Co Bóg zrobił szympansom?

Jerzy Sosnowski
#
  • Wielka Litera
    wrzesień 2015
    205 x 135
    352 strony
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-8032-048-2

Fragment najnowszej książki Jerzego Sosnowskiego Co Bóg zrobił szympansom? opublikowany dzięki uprzejmośći wydawnictwa Wielka Litera.

Copyright: Wielka Litera


TOKARCZUK: KSIĘGA TOTALNA

Znaczenie herezji

Dlaczego od wielu lat tak rzadko spotykamy wybitne fabularne dzieła chrześcijańskie? Na to pytanie można odpowiedzieć, wskazując, że współczesny klimat medialny nie sprzyja ich popularyzacji. Ale, co dziwniejsze, jeśli się utwór o takiej problematyce pojawi, to jego autorem okazuje się nieraz agnostyk lub zgoła ateista (jak w przypadku znakomitego filmu Lourdes w reżyserii Jessiki Hausner). Czy ta sytuacja nie ujawnia zatem jakiegoś kłopotu, jaki z mówieniem o religii mają ludzie religijni? A mówiąc wyraźniej: czy przypadkiem człowiek wierzący nie stara się być dziś przede wszystkim wiernym – z czego wynika stan skrępowania, podświadome wyznaczenie granic własnym wyobrażeniom i myślom, ostatecznie zaś lęk przed wypadnięciem poza granice ortodoksji – którą to postawę sztuka karze najsurowiej, bo miernością? Czy warunkiem tworzenia nie jest podjęcie ryzyka, także ryzyka herezji? Przypomina się natychmiast Czesław Miłosz, którego duchowa droga znalazła puentę w trudnym pogodzeniu się („Ale jest mi dobrze w modlącym się tłumie”– pisał w Traktacie teologicznym), lecz który w młodości uległ charakterystycznej fascynacji: „Poszczególne rozdziały (...) – wspominał poeta szkolny podręcznik do historii Kościoła – urozmaicał petit, nim to podawano dość dokładne opisy różnych herezji. Moimi ulubieńcami byli gnostycy, manichejczycy i albigensi”. Wyglądałoby na to, że herezja jest jakby częścią obrazu, którą skłonni jesteśmy przesłaniać. Tymczasem dopiero zerwawszy tę zasłonę zaczynamy widzieć istotny sens odpowiedzi, których staramy się trzymać; ich, przyznajmy, nieoczywistość; kryjące się za nimi „szaleństwo wiary” oraz Tajemnicę, którą odpowiedzi te starają się przybliżyć. A wreszcie naszą wolność, to znaczy przeraźliwie nieograniczone możliwości, z których wybieramy tę jedną – wciąż swój wybór ponawiając, zgodnie ze znaną formułą Jerzego Lieberta.

Zaczynam od tych refleksji, bo książka, o której zamierzam napisać, jest opowieścią o pewnej herezji, jednej z niewielu, jakie narodziły się na ziemiach Rzeczypospolitej, a z pewnością najbardziej szalonej. Kiedy skończyłem Księgi Jakubowe Olgi Tokarczuk, bo o nich mowa, zacząłem sprawdzać w dostępnych mi źródłach, co w nich jest imaginacją pisarki, a co wydarzyło się naprawdę – i z pomieszaniem uświadamiałem sobie stopniowo, że właściwie wszystkie zasadnicze fakty, zwłaszcza te, które wydały mi się już zupełnie nieprawdopodobne, są potwierdzone przez historyków. Przy tym – i to jest najdziwniejsze – ta zapomniana, a raczej wyparta ze zbiorowej pamięci sprawa Jakuba Franka i jego wyznawców pozwala autorce zadać pytania podstawowe dla naszej współczesności. Podstawowe, a od dawna przemilczane. Ich postawienie jest jak zapalenie światła w panującej wśród nas szarówce.

Ta sama, lecz inna

Dla miłośnika prozy Olgi Tokarczuk, a jestem nim od jej debiutanckiej Podróży ludzi księgi (dziś widać, że stanowiącej dopiero nieśmiałą wprawkę), ta kolejna powieść jest w jakiejś mierze spotkaniem ze starą znajomą. Okazuje się, że pisarka od dwudziestu paru lat bezwiednie dojrzewała do podjęcia tematu spajającego wątki, po które wcześniej sięgała, nie wiedząc jeszcze, ku czemu zmierza. Kiedy matka jednej z bohaterek, Jenty, tłumaczy jej, że „cały świat jest księgą pisaną przez Boga”, to skromne zdanie streszcza przecież objawienie Markiza z jednego z ostatnich rozdziałów Podróży ludzi księgi; samo zresztą zawieszenie Jenty między życiem a śmiercią przypomina po trosze Idę z Ostatnich historii, a po trosze Martę z Domu dziennego, domu nocnego. Kiedy Chaja trafnie przepowiada przyszłość, zdaje się być starszą siostrą Erny Eltzner z E.E., ale figurki i plansza, których używa do wróżb, czynią ją też powinowatą dziedzica Popielskiego z Prawieku. Czytając, że w Warszawie bohaterowie „na Krakowskim Przedmieściu w sklepie, gdzie mają towary wiedeńskie, pół dnia oglądali lalki”, trudno nie pomyśleć o eseju Tokarczuk Lalka i perła, osnutego wokół powieści Bolesława Prusa; zanotowana przez Nachmana pochwała bycia obcym i nierozumienia języka kraju, w którym się przebywa, stanowi echo Biegunów – podobnie jak scena, w której cesarz robi na gościach „mały test – prowadzi ich do półki, na której w wielkich słojach pływają w mętnym płynie ludzkie embriony”. Gdy wreszcie tenże Nachman (którego zapiski mają tu notabene funkcję dość podobną, co pamiętnik Rzeckiego u Prusa) pisze, że „głupcem byłby ten, kto by oczekiwał, iż ludzie wciąż są tymi samymi co w przeszłości, (...) jest w nas jakaś pycha, kiedy siebie traktujemy jako niezmienną całość, jakbyśmy byli wciąż tą samą osobą – bo przecież nie jesteśmy” – to streszcza on przesłanie tytułowego opowiadania ze zbioru Gra na wielu bębenkach. Co zresztą, chyba bezwiednie, stanowi „paradoks kłamiącego Ateńczyka”, gdyż – jak widać z tych przykładów i wielu jeszcze innych, których nie przywołałem – to wciąż ta sama Tokarczuk, co w przeszłości, a jej dorobek stanowi całość: wielką drogę do Ksiąg Jakubowych.

Tym, co Księgi Jakubowe odróżnia od wcześniejszych jej dokonań, jest przede wszystkim rozmach, totalność dzieła. Otrzymaliśmy ponad dziewięćset stron tekstu, który wzbogacają ilustracje, wybrane przez autorkę, z wymyśloną przez autorkę odwrotną numeracją stron (jak w książkach hebrajskich), w okładkach według pomysłu autorki zaprojektowanych. Fabuła rozgrywa się w ciągu kilkudziesięciu lat, występuje w niej mrowie postaci, każda z osobnym charakterem, niesprowadzona do pojedynczej cechy czy gestu, jak to było jeszcze w Prawieku, nie mówiąc o E.E. Nieomal neutralny, aforystyczny styl, obecny w wielu poprzednich książkach, ustępuje stylistycznej kipieli: Polacy i Żydzi, ludzie pochodzący i z Ukrainy, i z Wielkopolski, i z Mazowsza, obcokrajowcy, szlachta i księża, kobiety i mężczyźni – wszyscy wprowadzają własne języki, mieszają słowa i zwroty polskie, łacińskie, hebrajskie... Już sam tytuł, co się zowie barokowy (rzecz rozgrywa się u schyłku polskiego baroku), zapowiada te lingwistyczne kaskady: KSIĘGI JAKUBOWE albo WIELKA PODRÓŻ przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych. Opowiadana przez ZMARŁYCH, a przez AUTORKĘ dopełniona metodą KONIEKTURY, z wielu rozmaitych KSIĄG zaczerpnięta, a także wspomożona IMAGINACJĄ, która to jest największym naturalnym DAREM człowieka. Mądrym dla Memoryału, Kompatriotom dla Refleksji, Laikom dla Nauki, Melancholikom zaś dla Rozrywki. Kontekstem jest oczywiście Sienkiewicz, choć rzecz dzieje się prawie sto lat po Trylogii, i nie Jan Chryzostom Pasek z Pamiętnikami, lecz ksiądz Benedykt Chmielowski z Nowymi Atenami temu przedsięwzięciu patronuje.

Tam nasz początek...

Sienkiewiczowska wizja historii jest tu przy tym celem zuchwałego ataku: zuchwałego, gdyż rozegranego na terenie przeciwnika. Tak nas rozkochałeś, Henryku – zdaje się mówić autorka – w swojej wizji sarmatyzmu jako rdzenia polskości, a zatem ja opiszę detalicznie, jak ten rdzeń moim zdaniem wygląda. Oto więc do miasteczka w dzień targowy zajeżdża kareta, wysiada z niej poetka, Elżbieta Drużbacka, i woła rozpaczliwie: „Czy ktoś tu mówi po polsku?”. Rzeczpospolita nie jest Polską z wyobrażeń dziewiętnastowiecznego nacjonalizmu, lecz konglomeratem ludów i języków, wśród których dominacja polszczyzny stanowi anachroniczne złudzenie, wynikające tyleż z ówczesnej społecznej hierarchii, ile z późniejszego o stulecia języka narratora. Szlachta żyje po dworach, nie mając pojęcia o tym, co dzieje się u sąsiadów, mających inną religię, inny obyczaj i mowę. Prawdę rzekłszy, nie ma też większego pojęcia o tym, co dzieje się za granicą, a encyklopedyczną działalność księdza Chmielowskiego – fakt, że nieporadną, jak to z pionierami bywa – uważa za zbędne dziwactwo. Żydzi nawołują do wyznaniowej solidarności, ale jeśli trzeba, nie zawahają się – jedni, złożyć kłamliwe zeznania o mordzie rytualnym, drudzy, w odwecie, nasłać na odszczepieńców inkwizycję. Katolicyzm to podstawa stanowej i etnicznej tożsamości, miesza się jednak swobodnie z zabobonem, a Jasna Góra funkcjonuje tyleż jako klasztor i sanktuarium, ile jako więzienie dla szczególnie groźnych przestępców. To wszystko też jest fascynujące i nasze, ale jakże odmienne od ksiąg pisanych ku pokrzepieniu serc; to też ma krzepić serca, ale serca żyjące w warunkach politycznej wolności, więc krzepić naprawdę, nie zaś pocieszać. Jak to pisał Józef Mackiewicz? „Tylko prawda jest ciekawa” – czyż nie?

Stamtąd właśnie się wywodzimy – każe myśleć Olga Tokarczuk. I zaraz stawia jedno z istotniejszych pytań tej rozbuchanej, dzikiej książki: jak z tego tygla narodziła się wschodnioeuropejska odmiana nowoczesności? Gdyż tempo przemian, jeśli się nad nim zastanowić, jest szokujące. Jeszcze w drugiej połowie osiemnastego wieku mamy miszmasz ludów, wiar i języków, skomplikowany system rozgraniczeń i wykluczeń, niepozbawionych przemocy, ale przecież utrzymujących ten świat w niejakiej homeostazie; tymczasem niewiele później: trzecią część Dziadów (i, co może nawet ważniejsze, Księgi Pielgrzymstwa), liberalizm, socjalizm, nacjonalizm, rewolucje; wkrótce, w XX wieku, Zagładę (przywołaną w powieści!), a po tym wszystkim – zbiorową mitologię państw narodowych, integrację kontynentu i towarzyszący jej lęk o zachowanie kulturowej tożsamości.

Pisarka tak każe jednemu z bohaterów opisać dylemat Żyda w ówczesnym świecie: „gdy tylko my, obcy, żyjąc między tamtymi, przyzwyczaimy się i zagustujemy w urokach tego świata, zaraz zapomnimy, skądżeśmy przyszli i jakie jest nasze pochodzenie. Wtedy skończy się nasza niedola, lecz za cenę zapomnienia o własnej naturze, i to jest najboleśniejszy moment naszego losu, losu obcego”. Lecz przecież wydaje się, że te słowa dotyczą także współczesnej sytuacji mentalnej człowieka z naszej części Europy, kuszonego przez sytą cywilizację Zachodu, w stosunku do której, mimo wysilonej mimikry, pozostajemy wciąż obcy. I gdy w jednej z pieśni, przytaczanej przez Nachmana, rozpoznajemy słowa wykorzystane przez Mickiewicza w Wielkiej Improwizacji („Czym jest człowiek? Iskrą. Czym jest ludzkie życie? Chwilą”; Tokarczuk umiejętnie sugeruje, że prawdziwa jest legenda, jakoby matka wieszcza należała do ochrzczonych zwolenników Jakuba Franka), los mieszkańców tej części Europy, tamtych i nas, zdaje się ujmować ten sam wzór: chcielibyśmy zachować naszą tożsamość i zarazem jej się pozbyć. Nasza tradycja owocuje naszą osobnością, ta zaś jest równocześnie wartością i udręką.


Sens Oświecenia

Jednak po drodze było jeszcze Oświecenie. W wizji historii, jaką proponuje nam Tokarczuk, nie jest to ani sztucznie importowana na wschód, trująca w ostatecznym rozrachunku przygoda zachodniej Europy, ani też szczęśliwe zerwanie z tym, co jeszcze niedawno chętnie określaliśmy jako lokalny ciemnogród. Przede wszystkim dlatego, że istnieje wieloraka ciągłość między leżącą u podstaw Oświecenia fascynacją nauką a poprzedzającymi ją poszukiwaniami alchemików, ezoteryków i kabalistów. Tę ciągłość podkreślają zarówno bohaterowie, przechodzący płynnie od quasimistycznych rozważań nad Sensem Świata do pochwały empirii, a od czysto religijnego buntu do postulatów demokratyzacji społeczeństwa, jak i ich przeciwnicy: „należałoby zmienić naszą perspektywę i traktować mistyczne rytuały jako przykrywkę prawdziwych politycznych i rewolucyjnych zamiarów” – cytuje pisarka dokument z epoki, powstały w kręgu króla Fryderyka Wilhelma II. Jeśli po drodze nastąpiło jakieś pęknięcie, to wydaje się nim utrata poczucia zakorzenienia w świecie. I gdy jedni z bohaterów powieści wierzą jeszcze, że „Aufklärung dla kultury jest tym samym, czym teoria dla praktyki. Oświecenie ma więcej wspólnego z nauką, z abstrakcją, kultura zaś jest doskonaleniem kontaktów międzyludzkich za pomocą słowa, literatury, obrazu, sztuk pięknych”, przenikliwsi dostrzegają już z lękiem „obcość i obojętność świata [przeciwstawioną] wielkiej ufności (...) przygiętych do ziemi chałupek”, stanowiących ostoję przedoświeceniowej kultury, a narratorka dopowiada ich niepokoje: „Oświecenie zaczyna się w tym momencie, gdy człowiek traci wiarę w dobro i porządek świata. Oświecenie jest wyrazem nieufności”.

My, dzisiejsi wschodnioeuropejscy czytelnicy Ksiąg Jakubowych, nie jesteśmy zatem ani ze szlacheckich gniazd, ani z chłopskich chałup; nie jesteśmy też inteligenckimi spadkobiercami Rewolucji Francuskiej czy technokratycznymi – rewolucji przemysłowej. Nasze duchowe wiano to tamta, buzująca różnorodnością wiar i języków, ni to europejska, ni to azjatycka, ogromna I Rzeczpospolita, której obywatele poczuli się w końcu nie na miejscu w tradycyjnym systemie społecznych kast, zapadającym się pod ciężarem różnorodności. Ów system niósł swojskość świata za cenę narastającego dyskomfortu – i gdy emblematyczny proto-wschodnioeuropejczyk, Jakub Frank (urodzony na Podolu, wychowany w Turcji, działający na Kresach, więziony w Częstochowie, zmarły we Frankfurcie nad Menem) buntuje się, wyprowadza swoich wyznawców w nową, to znaczy: nowożytną przestrzeń, gdzie dawna, mesjanistyczna narracja brzmi głucho, bo nie przystaje do nieoczekiwanie wytworzonych realiów. Po jednym z późnych spotkań wspólnoty jego uczeń konstatuje z melancholią: „ Ja tę opowieść znałem i oni też znali. (...) ale tym razem, w tym pustym domu miałem wrażenie, jakby wszyscy puścili ją mimo uszu. Jakby ona już nie znaczyła tego samego, co zawsze, lecz była po prostu piękną przypowieścią”. Kończy się epoka literalnego rozumienia Świętych Tekstów, tradycji wyznaczających porządek życia, a też odczuwanej bliskości Boga. Zaczyna się świat hermeneutyki, negocjacji i sceptycyzmu. Alchemię zastępuje chemia i fizyka. Jak w brawurowym fragmencie, w którym jeden z bohaterów próbuje podsumować doświadczenie odchodzącej w przeszłość sekty i stwierdza: „w rzeczywistości myśmy się zajmowali światłem. (...) Prawdą świata jest nie materia, lecz wibracja iskier światła, to nieustanne migotanie, które znajduje się w każdej rzeczy”. Otóż ten tekst przed oświeceniowym przełomem musiałby być rozumiany w kontekście kabalistycznej Sefer ha-Zohar, Księgi Blasku – gdy dziś trudno go nie przeczytać jako poetyckie, ale całkiem trafne podsumowanie wiedzy naukowej o naturze materii, jaką zawdzięczamy Einsteinowi, Heisenbergowi i tak dalej, aż po uczonych z CERN-u. Szukaliśmy Szechiny, a odkryliśmy bozon Higgsa – zamiana korzystna z pragmatycznego punktu widzenia, czyniąca nas jednak duchowymi sierotami.


Religia: ruch i schemat

Księgi Jakubowe
są nie tylko opowieścią o narodzinach nowożytności. Mówią także o genezie, rozwoju i śmierci ruchu religijnego (pooświeceniowy umysł podszeptuje: być może każdego ruchu religijnego). Zaczyna się od ekstazy – Tokarczuk jest wystarczająco trzeźwą realistką, by nie lekceważyć społecznych źródeł religii, lecz zarazem ma wystarczająco czuły instynkt metafizyczny, by jej do nich nie sprowadzać: „Może to właśnie ich prowadzi teraz święty duch, duszyca święta, ta wielka światłość, inna od świata i światu obca (...) ci zaś, zanim stworzą własne dogmaty i przepisy, są naprawdę czyści, naprawdę niewinni”. W podnieceniu, trudno odróżnialnym od szaleństwa, wyznawcy przekraczają stare Prawo, widząc w nim martwą skorupę. Ale najczulsi z nich wcześnie zaczynają przeczuwać zwątpienie: „[Herszełe] zapytał mnie, co znaczy to polskie słowo «daremność». (...) To wtedy gdy cały wysiłek idzie na marne, gdy buduje się na piasku, gdy sitami czerpie się wodę, gdy ciężko zapracowany pieniądz okazuje się fałszywy. To wszystko jest właśnie ta daremność”. Tymczasem samozwańczy Mesjasz obraca na swoją korzyść nawet niepomyślne okoliczności (nawiasem mówiąc: kto wymyślił, by skłonnego do utożsamienia Matki Boskiej z Szechiną proroka uwięzić na Jasnej Górze?! – a to się faktycznie stało). W miejsce porzuconych reguł wprowadza nowe, egzekwowane z dzikością, niełagodzoną przez żadną starą instytucję. W końcu musi usłyszeć wyrzut: „Z prześladowanego i z ofiary stałeś się tyranem, baronem z bożej łaski. Stałeś się jak ci, przeciwko którym występowałeś. Na miejsce tamtego prawa, które odrzuciłeś, wprowadziłeś swoje własne, jeszcze głupsze. Jesteś żałosny, jak postać z komedii...” Ale już nie rozumie tych słów, umiera nie rozpoznawszy, że jego czas minął, a jego zwolennicy rozpierzchli się po świecie. Choć coś się jednak udało – radykalnie zmienił przecież ich status społeczny. Nie przede wszystkim to było jednak jego celem.

Czy skoro nie jesteśmy wyznawcami idei Jakuba Franka, wolno nam traktować jego losy jako memento dla każdej wspólnoty religijnej? To pytanie prowadzi w gruncie rzeczy do innego, być może najpoważniejszego ze stawianych przez Księgi Jakubowe, brzmiącego szczególnie donośnie w świecie, w którym instytucjonalne religie są często porzucane na rzecz indywidualnej duchowości, przypominającej nieraz łaciaty collage z przeróżnych tradycji. Właśnie o duchowość chodzi: czy stanowi ona swoiście zeświecczoną cząstkę religii, niejako jej resztkę, czy kategorię wyższą, bardziej ogólną, której poszczególne religie są niedoskonałymi przybliżeniami (a zatem cykl narodzin, rozwoju i śmierci może być im wspólny, nawet jeśli w sektach obejmuje dziesiątki lat, a w przypadku wielkich wyznań – dziesiątki wieków)? Czy jest duchowość martwym odpadem, czy żywym łonem, macierzą usystematyzowanych (zgodnie z męską logiką) wyznań? Tokarczuk, mająca za sobą fascynację jungizmem, opowiada się zdecydowanie za tą drugą perspektywą. Franka przedstawia więc jako postać moralnie dwuznaczną, ale o trafnej intuicji. Marzył on o scaleniu tradycji żydowskiej, islamskiej i chrześcijańskiej: „Bo droga zbawienia polega na wydobyciu z tych religii ziaren objawienia i połączenia ich w jedno wielkie Boskie objawienie”. Ten pomysł w perspektywie powieści wkracza w gruncie rzeczy w poetykę kampu: jest „za duży”, by go traktować poważnie, okazuje się patetyczny i komiczny równocześnie. Być może w ten właśnie sposób autorka rozładowuje czające się nieopodal oburzenie czytelnika-ortodoksa (każdego wyznania): kiedy naukę o Trójcy Świętej rozumie się przez Kabałę, Matkę Boską utożsamia z jednym z sefirotów, a wizerunek jasnogórski interpretuje po gnostycku, wytwarza się coś tak dziwacznego, że normalne kategorie oceny tracą moc. W rezultacie zresztą obezwładniony zostaje nie tylko wspomniany czytelnik-wyznawca, ale i czytelnik-ateista. Paradoksalnie bowiem to potpourri z rozmaitych wiar wskazuje również na doświadczenie egzystencjalne, którego nie sposób zakwestionować, chyba że z pozycji bardzo już prostackiego materializmu: „Mesjasz to jest coś więcej niż postać i osoba, to jest coś, co płynie we krwi, mieszka w oddechu, to najdroższa i najcenniejsza ludzka myśl, że istnieje ratunek” – zdanie, które relatywizuje z pewnością Dobrą Nowinę chrześcijaństwa, ale zarazem pokazuje, że owa potrzeba ratunku jest czymś wcześniejszym i powszechniejszym niż nasze światopoglądowe spory.

Dopowiedzmy zresztą jeszcze jeden szokujący wniosek, płynący moim zdaniem z Ksiąg Jakubowych. Jeśli świat to „miejsce naszego wygnania” (z którego wołamy o ratunek – ku osobowemu Bogu lub w pustkę), a początkiem żywego doświadczenia religijnego jest przeżycie tej prawdy, to paradoksalnie czasy po Oświeceniu są niewykorzystaną, mimo upływu już dwóch wieków, szansą religii. Gdyż, przypomnijmy, „Oświecenie jest wyrazem nieufności”. Niezakorzenieni, lepiej niż kiedykolwiek wcześniej czujemy obcość świata, a to jest punkt, z którego rodzi się tęsknota za Zbawieniem.

Nitki, wątki

„Każdy myśli inaczej i co innego sobie wyobraża, gdy czyta. Czasem mnie to niepokoi i że moje rzeczy własną ręką napisane będą rozumieć inaczej, niżbym chciał” – narzeka w powieści ks. Chmielowski. Pora zaznaczyć, że w recenzji z olbrzymiej powieści Tokarczuk robię dokładnie to, co martwiło autora Nowych Aten, występującego u Tokarczuk, jak mi się zdaje, w roli swoistego porte-parole pisarki. To na tytuł Nowych Aten wystylizowany został tytuł Ksiąg Jakubowych, to autokomentarzem jest chyba recenzja z pierwszej polskiej encyklopedii, którą w powieści formułuje Elżbieta Drużbacka: „książka ta jest dziwnie magiczna – można ją czytać bez przerwy, to tu, to tam, i zawsze coś ciekawego w głowie zostaje, i ma się wszelkie preteksta do pomyślenia, jaki to świat wielki i skomplikowany, że myślą się go nijak objąć nie da, chyba tylko wyrywkami, drobinami małych zrozumień”. Pełno w Księgach Jakubowych uwag, zdających się śladem nadświadomości autorki, która, mierząc się z historią sekty Jakuba Franka, historią pączkującą, rozrastającą się w opowieść zbyt totalną, by ją unieść, stwierdza w pewnej chwili (to nic, że ustami jednego ze swoich bohaterów): „A jednak tworzy się z tego pewien ciąg zdarzeń, któremu musimy ufać, ponieważ nie mamy nic poza nim. Zresztą jeśli się temu przyjrzeć bardzo dokładnie (...) zobaczy się te wszystkie mostki, przekładnie, śruby i moduły, a także te drobne narzędzia, które scalają oderwane od siebie, pojedyncze i niepowtarzalne zdarzenia”. Tego rodzaju wtręty zdają się oddawać klimat naszej, ponowożytnej epoki, która przecież nauczyła nas nie ufać Wielkim Narracjom – gdy tutaj ten brak zaufania zostaje brawurowo przekroczony. Owszem, jest wiele osobistych, lokalnych prawd, ale nie wynika stąd, że nie sumują się one w wymykającą nam się wciąż i wciąż jedną Prawdę. Przede wszystkim zaś pisanie okazuje się w tym świetle „naprawą świata, cerowaniem dziur w tkaninie, pełnej nachodzących na siebie wzorów, zawijasów, splotów i szlaków. Właśnie tak należy traktować tę dziwaczną czynność”.

Właśnie tak należy traktować tę dziwaczną książkę. Jest ona tajemniczym remedium na dzisiejszą rzeczywistość. Próbą pokazania przestrzeni, w której spotykamy się poza współczesnym systemem podziałów, stratyfikacji i wykluczeń. Próbą zetknięcia na jednym miejscu, w obrębie dziewięciuset stron – głosów, z których się wzięliśmy. Ta totalność opowieści ociera się o epifanię, a być może nią jest. Jak to z epifaniami bywa, można z niej wywieść Memoryał, Refleksję, Naukę lub zaledwie Rozrywkę. Nie wolno jej jedynie zlekceważyć.