Jolanta

Sylwia Chutnik
#
  • Znak Literanova
    wrzesień 2015
    124 x 194
    288 stron
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-240-3528-1

Fragment najnowszej powieści Sylwii Chutnik Jolanta opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak Literanova.

Copyright: Znak Literanova

Matka lubiła wypominać ojcu pochodzenie. Ona z le­karzy (czyli pielęgniarek, salowych i grabarzy), a on z roboli (rymarze, sprzątaczki). Mezalians, ale co zro­bić, takie czasy. Po wojnie wszystko się pomieszało. Na szczęście jakoś im się żyło, skromnie, ale godnie. Byle­by dzieci się wybiły i zapewniły rodzicom spokojną sta­rość. A potem koniec z przekomarzaniami, bo jak się kończy związek, to i spory klasowe ustają. Po roku od zniknięcia ojca przyszło pismo z sądu, że rozwód. I po­dział majątku. Telewizor na pół, meble na pół, dzieci na pół. Jolanta leżała w nocy na łóżku i obserwowała poruszające się na suficie światła. Tworzyły teatr cieni, w którym główną rolę grała pobliska latarnia odbijają­ca się w koszu na śmieci.

Dziewczyna znowu wyobrażała sobie, że jedzie wy­stawną karetą na własny pogrzeb. Jak ona lubiła takie historie! Wszyscy płaczą, nawet ona roni łzy, które ła­skoczą ją w podbródek. Tata stoi nad grobem i mówi cicho: „Co ja zrobiłem najlepszego? O Jezu, zabiłem córkę”. Wszystkim jest bardzo przykro, że ją poniżali, ale jest już za późno na żal. Trumna zjeżdża uroczyście na parcianych pasach w czarny dół. Już nie zobaczą Jolanty na tym świecie.

– Będziecie tego żałować! Wszyscy! – krzyczała Jo­lanta do mamy i brata, kiedy ją denerwowali. – Jeszcze będę kimś, jeszcze wam będzie głupio, żeście się na mnie nie poznali. Będzie wam głupio!
– No, ale to trzeba do roboty się wziąć, cholera jas­na, a nie tak leżeć tylko po pokojach jak jaśniepaństwo i na podwórku gnić od rana do wieczora.

Tak mówiła matka. W ogóle cała była w nerwowo­ści nieustającej. Kiedy wpadała w złość, to jednym ru­chem zrywała korale z szyi. Kuleczki spadały wdzięcz­nie i obijały się o podłogę. Znajdowano je później w różnych miejscach przez długie miesiące. Ślizgały się na nich kapcie, zatykała się nimi rura od odku­rzacza. A matka znowu stała i wyła, trzymając się za skronie. „Ja już nie wytrzymam tego bólu, ja tego nie wytrzymam”.

Ale jakiego bólu?

To nie ma znaczenia. Porzucone kobiety trawią swoje rozgoryczenie szybciej, bo im nie osiada na karku i ramionach, tylko od razu spływa pod brzuch i tam zostaje. A kto by się zajmował wnętrznościami porzuconych kobiet? Bez przesady. To takie, no, bio­logiczne. 

Złorzeczeniu nie było końca. Domownicy przy­zwyczaili się do niego, nauczyli się go nie dostrzegać, tak jak nie dostrzega się osy krążącej wiecznie nad oranżadą. Między pokojem a łazienką rozpościerał się ring, na którym rodzina toczyła walkę. Matka miała pretensje do córki, że ciągle leży na łóżku i w niczym nie pomaga. Siostra do brata, że wziął nie swoje skar­pety. Matka do syna, że za długo ogląda telewizję. Nie­kończący się korowód błahostek, przez które gotowi byli zabić.

Jolancie udawało się czasami wybić matkę z transu toko­wania. Siadały sobie wtedy na tapczanie, gryzły pestki słonecznika i gadały o byle czym. Kiedy ojciec jeszcze był, to siadał z nimi i bawił się kapciem na stopie. Zdej­mował go, wkładał z powrotem. Nie odzywał się, był.

A one głównie opisywały rzeczywistość, słodko-słone otoczenie, gdzie nigdy nic ciekawego się nie wydarzy. Miały na tę rzeczywistość sposób. Do rangi sensacji wynosiły osiedlowe epizody, chrzciny w klat­ce obok czy kłótnie o miejsca parkingowe. Odgrywa­ły sobie sceny z życia blokowego, plotki, narzekania na brud, wykręconą żarówkę w windzie i zatkany zsyp, który śmierdział, rozsiewał prusaki i ział ot­wartą paszczą pełną mokrych gazet. Matka, niby niechcący, przytulała ją niewprawnymi ramionami. Sztywniała cała ze speszenia i obie były zdziwione sytuacją. Wykonywały swoje gesty ostrożnie, niczym początkujące aktorki, które zamiast wsłuchiwać się w siebie powielają ruchy podpatrzone w telewizji. Kie­dy nie potrafiły ze sobą rozmawiać, śpiewały ballady o klatce schodowej:

Bachokno na klatce zamknął wiatr
Ostatni list do skrzynki wpadł
Nikt go nie przeczyta
Nikt nie otworzy
W oczach się tylko
Nowy dzień nasroży

Najchętniej bym dłoń swą w poręcz wsunęła
Uciekłabym z krzykiem
Do samego nieba

Trachdrzwi do klatki zamknęły się same
Wnet dziecko straciło swą mamę

W tej dziwnej konstelacji potrafiły wysiedzieć kilka godzin. Wersalka stawała się wyspą, dotknięcie stopą podłogi było jak dotknięcie wody, w której czają się niebezpieczeństwa. Mościły się w kolorowych podusz­kach i nie przestawały gadać. Ojciec zasypiał po cichu, cichutko chrapał. A one chciały pić herbatę.

Więc wstawiało się wodę i zaparzało herbatę. „Podaj cukier. Jak to nie ma? Musi być, kupowałam. Pewnie w torbie leży jeszcze, nierozpakowany. Przesyp. Podziób, żeby grudek nie było. Półtorej płaskiej łyżeczki wsyp”. Co znaczy w tym dziwnym kodzie międzyludz­kim „cukier”? Dobrze, aby była to miłość. Półtorej pła­skiej łyżeczki miłości każdego ranka.

Rozmawiać, pić i oglądać. Rodzina gromadzi­ła się przy telewizorze jak ćmy przy żarówce. Nagle mieszkanie zamierało, lodówka pomrukiwała w kącie, a okruchy turlały się niepewnie po blacie. Wiatr stukał w szybę, osiem miliardów ludzi przewalało się po uli­cach, a tamci oglądali.

Rodzina Leśniewskich i Karwowskich, w radiu Matysiakowie i Poszepszyńscy. Polska rodzina wycho­wana na chlebie i soli. Żeby tylko dzieci były zdrowe, żeby tylko starczyło do końca miesiąca. Telewizor emi­tował piękne obrazy, właśnie leciał Powrót do Edenu. Och, jakie oni mieli stroje, jakie fortuny! Oszukiwali się, zabijali i gonili po przyrodzie prosto w paszczę krokodyla.

A gdyby tak Eden na Żerań przenieść? Zaraz sąsiad by się darł, że za głośno brzęczą biżuterią i za moc­no stukają obcasami wysokimi na pięćdziesiąt cen­tymetrów, żeby się nie pobrudzić ziemią. W okolicy mnóstwo chaszczy, kto wie, może i krokodyl pływa w kanałku. Nikt by się nie zdziwił, gdyby zielony gad kłapiący paszczą nagle wyskoczył z bagien. Z taśmy produkcyjnej FSO zjeżdżałyby limuzyny, felgi świeciłyby prawdziwym złotem. Ojciec polerowałby ściereczką inicjały rodowe wygrawerowane na masce. A matka wsiadałaby do samochodu i wysiadała z niego ubrana w najpiękniejszą piżamę, żeby nie pobrudzić tapicerki. Byliby razem, jak na zdjęciach z plakatów reklamo­wych.

Kiedy na kanapie siadał także ojciec, było najlepiej. Uwielbiał szybko jeść. Pochłaniał obiady z dużego ta­lerza z prędkością superwyścigówki. Gorące potrawy wypalały jego gardło, a on syczał z zadowolenia.

– Jolciu, podaj wodę. Szybko, dziecko, podaj wodę.

A potem odkładał sztućce, przecierał twarz dłońmi i przytulał córkę. Długo trzymał ją w objęciach i śpie­wał jej albo grał z nią w inteligencję.

– Podziel kartkę i wpisz „państwo”, „miasto”, „rzecz”, „imię”. Podaj literę. Czas start.

Co robić z takimi wspomnieniami? Wyrzucać po kolei z głowy, aż wylecą wszystkie. Na co to je tam trzymać? Szamoczą się tylko i dochodzą do głosu w najmniej odpowiednim momencie. Złożyć wspólną przeszłość do trumny, zapakować ją do walizki i oddać przypadkowej osobie, zanim zadławi do końca.


Sprawa rozwodu coraz bardziej się komplikowała. Tata słał kolejne pisma i tylko dorzucał żądania. A to do­magał się dywanu, gdyż dostał go na talony z pracy. A to akwarium po chomiku, bo je sam z pedetu przydźwigał. Co mu się stało, dlaczego tak się zachowywał? Gdzie podział się tatuś z kanapy, który cichutko chra­pał, gdy mu głowa opadała na ramię?

Matka pakowała pozostałości po niewiernym mężu w przepastne worki po mące i zrzucała z szóstego piętra na chodnik. Wszystko rozsypywało się jeszcze w po­wietrzu i to nieforemne konfetti zagrażało przechod­niom. Darła się z okna matka, krzyczała na te wszyst­kie rzeczy, jakby to byli mężowie lecący na złamanie karku i wieczne potępienie. „Wynocha z domu, jak najdalej od moich dzieci, wynocha! Niech ta k... pozbiera i upierze, skoro taka wyrywna. Niech sobie to wszystko weźmie w cholerę”.

Potem zamykała się w łazience i tłukła flakony z ta­nimi perfumami. „Być może”, „Paris, Paris”. Smród podróbek rozlewał się po mieszkaniu, dusił, wywoływał kaszel i wymioty.

Sprzątała bez słowa, kalecząc sobie palce. Krople krwi spadały na podłogę. Dziewczyna to uwielbiała.


Jolanta mieszała w szklance pestki cytryny i gapiła się na wieczorne podwórko. O tej porze było prawie puste, tylko kulawy dozorca grzebał w śmietniku. Kabel, słoik, resztka jedzenia – kolejne znaleziska lądowały w jego wielkiej siatce. Przypomniała sobie matkę mówiącą, że jeszcze kilka lat i będzie żyła z cudzych skrawków, bo na emeryturze zabraknie pieniędzy. Odruchowo przełożyła zużytą torebkę herbaty na spodek. Jeszcze się przyda. Trochę zbyt nerwowo usiadła na wersalce, pluszowy misiek spadł z oparcia na jej głowę i wlepił plastikowy wzrok w jej dekolt. Kiedyś matka odcinała zabawkom różne elementy, żeby je wykorzystać jako dodatki do sprzedawanych w butiku ubrań. Dorabiała w ten sposób do pensji ze spożywczaka. Oczy wędro­wały na kołnierze z lisa, noski na czubki wielkich czap, sukienki lalek stanowiły idealne wykończenia ubranek do chrztu. Zakradała się do pokoju Jolanty i wyciągała z ciepłych od snu ramion pluszaki. Potem maszyna chrupotała przez pół nocy. Rano na krzesłach rozło­żone były nowe ubrania. A zabawki straszyły pustymi oczodołami i golizną. Jak na zdjęciach z czasów wojny.

Czasami Jolanta rozmawiała z matką o dozorcy. O, ten był największą ciekawostką osiedla. Wariat, świr, po­słaniec złych wiadomości. Mówiąc o nim, odruchowo ściszały głos, jak przy knuciu i powierzaniu sekretów. Nigdy nie było wiadomo, kiedy i skąd się wyłoni. Wychylał się nagle zza węgła i obserwował. A potem znikał równie szybko, zostawiając za sobą obrzydliwy zapach rozgotowanego ciała. Taki sam wydobywa się z kotła pełnego resztek mięsa.

Miał może dwadzieścia lat, a może dużo więcej. Nieokreślona płeć, twarz niby dziecka, niby starca, bo oczy bystre, ale policzki obwisłe. Objawił im się w Wigilię, kiedy Jolanta miała trzynaście łat. Trwały przygotowania do kolacji, po mieszkaniu kręcili się go­ście, szurali krzesłami, jakby nie mogli po prostu usiąść i zjeść tych wszystkich potraw gotowanych w dusznej kuchni.

– Stuk, puk, kto tam?

Och, czy to zbłąkany wędrowiec o strawę pyta? Czy to Święty Mikołaj z pękatym workiem podarun­ków?

Lecz za drzwiami stało Ono. Człowiek, to pewne, ale nieokreślonej kategorii. Twarz miał ogorzałą, nieco wykrzywioną, a sylwetkę pompatyczną i wylewającą się z dresów. Na nogach praktyczne adidasy z bazarku, z których wystawały skarpety nie do pary. W wersji frotte, bo ciepłe, a człowiek się najszybciej przeziębia od nóg, spytajcie babci.

Ono miało w ręku kubeł od mopa i dziwnie filowa­ło kaprawym okiem. Otworzyło usta i to było bardzo przykre dla osób stojących nieopodal. Wycharczało ze swadą:

– Dzińdbry, bym do mycia wodę ciepłą, no.

Jolanta wzięła od niego kubeł i chwilę się zawahała.

Zostawić drzwi otwarte czy zamknąć? Przecież jak ona zniknie w łazience, aby nalać wody, to postać może wykorzystać sytuację i wślizgnąć się do domu, zabić rodzinę, zwinąć za pazuchę telewizor i zwiać. Wes­tchnęła, tak w głębi siebie, i zaryzykowała.

Rzuciła się na kran i odkręciła go na cały regulator. Woda chlusnęła do wiadra, na leżącą na dnie brudną ścierkę, rozbryzgując wokół piaszczysty osad. Wzmog­ło to jeszcze bardziej smród jakiegoś klatkowego potu, zabłoconych butów i cudzych tajemnic.

Wróciła do drzwi i postawiła wiadro za progiem, jak najdalej od siebie. Już chciała zamykać drzwi, ale zauważyła, że dozorca nie odchodzi.

Ono przechyliło się niebezpiecznie w jej stronę, tro­chę tak, jakby chciało na ucho szepnąć jakiś okropny sekret. Wgapiło się intensywnie i powiedziało powoli:

– A ty nie boisz się tak tu żyć?

Zapanowała cisza, bo adresatka pytania miała prob­lem z przyswojeniem treści. Chwilę gryzła wargę, nie chciała się przyznać sama przed sobą, że sobie nie ra­dzi z sytuacją, że zwyczajnie zbacza na mielizny logiki. Ono ciągnęło dalej ze świstem:

– Bez nikogo.

– Ja?

– Bez nikogo całe życie.

Nastąpiła pauza w tym, mówiąc szczerze, desperackim dialogu. Wreszcie dozorca ni to wysapał, ni to wyjęczał. W ogóle miał dziwny głos, jakby całkiem pozbawiony melodii:

– Trzeba dbać o rodzinę, o życie, nie?

Jolanta stała, przesuwając palec po futrynie. Bawiąc się klamką. Czekając. Rozmowa wyraźnie się nie kleiła. Gdyby tych dwoje wyjechało razem na wakacje, sporo dziwnych rzeczy mogłoby się wydarzyć, ale słów zbyt wiele by nie padło. Ono podrapało się w głowę, a potem powoli ją odwróciło.

– Kto tam? – zapytała matka z kuchni, zirytowana, że w taki dzień ludzie zawracają głowę.

Jolanta zamknęła drzwi, a pytanie matki zbyła milczeniem. Nie chciała opowiadać o tej dziwnej wizycie. Przynajmniej nie od razu, bo nie wiedziała, co o niej sądzić. Dozorca przypominał jej a to duże dziecko bez pieluchy, a to Golarza Filipa z bajki o Panu Kleksie. Przełamała się kilka miesięcy później. Mówiła z trwogą, jakby zdradzała wielki osiedlowy sekret. Ale matka tylko uśmiała się nieszczerze i skomentowała:

– Plecie różne głupoty, boże stworzenie. W młodości przeszedł polio, a może i portfolio. Porażenia, problemy. Matce z rąk upadł i uderzył główką o chodnik. Teraz ma pozostałości. To dziwak. Dziwak, ale dobrze sprząta klatkę schodową.

Jolanta nie mogła zapomnieć tego mdławego zapachu nieproszonego gościa. Czuła go wszędzie, popadła w prawdziwą nerwicę natręctw. Zaczęło się od wącha­nia obrusu. Potem obwąchiwała świeżo umyte naczy­nia. Następnie wkładała nos w cukier, którego ziarenka wlatywały jej do oczu, drażniąc kanaliki łzowe. Potem wąchała czajnik z gotującą się wodą aż do poparzenia powiek. I to od środka. Sprawdzała zapach klamek, zmywaków i piecyka. I jeszcze nóg od krzesła oraz telewizora.

Ciągle jej się wydawało, że coś śmierdzi, rozkłada się jak stare mięso w lodówce. Początkowo podejrzewa­ła chomika i jego pleśniejące futerko, ale chomik Józio jakoś się trzymał, sikał nawet w codziennie zmieniane trociny. Więc to nie on. Ona sama też nie, myjąca się kompulsywnie kilka razy dziennie. Chodzą słuchy, że nigdy skóry do końca nie umyjesz, nawet jakbyś zdjęła i uprała w najlepszej pralce. Ze skóra człowieka pełna będzie zanieczyszczeń, bo kryją się w niej, zalegając wyłomy i zmarszczki, wszystkie niecne myśli. Pumek­sem drapiesz, a cholerstwo zostanie.

Nie było wiadomo, skąd ta woń. Może to strach tak pachniał nieznośnie? Może to przeznaczenie jakieś czy inne licho? Z czasem Jolanta zaczęła podejrzewać, że gnije od wewnątrz i nie może przestać.

Wszystko było nie tak. Dozorca pojawiał się zawsze wtedy, kiedy miało się wydarzyć coś złego. Krążył po podwórku w dniu, w którym znaleziono nieżywego człowieka, i pojawił się nagle, kiedy odwożono do szpitala sąsiadkę z góry, co ją ledwo po zawale odra­towano.

Czarny ptak obleczony w dresową bluzę, z miotłą w jednej ręce i nożem w drugiej. Nie wiadomo, czy istniał naprawdę, czy był wariacją na temat obejrza­nego kiedyś' horroru, błąkającą się po psychice dora­stającej dziewczynki. Patrząc na takich osobników, zastanawia się człowiek, co robią, kiedy ich nikt nie widzi. Kitrają w pudełeczkach resztki ciał? A może nucą sobie pioseneczki o końcu świata, monotonnie, niezobowiązująco?