej są to zwyczaje Marty, czasem moje, a czasem zwyczaje lasu, który otacza nasz dworzec. Bo las rodzi grzyby o poranku, a jagody o zmierzchu. I to są zwyczaje lasu, a Mateusz je szanuje. Łączy miejsca z czasem i po nich wędruje. Ale zawsze wraca.

Marta wstaje zawsze o siódmej rano, robi śniadanie, odwozi dzieci do szkoły, która jest w sąsiedniej wsi. Nigdy nie mówimy nazwy tej wsi i nie wiem dlaczego. Na początku ja mówiłem, ale kiedy zauważyłem, że Mateusz mówi tylko, że jedzie do wioski i Marta też mówi, że jedzie do wioski, to zrozumiałem tę grę i mówię o wio­sce albo wsi. Po co nazwa, skoro jest tylko jedna wioska w pobliżu, pierwsza, jak się idzie po torach? Szkoda słów na nazwę wioski, która nikomu nie jest potrzebna, bo wszyscy wiemy, o co chodzi. Słowa trzeba oszczędzać na gorsze czasy, na czasy głodu i wojny. Wtedy będą potrzebne. Zresztą, i tak mówiłem do siebie, więc nikt nie słyszał, czy używałem nazwy, czy nie. Dlatego piszę szeptem. A słowa, których teraz nie potrzebuję, zapa­miętuję i trzymam na czarną godzinę. Bo może przyjdzie taka godzina, kiedy niezużyte słowa kogoś uratują? Sam nie wiem.

Teraz w wiosce, która ma nazwę, ale nie ma sensu jej wymawiać, kończą się pociągi, tamta stacja bucha życiem kolei, lokomotywy pocą się na tory i potem w powietrzu wszędzie wisi ten zapach, który każdy zna, bo każdy zna kolej. A u nas zapach nie wisi, bo kolej nie jeździ i się nie poci, zapach dawno umarł i zarosła go trawa. Ostat­nio kursowały tu składy z drewnem, bo jak zwożono drzewo z wyrębu, to właśnie tu, bo najbliżej lasu. Teraz jednak nie ma zapachu kolei, ale jest zapach żywicy, on żyje i pachnie. Marta wstaje rano, a kiedy dzieci nie mają szkoły i są u dziadków w mieście, to jest w Krakowie, to Marta też wstaje, tylko zamiast jeździć do wioski, siedzi w kuchni i pije kawę. Kawa stygnie, papieros się wypala, Marta się budzi i potem może dalej żyć. I tak godzina po godzinie, świat Marty jest pełen zwyczajów. Jedne są codzienne, inne cotygodniowe, są zwyczaje letnie i zi­mowe. Myślę sobie, że Marta ma w swoim pokoju księgę zwyczajów i codziennie rano rozkłada ją przed sobą, jak ksiądz mszał, i śpiewa wedle niej swój dzień, a potem to wszystko się staje. Dlatego Marta zawsze wie, gdzie jest i nigdy się nie gubi. Gubi ją tylko czasem świat, który zabiera jej zwyczaje. Jeśli wracając z Szymkiem i Zuzią ze szkoły, złapie gumę, to wtedy straci pół godziny i nie zdąży obrać ziemniaków, i gotuje makaron, a miały być ziemniaki, i zmienia się jadłospis, i zmienia się pora po­siłku, i Marta nie zdąży po posiłku zrobić tego, co ma zapisane w księdze, więc opuszcza jakiś zwyczaj i do wieczora jest podenerwowana i smutna, że coś nie wy­szło. I wiem, że wtedy Marty nie należy pocieszać, bo na co jej pocieszenie, kiedy świat się zawalił. Słowa świata nie naprawią, trzeba czekać na następny dzień i mieć na­dzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z zapisanym planem. Marta denerwuje się na smutno, traci wtedy blask i się garbi, jakby brała na siebie całe nieszczęście świata. Tak to jest z ludźmi, którzy mają zwyczaje. Ale nie mieć zwy­czajów to też niedobrze, bo zwyczaje budują dom, a źle być bezdomnym. I Mateusz jest bezdomny, i mieszka na dworcu, i choć dla Marty ten dworzec jest domem, to dla Mateusza nie.

***

Latem Marta ma zwyczaj opalać się nago na peronie. Czasem opala się całkiem nago, czasem nie całkiem, ale korzysta ze słońca i wtedy zmienia inne obyczaje. Lubię patrzyć, jak tak leży nieruchomo, z oczami zamkniętymi. Uważam, że jest piękna, ale to nie moje piękno, tylko jej i Mateusza, więc nie mogę na jej piękno patrzyć za bar­dzo, bo bym je mógł przypadkiem ukraść. I wtedy Marta mogłaby je stracić, mogłaby poczuć się ograbiona z sie­bie. Więc patrzę sobie nie na jej piękno, tylko na Martę samą. Wydaje mi się, że jest coraz piękniejsza, i może to dlatego, że kradnę jej całą brzydotę, każdą nierówność, fałdkę tłuszczu, zmarszczkę czy krostkę na skórze. Pa­trzę na te miejsca, gdzie brzydnie, i po chwili już nie są dla mnie brzydkie. Tak ocalam jej piękno, dla niej i dla Mateusza. Niech mają.

Siedziałem w poczekalni, kiedy Marta rozebrała się na peronie po raz pierwszy. A jak Błażej zobaczy?, zapytała Mateusza, ale on ją uspokoił, że przecież rozbierała się w Hiszpanii na plaży i tam było pełno Błażejów i jej nie przeszkadzało. W Hiszpanii jest plaża pełna Błażejów i wszyscy patrzyli na nagą Martę! Kiedy teraz przyjeż­dżają do nas goście, a jest lato, to peron zamienia się w plażę, tylko nie ma już tam tylu Błażejów, tylko jestem ja sam, sam jeden. Reszta Błażejów jest przecież w Hisz­panii. Czasem jednak za mało jest jednego Błażeja na to całe piękno, bo są dni, kiedy piękno ledwie mieści się na peronie.

O pięknie Marty chętnie bym napisał, ale nie wiem, czy wtedy jej go nie ukradnę. I musiałbym użyć wielu słów, które mogą się przydać na inną okazję. Bo piękno nie potrzebuje słów, tylko patrzenia. Po co słowa, kiedy można coś zobaczyć? Dlatego powiem tylko tyle, że jest takie ładne miejsce na Marcie, ale jest nie zawsze, tylko czasem, że kiedy Marta siedzi na leżaku i podciąga nogę, to ono się pojawia w zgięciu tej nogi. Pomiędzy Martą a jej nogą jest taki rowek, który obiega biodro, okrąża je i niknie tam, gdzie Marta ma swoje skarby. A kiedy Marta wyprostuje nogę, to ten rowek znika i widać tylko kropelki potu na jego miejscu. Ale miejsca już nie ma, aż do następnego zgięcia nogi. I to miejsce jest piękne, mimo że dookoła jest bardzo gorąco, a jak jest gorąco, to czło­wiek widzi wszędzie złe i brzydkie rzeczy, bo nie może myśleć ani dobrze patrzyć. Więc to musi być prawdziwe piękno, skoro zachwyca nawet w takim upale. Trzeba się dobrze napatrzyć latem, bo zimą tego miejsca w ogóle nie ma. Marta zimą też czasem siada i podciąga nogę, ale to nie to samo. To inne miejsce, zimowe, bez słońca i bez kropelek potu. Zupełnie nieładne i nieciekawe. Zresztą, wtedy Marta ma na sobie bawełniane spodnie i wcale nie jestem pewien, czy pod spodniami to miejsce rodzi się na chwilę w zgięciu nogi, czy też nie. Kto to wie?

Piękno Marty jest pięknem ziemi, pachnie ziemią i z niej wyrasta. Marta jest królową tej doliny, boginią ogrodu, w którym rośnie wszystko. Mamy marchew i selery, bordową botwinę i zielone, pofałdowane liście szpinaku. Pod płotem rosną wielkie dynie, które trzeba toczyć do dworcowej kuchni i ciąć piłą na ćwiartki. Marta chodzi po swoim królestwie boso i jej stopy są twarde, a pięty popękane. Spulchnia glebę gołymi rękami, często widzę ją, jak klęczy w podkoszulku Mateusza i ociera czarnymi dłońmi czoło. Opuszki jej palców noszą ślady łych wszystkich prac, a ramiona poranione są kolcami malin i jeżyn. Ale kiedy stoi nago na peronie, pomię­dzy swoimi przyjaciółkami, które właśnie przyjechały z miasta i opowiadają o swoim świecie, nacierając się kremami, to Marta jest królową. Stoi naturalnie piękna, jej nagość jest czymś zwyczajnym, codziennym, podczas gdy jej przyjaciółki przebierają się w nagość i udają, że ją noszą. Mają gładszą skórę i lśniące kształty, czasem pod naskórkiem widzę zielone węże i smoki, które wy­grzewają się na słońcu. Pachną nieznanymi perfumami, a Marta pachnie ziemią, kapustą i pomidorami. I pewnie w mieście to one są piękniejsze, one bardziej pasują do gorących ulic, domów i zastygłego powietrza. Ale tu, pełna swobody i władzy, rządzi bogini ziemi. Marta. Rządzi i chodzi między nimi, roznosząc szklanki z lemo­niadą, rzucając cień na ich węże i smoki. Jej przyjaciółki czują tę moc i milkną wtedy, patrząc za nią z zazdrością. Wiedzą, że one starają się być piękne, a Marta po prostu jest pięknem. Tylko Sara jest inna, ale Sara to Sara, jasna siostra Marty. Sara nie patrzy, Sara nie zazdrości, ale Sara potrzebuje innych słów niż Marta i własnego miejsca, nie można Sary wciskać pomiędzy lemoniadę i nagie przyja­ciółki, więc dość teraz o Sarze i dalej o Marcie.

Chodzi po peronie i rozdaje lemoniadę i wtedy pa­trzę na jej piękno i je chłonę i wiem, że Marty nie można z niego okraść. Wzrokiem można ukraść piękno poży­czone, bo wzrok rozpoznaje tę pożyczkę i wie już, że ono do człowieka nie należy. Ale samego piękna, którym jest Marta królowa, nie można skraść. Więc patrzę, jak cho­dzi, kołysząc biodrami, bosa i naga, z tacą pełną szklanek lemoniady. Marta królowa, Marta bogini.