Narzeczona Schulza

Agata Tuszyńska
#
  • Wydawnictwo Literackie
    sierpień 2015
    324 strony
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-08-05433-8

Fragment książki Agaty Tuszyńskiej Narzeczona Schulza opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

Copyright: Wydawnictwo Literackie


Józefina Szelińska, Juna, w latach 1933–1937 była narzeczoną Brunona Schulza — genialnego pisarza, malarza, autora Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod Klepsydrą. Ukrywała to przez niemal pół wieku. W powojennych ankietach podawała stan cywilny: samotna. Wszystko inne jest grą pamięci i wyobraźni.
 
Ta fotografia jest jego dziełem. To ja. „Juna”. Długie smoliste włosy gładko zebrane do tyłu. Czarna jedwabna suknia na ramiączkach. Niewielki naszyjnik z pereł. I zmysłowa, rozchylona róża z prawej strony. Ale przede wszystkim duży dekolt i nagie ramiona. Sam mnie tak usadził, upozował. Prosił, żebym odsłoniła nogi. Na chwilę, do zdjęcia.
Rozłożył mi ręce w szerokim geście. Otwieram się… Pokazuję coś więcej niż pończochy, o wiele dalej niż zwykle, niż nauczyła mnie matka, niż trzeba.
(Jeszcze nie wiedziałam, że i za tę frywolność przyjdzie mi zapłacić).
Kanapa przypomina tron, a ja władczynię. Patrzę, jak nie patrzyłam dotąd na nikogo. Kusząco, wabiąco. Ale też z pewnością siebie, trochę nawet surowo. Jakbym za chwilę miała karcić poddanych…
Nie wiem, czy to on sprawił, że tak wyglądam. Ale na pewno on wyreżyserował takie ujęcie. Taką mnie stworzył. Czy to więc jemu wtedy chciałam się podobać? Oczy spod przymkniętych lekko powiek wydają się pewne odpowiedzi.
Tego kadru nie powtórzył w żadnym swoim rysunku. Nie naszkicował nigdy mojego oddania. Ani pożądania. Tę historię powtarzała sobie latami. W wielu wariantach i różnych odsłonach. Realistycznie albo z „młodopolską falbaną”. Na chłodno i ze łzami w oczach. W gorsecie lub z rozpuszczonymi włosami. Bliżej rzeczywistości lub bliżej swojej duszy. Wtedy, kiedy modliła się o żar. I później, kiedy prosiła już tylko o spokój.

Dramat zwykle zaczyna się mimochodem. Jakoś tak… albo wręcz „byle jak”. Bez fanfar. Na przykład na ulicy.
Tego mężczyznę, myślała o nim manierą matki: „młodego człowieka”, zauważyła kilkakrotnie na Mickiewicza. Zatrzymywał się przed nią w pewnej odległości, jakby ustępując miejsca. Cofał się, nieznacznie pochylając głowę, by ją przepuścić. Zapamiętała ten gest, wyraz adoracji w oczach i pokory w postawie. Niewiele jednak zostawało z lekkości machnięcia kapeluszem. Raczej upór i jakaś intensywna przewrotność. Dziwak, ale intrygujący.
Uczyła wtedy literatury w żeńskiej szkole w Drohobyczu. Miała do pracy kawałek ze stancji. Nie lubiła się spieszyć, wychodziła wcześniej, w drodze nabierała oddechu. Z powrotem to samo, jakieś niespieszne zakupy, może czasem spacer z koleżanką, choćby ze Stefą Czarnecką, ale niewiele było tych przyjemności. Mieszkała i żyła sama.
Widywała go później na nauczycielskich konferencjach czy naukowych spotkaniach. Wiedziała, że też jest nauczycielem, że w najlepszym w mieście męskim gimnazjum
uczy rysunku. Patrzył zawsze z boku, jakby podpatrywał. Szukał okazji do osobliwych czołobitności. Jego pokora, uniżoność ponad miarę i te przenikliwe oczy odpychały ją.
Prowokowały rezerwę. Milczała. Dobrze by zabrzmiało: milczała wyzywająco. Nauczyła się patrzeć na niego niby bez wyrazu, jak zza szyby, a przecież pytająco… Kobiety to umieją. Szczególnie wtedy. I szczególnie kobiety w małych miasteczkach, wolne, a już, zdaniem otoczenia — nie najmłodsze. Nie znała jeszcze przez jakiś czas jego nazwiska.
Te pierwsze przypadkowe spotkania dwojga nieznających się ludzi musiały być pod koniec 1932 roku. Zapamiętała ciepły wrzesień, spadające kasztany, wieczorny cień chłodu w powietrzu. Ciągle nie nosiła płaszcza. Wieści ze świata nie zakłócały jeszcze codziennego życia. Horyzontu nie barwiła rozpacz.
Kilka miesięcy później, na początku wiosny 1933 roku odwiedził ją w szkole nauczyciel fizyki, w którego towarzystwie widywała czasem tamtego mężczyznę. Profesor Aleksy Kuszczak przyszedł jako wysłannik kolegi, na tyle zawstydzonego, że sam nie ośmielił się pojawić. A prosił o jej zgodę na pozowanie do portretu.
Któraż Madame Bovary odmówiłaby artyście? — pomyślała, mile zaskoczona brawurą tej propozycji. Zgodziła się. Desperacki gest występnej żony prowincjonalnego lekarza nie zaprzątał jej uwagi. Wkrótce potem przyszedł już sam Schulz. Wyjął pastele. Szkicował szybko, popatrując na nią z jakiejś głębi, do której nie miała dostępu.
Peszyło ją to nieco. Ale tylko na początku.

Zaczęły się seanse, w których często odkładał ołówki i kredki i rozmawialiśmy. W pamięci mam bardziej aurę niż szczegóły tych rozmów. O księdze blasku, płodności chwastów i labiryncie odzwierciedlającym mapę ludzkiej duszy. Niezwykłość, wzajemne zauroczenie. Jakbyśmy byli związani tajemnym paktem, grą spod półprzymkniętych powiek. Czułam w tym smak zakazanego owocu, choć nie do końca wiedziałam dlaczego. Miałam nagie ramiona. Zbyt nagie. Chciałam zniknąć, a jednocześnie być, bardziej i bardziej. Ktoś mnie tworzył, podziwiał, dopełniał. Sprawiał, że czułam się dla mężczyzny królową, którą nigdy nie byłam. W domu rodzinnym nie miałam na to szansy. Otaczali mnie bracia, ojciec, widywaliśmy się w bieliźnie w drodze do łazienki. Tutaj rozpływałam się w jakiejś mgle uwielbienia, na którą przecież nie zasługiwałam. Nie doświadczyłam wcześniej podobnego stanu.
Szkicował. Patrzył na mnie uważnie. Chyba nie tylko z uwagą rysownika. Pamiętam te oczy. Niewielkie i błyszczące. Ciemne i przenikliwe. Głęboko osadzone pod niewysokim, mocno sklepionym czołem. Czy widział mój semicki nos? A oczywiście, że widział, sam miał podobny, choć nie tak wydatny jak mój. Ale wiedział pewnie, że chodzę do kościoła, nie do synagogi. Sama się tym chętnie chwaliłam. Jakby to było bardzo ważne. Wtedy wierzyłam, że jest. Czy wiedział już, że topnieję pod tym jego spojrzeniem? Że gotowa jestem na więcej niż dotychczas z jakimkolwiek innym mężczyzną? Jak i kiedy to odkrył?

Te pierwsze szkicowe portrety nie zachowały się. Nie była zresztą pewna, czy chodziło o nie, czy o nią. Niewiele wtedy wiedziała o ich autorze. Dopiero później zwróciła uwagę na dwa jego obrazy w lwowskim muzeum: Autoportret, już znajomy, artysty z magnetycznym wzrokiem, i rodzajową scenę — z dwiema kobietami adorowanymi przez mężczyznę. Drobnego, zgiętego w geście poddania. O rysach i sylwetce również znajomych. Nieoczekiwane powtórzenie i zwielokrotnienie jej własnego doświadczenia z drohobyckiej ulicy.
Wydawał jej się młody, znacznie młodszy od niej, a miała wówczas dwadzieścia osiem lat, i była szczerze zdumiona, gdy oświadczył, że on sam skończył czterdzieści jeden. Trudno jej było w to uwierzyć. Bo przecież uważała się za osobę trzeźwo oceniającą ludzi. Tak szybko ją
zaczarował? Ją, chłodną prymuskę dojrzałą ponad swój wiek? Tym rysowaniem czy może opowieściami o książce, która miała się niedługo ukazać?
Wstydziła się adoracji, którą ją otaczał, ale i pragnęła jej. Wkrótce — jak niczego innego na świecie. Choć koleżanka z pracy, której wymieniła z błyskiem w oku jego nazwisko, powiedziała: Lepiej uważaj. Różnie o nim mówią. No, to akurat nie była wielka nowina, o kim nie mówią różnie? Dopytywana, wykręcała się od odpowiedzi, w końcu bąknęła, że go widują z miejscowymi latawicami. Jakimi latawicami? No, dziwkami. Ale to chyba nie on…
Wzruszyłam ramionami — pewnie że nie. Chociaż kiedy zobaczyłam więcej jego rysunków…

Przyznaję, od tej chwili chodziłam po Drohobyczu z otwartymi oczami. Zwłaszcza wieczorami, koło rynku, podpatrywałam te pannice kręcące się zalotnie pod arkadami i wystające u wylotu uliczek. Aż mi się nie chciało wierzyć, że zajmują się… tym. Bo jak to w ogóle tak można, z obcym, od razu, nago? I w ogóle… Gdzie zabierały tych swoich klientów? Tam w głębi były tylko same rudery.
Niektóre dziewczyny były nawet ładne, jedna wydała mi się piękna, w rozkloszowanej sukni i w strojnym kapeluszu wcale nie wyglądała na „taką”. Inne na wysokich obcasach chodziły niezgrabnie jak manekiny. Nieobyczajnie świeciły łydkami. A mężczyzn wkoło nich nie brakowało. Jedni się skradali, inni, podpici, ryczeli swoje chęci na całą ulicę. Raz czy dwa i mnie próbowali zaczepiać. Więc przestałam zapuszczać się tam, gdzie nie trzeba. Bruno jest artystą, tłumaczyłam sobie, musi wiedzieć i widzieć więcej niż inni, chodzić wszędzie i przeżywać wszystko, byle nauczycielka nie będzie mu mówić, co jest dobre, a co złe. Szczególnie że nic takiego przecież nie robi. Nie  on. Jest przecież nauczycielem. Jakiś inny ktoś — to tak. Może nawet inny Schulz. Na pewno.
Spotykaliśmy się u mnie, najczęściej wieczorami. Wynajmowałam pokój u Zarembów, czekałam na jego wizyty. Już nie tylko kolegi nauczyciela, magicznego rysownika, ale i pisarza. Wieczorami piliśmy herbatę, koniecznie z konfiturą!, i zatapialiśmy się w wierszach Rilkego. Albo w nieprzebranych feeriach jego wyobraźni. Zaludniały ją wielobarwne motyle i metafory. Jak nigdy z nikim. Przez pierwsze miesiące to był najważniejszy sens naszego związku. Dla obojga. Dziwkami z rynku już się nie przejmowałam.
Niemal od razu powiedział, jakoś tak cicho i nieśmiało, że ma niedługo wydać książkę, zbiór opowiadań zatytułowanych dziwnie, ale pięknie — Sklepy cynamonowe.
I że pomogła mu w tym Zofia Nałkowska. Jeździł w tej sprawie do Warszawy, chyba nawet do niej. Dodał, że brat Izydor finansuje jego debiut. Był tym trochę zażenowany, ale bardziej podbudowany. Przeświadczeniem, że brat, prawdziwy przedsiębiorca, dyrektor firmy naftowej Galicja, wspiera go z przekonania, że wierzy w jego pisarski talent. Ale ja byłam ciekawa czegoś innego.

To „ta” Nałkowska, spytałam? Tak. To jego „tak” było ledwie słyszalne. Wielka Nałkowska, myślałam, czy on — taki wrażliwy, taki oczytany — nie zna jej literackiej potęgi? Potem już nie byłam taka niemądra, ale na początku, owszem — tak. Nie domyśliłam się, że łączy ich coś więcej. Dlatego był taki zdawkowy. Ale skąd miałam wiedzieć?
Tym bardziej że, jak myślałam, coś więcej zaczyna łączyć go przecież ze mną…

Najczęściej chodziliśmy na spacery po łąkach za domem. Albo do brzozowego lasu. Ja byłam od dzieciństwa fanatyczką pieszych wycieczek. (Zdzierałam w sezonie kilka par butów na płaskim obcasie!) Ale i on wcześniej spacerował regularnie. Zwykle po lekcjach. Deptak wiódł przez szpalery jarzębin i kalin ulicy Sienkiewicza, poprzez park do drohobyckiego corsa ulicy Mickiewicza, obok szkoły św. Jadwigi…
Banał? Nie z Brunem.

Rozmawiali o wszystkim, choć głównie o literaturze. Oboje wielbili twórczość Rilkego i Tomasza Manna. Ale lubił też dyskutować o Freudzie i Einsteinie. O wszystkim, co czytał. Wierszem i prozą.
O różnościach.
Narzekał na kurz w Warszawie. O modlitwach mówił, że to śliczne wiersze mistyczne. Łakomie o lodach w Ziemiańskiej. O kolorach powietrza namiętnie dywagował. I tureckim alfabecie wron, których mowę próbował rozszyfrować. Monotonnie o egzaminie z geometrii wykreślnej, który zdawał w młodości, kiedy jeszcze miał być inżynierem. Ciszej o górach, gdzie jeździł dla zdrowia, choć trochę się ich majestatu obawiał.
O sobie.
W domu, póki żył ojciec, mówił po polsku i niemiecku. Jego rzeźbę nagrodzono w szóstej klasie i wydano w formie pocztówki. Przed maturą wyróżniono go za baśniowe wypracowanie o koniu. Studia w Wiedniu przekonały go, że malarstwu powinien się poświęcić, a nie inżynierii lądowej.
Gorliwie studiował rozkłady jazdy, z upodobania. Magię pociągów odczuwał od dziecka. Buchalteria cyfr najwyraźniej go uspokajała.

Trochę filozofował. Pamiętam opowieść o twarzy ludzkiej jako punkcie wyjścia powieści, indywidualności, jaką jest każdy człowiek, i braku wspólnego mianownika ziemskich
istot. Może ta niemożność porozumienia powinna mnie wtedy zastanowić, ale za chwilę uwodził apostrofą o muzycznej ciszy, jej uspokojonym wahadle kołyszącym go ku sztuce samej.
Już nie próbowałam zrozumieć tych wywodów. Poddawałam się im jak życiodajnej wodzie w jeziorze w moim miasteczku, jak niebu, którego oddech — dzięki jego słowom — stawał się barwny. I już tylko kręciło mi się w głowie. Mieszały się proporcje rzeczywistości i fikcji. W tej drugiej czułam się niezwykłym i chcianym gościem.
A kiedy już było po wszystkim i seans się kończył, zostawało jedynie sedno, jak sam mówił, „porzucone torso rozmowy”… Myśl wracała do pasty do butów, zalet czosnku i stawek dodatku wyrównawczego dla naszych mizernych szkolnych grup uposażenia. Wstępowaliśmy w życie. On tym przyziemnym padołem gardził. Ja rozumiałam, że nie ma przed nim ucieczki. Obecność Bruna dodawała mi odwagi. I sił.