Kucając

Andrzej Stasiuk
#
  • Czarne
    październik 2015
    110 × 190
    128 stron
    ISBN: 978-83-8049-145-8

Fragment książki Kucając Andrzeja Stasiuka został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne.

Copyright: wydawnictwo Czarne

Kucając

Rodzą się, gdy jest zimno. W lutym albo na początku marca. Jest w tym pewien rodzaj obojętnego okrucieństwa. Na ze­wnątrz gwiaździsty mróz, a tam wśród czterech drewnia­nych i wcale nie najcieplejszych ścian przychodzi na świat coś tak kruchego. W dotyku jest zimne, bo pokryte bło­nami płodowymi, wydzielinami, resztkami tego poprzed­niego życia, które było na poły życiem wodnym, a tutaj ten mróz i trochę strach, że zaraz zamarznie. Trzeba więc wziąć wiecheć siana, wytrzeć to, rozmasować, aż stanie się jako tako suche. Mimo że nie zawsze jest się na miej­scu, dają sobie jakoś radę. Zwłaszcza te tak zwane prymi­tywne rasy, pradawne, niezepsute hodowlą, zmieniającą dzikie zwierzę w wyrafinowany produkt, który bez czło­wieka już sobie nie poradzi.

No ale ten lutowy mróz zawsze sprowadzał coś w ro­dzaju obawy i współczucia. Dopóki nie pojechałem do Mongolii i nie zobaczyłem owczych zimowisk gdzieś na skraju Altan els - tej najdalej na północ wysuniętej pu­styni na Ziemi. To nawet nie były budynki, tylko zagro­dy z kamienia ukryte w zagłębieniach terenu, by chronić od północnych wiatrów ciągnących znad Syberii. I zimo­wych temperatur oscylujących w okolicy minus trzydzie­stu pięciu stopni.

Więc teraz już się tak nie przejmuję. Wycieram tym wiechciem i sprawdzam, czy stają na nogi. A nogi mają największe, nieproporcjonalnie długie, na zapas, bo prze­cież to będzie jedyna broń tych stworzeń, dość bezbron­nych. Czasem z tym wstawaniem się ociągają, bo słabe, bo ciut za wcześnie, bo życie się jeszcze nie rozpaliło i trzeba pomagać: przede wszystkim pokazać drogę do maminego cycka. Podstawić cycek pod nos, wetknąć do pyszczka, przytrzymać. Bo cycek rzecz najważniejsza. Właściwie jak się zastanowić, to reszty matki mogłoby nie być. Tylko ten obrzmiały, gorący cyc, pełen mleka. W porównaniu z taką na przykład kozą owca ma go mniej, ale jest za to tłust­sze, gęstsze, słodsze i w istocie nie przypomina w smaku mleka, tylko jakiś wyrafinowany deser. Może przypomina samo życie, jego esencję? I gdy już ta ciepła maszyneria ru­szy, gdy to spłaszczone jak ryba, długonogie i - na pierw­szy rzut oka - całkiem nieudane jagnię dopadnie źródła, to raczej możemy być spokojni: będzie żyło.

I to jak! Coraz bardziej. Z dnia na dzień coraz mocniej. Zaraz spęcznieje, zaokrągli się, nabierze masywnej cieles­ności. Żeby ssać, będzie bodło bezlitośnie cyca w tym swo­im jagnięcym przyklęku, merdając wpółbezwładnym, zwisającym jagnięcym ogonkiem. Pięć merdnięć i z byka w wymię, pięć merdnięć i znowu brutalny masaż, żeby le­piej płynęło do pyszczka. To ciało tak wątłe na początku, takie jakieś ledwo spojone, rozlazłe, po dwóch, trzech ty­godniach zamienia się w cielesną kulę. W mięsny pocisk. Toczy się, turla, rwie do przodu, pokryte młodą, delikatną wełną, odbija się tylnymi nogami, wykonuje piruety i salta na przednich. W chwilach absolutnego owczego szczęścia w idiotycznie komiczny sposób wybija się ze wszystkich czterech i niczym na sprężynach podąża w baranią dal. Wystarczy pogodny dzień i trochę słońca. Ponieważ owce są w tym względzie całkiem jak ludzie.

Tej zimy przybyły trzy i wszystkie są czarne. Zachodzę do nich częściej, niż nakazywałby owczarski obowiązek, i po prostu patrzę. Emil Cioran napisał kiedyś, że zamiast wciąż obłędnie i na wyprzódki się cywilizować, „powinniśmy zawszeni i pogodni kucać w cieple zwierząt”, albo jakoś podobnie. Czytam wyrafinowanych filozofów, ale potrafię ich nauki przyjąć jedynie prostodusznie i bezpośrednio. Idę więc i kucam. Czekam, aż się zbliżą i poczują mój obcy, ludzki, ale przecież znany zapach. Aż zapomną na chwilę o nieufności, dzięki której żyją, i podejdą w zasięg dotyku. Teraz ja wciągam w nozdrza ich woń. W ciepłe, suche dni jest ostra, wyrazista i odurza. Jest w niej coś dalekiego i archaicznego. Jeśli to mieliśmy, to utraciliśmy dawno i na zawsze.

Kiedyś zabłądziliśmy nocą na Gobi. W ciągu paru chwil zrobiło się absolutnie ciemno. Do obozu mieliśmy parę kilometrów. Nie było ani iskry, ani światełka - nic. Szedłem przed siebie i wąchałem mrok. Myślałem: cóż, najwyżej zwiniemy się w kłębek i doczekamy świtu. Ale wąchałem ciemność i w końcu poczułem tę przedwieczną woń zwierząt stojących pod gołym niebem, niby udomowionych, ale nie do końca. Za nitką zapachu po kilkunastu minutach dotarliśmy do jurty. Obok była zagroda dla bydląt. Pasterze pomogli nam dojść do naszej furgonetki i namiotów.

Tak więc kucam pogodny, rezygnując jednak z zawszenia, i wącham moje ministado. Pachnie jak tamto gobijskie. Pięknie, mocno i odurzająco. Człowiek - mówię to, starając się oczywiście naśladować ton Ciorana - powinien mieć owce. Nie ocalą, nie uwolnią z samotności, ale mogą wskazać drogę w mroku. Niekoniecznie tym, w który zmierzamy, ale w tym, z którego przyszliśmy.

Jedna nie jest całkiem czarna. Ma białą gwiazdkę na głowie.


Suka

Nasza stara suka powoli umiera. Najpierw straciła chyba słuch, potem wzrok i na końcu węch. Ale jeszcze trochę się porusza i ma ogromny apetyt. Czasami próbuje na coś szczekać. Ledwo stoi, patrzy przed siebie niewidzącymi oczami i szczeka do swoich psich myśli, urojeń, może szczeka do swojej psiej pamięci. Przeżyła z nami szesnaście lat. Mieliśmy ją od szczeniaka. Któregoś lata przywiozła ją przyjaciółka i zostawiła u nas na wsi. Zaniedbaliśmy wów­czas rutynowe szczepienie, które powinno się aplikować szczeniakom, i zachorowała na parwowirozę. Jednak jakoś udało się ją uratować, wożąc co dzień do weterynarza na kroplówki, które ocaliły ją przed śmiercią z odwod­nienia. Został jej tylko lekki niedowład tylnych łap. Ale przez piętnaście lat biegała i nadążała za innymi psami. Czasami zimą znikały na dwa, trzy dni. Wściekałem się, ale w końcu odpalałem terenówkę i kopiąc się w śniegu, przepatrywałem bezludne doliny. Znajdowały się. Wycień­czone, wychudzone, ledwo żywe i zdaje się kompletnie bez pomysłu, co zrobić ze swoją psią wolnością i jak wrócić do domu. Potulnie pozwalały załadować się do auta i potem przez tydzień nie ruszały się z miejsc, chyba że do miski.

No ale suka była najstarsza. Wszystkie nasze psy były jej potomkami. Dziećmi, wnukami i prawnukami. Na wsi,

w warunkach niemal zupełnej swobody, trudno upilnować. Bardzo sprytne są psy, a w sytuacjach gdy chodzi o zacho­wanie gatunku, robią się trzy razy sprytniejsze. Wysterylizowaliśmy sukę dopiero po trzecim miocie. Uciążliwa zrobiła się ta prokreacja, bo żyliśmy wtedy w wynajmowa­nych domach, wśród ciągłych przeprowadzek, czasami we wsiach, gdzie ludzie na widok psa większego od kota, psa, który chodzi luzem, dostawali gęsiej skory. (Tak, wieś boi się obcych psów, ponieważ obce psy gryzą i nic tej wielo­wiekowej wiary nie podważy. Wiary skądinąd w owych wsiach uzasadnionej).

Ale nasza suka była łagodna. Jej wnuki i prawnuki za­gryzają czasem owce sąsiadowi. Wtedy klnę pod nosem, ale pokornie biorę pieniądze i płacę za psie rozrywki. Ale ona nigdy nikomu nie zrobiła krzywdy. Raz, wiedziona dalekim echem instynktu, przyniosła szczeniakom podrośniętego kurczaka. Lecz nie zrobiła ptakowi najmniej­szej krzywdy. Trzymała go w pysku tak ostrożnie, jakby niosła szczenię. Chyba nawet była zawstydzona tym wy­brykiem. Wypuszczony ptak stanął natychmiast na nogi i powrócił do swoich.

Teraz widzę ją, jak leży na werandzie w plamie zimowe­go słońca. Ma żółtą sierść, trochę ciemniejszy pysk i oklap­nięte uszy. Jest kundlem najczystszej krwi. Nie sposób odgadnąć, jakież to rasy musiały się spotkać i pomieszać w przeszłości, by jej trochę komiczna, trochę pokraczna i poczciwa postać pojawiła się w naszym domu szesnaście lat temu. Jednak jej kundle geny miały sporą siłę, bo wnuki i prawnuki przychodziły na świat niemal nieodmiennie w tym samym piaskowożółtym kolorze i z tymi samymi kłapciatymi uszami. Leży teraz w plamie zimowego słońca i niemal nieustannie śpi. Gdy któreś z nas podchodzi bar­dzo blisko, podnosi łeb. Trudno ocenić, czy nas poznaje. Lecz głaskanie i dotyk wciąż ją cieszą. Tak jak przez całe życie. Ale teraz przypomina stary, strzępiący się dywanik. Chociaż nadchodzi zima, wyłazi z niej futro, gęste, ciasno zbite puchowe podbicie, które sprawiało, że mogła się zwi­nąć w zaspie i po prostu zasnąć, nakrywając nos ogonem.

Bardzo też wychudła. Kiedy staje, wygląda jak szkielet oblepiony brudnożółtą watą. Ledwo stoi. Chwieje się, za­tacza. Potrafi zrobić kilkanaście kroków i zaraz wraca na swoje posłanie. Cuchnie. Zwyczajnie śmierdzi starością. Ciałem, które przestaje się poruszać. W tej woni odkry­wam jeszcze jej stary psi zapach, gdy przybiegała z wia­tru i deszczu, ale jest go coraz mniej. Próbuje się czasem podrapać, lecz przychodzi jej to z coraz większym tru­dem. To najbardziej psie zajęcie ze wszystkich psich za­jęć też staje się dla niej niedostępne. Łapa nie sięga celu i zawisa w pustce.

Na razie zima jest ciepła i bezśnieżna, więc może miesz­kać na werandzie. Gorzej będzie, gdy nadejdą mrozy. Suka po prostu robi pod siebie. Gdy ma lepszy dzień, poko­nuje parę metrów, ale często po prostu robi to tuż obok legowiska. Trudno mieć o to do niej pretensje, bo poza ludzkim dotykiem, jedzenie jest jedyną radością, której doświadcza. Je namiętnie i łapczywie i trzeba uważać na zęby, gdy się jej coś podaje. Ale żeby poczuła zapach, trze­ba jej podetknąć pod sam nos. Jednak nawet wtedy węszy po omacku, we wszystkie strony, i w końcu trafia jakoś tak przypadkiem. Trudno więc ocenić, czy przy tak szczątko­wym węchu ma jeszcze coś w rodzaju smaku. Czy też może i tylko się napycha, pochłania, napełnia żołądek wiedziona najpierwotniejszym odruchem. A potem, po paru godzi­nach, pozbywa się tego tuż obok. Dlatego obawiam się zimy i nadejścia mrozów. Trzeba będzie wziąć ją do domu i trzeba będzie sprzątać każdego poranka i w dzień też, bo nie da żadnego znaku, że chce wyjść. Przestała dawać zna­ki, tak samo jak straciła umiejętność wychodzenia.

Nawet teraz czasami mnie irytuje. Tak jakby starzała się i niedołężniała przeciwko nam, jakby robiła to na złość. Mijam ją kilkanaście razy dziennie, przestępuję przez udręczone ciało i są chwile, gdy czuję ukłucie zniecierp­liwienia. Tak jakby razem z jej życiem stygły we mnie do­bre uczucia dla niej. Jest w tym jakieś niezależne od woli okrucieństwo. Pochylam się i głaszczę. To, co kiedyś było odruchem, staje się świadomą czynnością.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ pierwszy raz oglądam powolną, długą śmierć istoty, z którą przez lata dzieliło się właściwie każdą chwilę. Rozmawiam o tym z ludźmi, któ­rzy mówią, że najrozsądniej byłoby ją uśpić. (Swoją dro­gą, ciekawy to eufemizm. Nikt nie mówi „zabić”. Wszyscy mówią o „uśpieniu”, czyli czymś łagodnym i jakby tym­czasowym). Wiem, że to rozsądne, że tak się robi i że ci, co to robią, mają poczucie, że ulżyli, skrócili męki i tak naprawdę zachowali się po ludzku. Mnie też przez chwilę przebiegło to przez myśl.
Postanowiliśmy jednak, że będzie inaczej.

Piszę ten psi ni to nekrolog, ni to wspomnienie o żyjącym zwierzęciu, ponieważ pierwszy raz w życiu jest mi dane tak długo, systematycznie i dokładnie oglądać, jak żywa istota zamienia się w niedołężniejące ciało, a potem na koniec zamieni się w trupa. Patrzę na sukę i myślę o sobie, ale też o tych wszystkich ludziach wolno wymykających się, wysuwających ze swoich powłok. Tak więc patrząc na sukę, nie mogę uwolnić się od wizji człowieczeństwa w stanie umieralności. Nasz żółty, bezużyteczny (ani nie szczeknie, ani się nie połasi, ani nie zamerda, ani nie ucie­szy się na powitanie, ani nie rozweseli) pies zamienia się w rzecz, której trzeba się będzie pozbyć. Tak, niektórzy doradzają, by zrobić to wcześniej, oszczędzając sobie kło­potu, a zwierzęciu udręk. Przecież nic się już nie zmieni, nie cofnie, nie odwróci. Zastrzyk i tyle. Mógłbym to nawet zrobić sam. Kiedy było trzeba, zarzynałem owce i kozy. Jednak z jakiegoś powodu nie mogę uwolnić się od myśli o ludziach leżących w tych wszystkich starannie ukrytych miejscach służących umieraniu. Są bezużyteczni. Pochła­niają energię, pieniądze, pracę. Wywołują zniecierpliwie­nie albo obojętność. Wiem, jak to się odbywa, bo wiele razy widziałem: do pokoju wchodzą trzy, cztery osoby w pielęgniarskich strojach i lateksowych rękawiczkach. Dwie unoszą niemal nieważkie ciało, reszta w dwie minuty zdejmuje pieluchę, obmywa, zakłada nową. Po trzech mi­nutach nie widać w ogóle śladów, że coś się działo. Tylko w powietrzu unosi się dziwny ludzki-nieludzki zapach. A być może po prostu zapach człowieczy, który nas prze­raża, który nas odstręcza i prześladuje, dlatego zamykamy go w tych odległych i niewidzialnych miejscach. Płacimy ludziom w lateksowych rękawiczkach, by za nas wdychali tę woń. Płacimy za to, by towarzyszyli umieraniu. W końcu płacimy im za to, by w jakimś sensie umierali za nas. Bo przecież uczestnicząc w śmierci innych ludzi, w śmierci bliskich, sami trochę umieramy, sami stajemy się trochę bardziej śmiertelni. Po prostu kupujemy kolejną usługę, by nie tracić własnego czasu. Żeby nie wdychać tej woni.

Dziwna jest ta nasza cywilizacja. Ratuje, chroni, prze­dłuża nam życie. A jednocześnie czyni nas bezbronnymi wobec śmierci. Nie potrafimy się wobec niej zachować. Moją babkę do trumny myły i ubierały ciotki i sąsiadki. Mój sąsiad umierał w domu. Córka zabrała go ze szpi­tala, ponieważ nie potrafiła sobie wyobrazić, że mógłby umrzeć wśród obcych. Sąsiad umierał długo, więc mu­siała nauczyć się tych wszystkich szpitalnych czynności, łącznie z podawaniem morfiny. No i sąsiad umarł w swo­im pokoju z widokiem na zielone wzgórze, na które spo­glądał każdego poranka. Ale moja babka, mój sąsiad to są śmierci niemal utopijne.

Czasami nawiedza mnie wizja miasta, wielkiego mia­sta, w którym wszyscy umierający pozostają w mieszka­niach. Na wysokich piętrach nowoczesnych wieżowców, na strzeżonych osiedlach, które pustoszeją o poranku, by zaludnić się dopiero wieczorem, odgrodzeni cienkimi ścia­nami od ulicznego zgiełku, od skłębionego, drapieżnego żywiołu współczesnych metropolii, wśród nigdy niemil­knącego skowytu miasta, z poświatą neonów w gasnących źrenicach. Taką mam wizję. Że nie umiera się w szpitalach, hospicjach i domach starców, tylko w domach, w miesz­kaniach, które przez większość czasu stoją opustosza­łe. Kłopot mamy z posiadaniem i wyprowadzaniem psa, a co dopiero z umierającym. A jak znieść trumnę z ósme­go piętra? Wieźć ją windą w pionowej pozycji? A potem? Co z konduktem w miejskim ruchu? W korku do kościoła, do kaplicy i potem na cmentarz? Trąbiąc, migając światła­mi, żeby reszta żałobników nie zgubiła drogi?

Nawet na wsiach pogrzebowy obyczaj się zmienił. Kiedy chowano moją babkę, kondukt szedł w skwarze z kościoła na cmentarz cztery kilometry, a trumnę niosła na ramio­nach rodzina. Kiedy w tej samej wsi niedawno chowano mojego wuja, pieszy kondukt dotarł tylko do ostatnich za­budowań, a potem wszyscy poszli pod kościół do zaparko­wanych aut, by pojechać w ślad za karawanem.

Jest nas coraz więcej i coraz więcej będzie nas umierać. Coraz bardziej samotnie. Przynajmniej do czasu wynale­zienia nieśmiertelności. Ale zdaje się, że nawet ta wyna­leziona w przyszłości nieśmiertelność będzie po prostu przedłużającą się w nieskończoność samotnością. Bo o czym w końcu będzie rozmawiać taki nieśmiertelny ze śmiertelnymi, których na nieśmiertelność nie stać?

O takich rzeczach myślę dzięki naszej suce. Dziś zrobi­ło się chłodniej i zbudowałem na werandzie coś w rodza­ju psiej budy. Opatuliłem i wyścieliłem kocami. Zwinęła się w kłębek i śpi. Śpi bez przerwy. Właściwie nic by się nie stało, gdyby zrobić jej ten zastrzyk. Po prostu spałaby dalej. Przestałaby robić pod siebie, przestałaby się prze­wracać, przestałaby wlec za sobą tylne łapy, przestałaby zjadać własne odchody. Przestałaby cierpieć, a my też by­śmy odetchnęli, bo wcale nie jest łatwo patrzeć, jak ktoś (czy pies to ktoś?) zjada własne odchody.

Nic by się nie stało. Człowiek powinien przewidywać zdarzenia i w razie potrzeby wyprzedzać ich bieg. Zda­je się, że dzięki temu znaleźliśmy się tutaj, gdzie dzisiaj jesteśmy. I nic nas nie zatrzyma. Będziemy się pozbywać bezużytecznego życia. Skoro nauczyliśmy się je wydłużać, damy sobie prawo do jego skracania, ponieważ od jakiegoś czasu wydaje się nam, że wszystko jest w naszych rękach. W dawnych czasach, przed epoką humanizmu, śmierć była okrutna, przychodziła jak zwykle za wcześnie, ale życie trwało do swojego końca. Decydował o tym los. Los po­woli odchodzi w przeszłość. Nie będzie już losu. Na razie usuwamy go z naszej codziennej przestrzeni do szpitali i umieralni. Potem weźmiemy się za czas. Będziemy de­cydować, kiedy ma nadejść.

Piszę i wyglądam na werandę. Suka zjadła i znów zwi­nęła się w kłębek w swojej norze ze śpiworów i koców. Nasz młody bury kot wchodzi tam za nią i zwija się obok w cieple jej stygnącego ciała.