Wszystkie wojny Lary

Wojciech Jagielski
#
  • Znak
    Kraków, wrzesień 2015
    240 stron
    140 x 205
    ISBN: 978-83-240-3875-6

Fragment najnowszego reportażu Wojciecha Jagielskiego Wszystkie wojny Lary  opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.

Copyright: Znak

Kiedy nazajutrz przyszedł po nią przewodnik, Lara siedziała na materacu, od dawna ubrana, spakowana, gotowa do dalszej drogi. Tak bardzo pragnęła, by ta chwila już nadeszła, że nie czuła nawet upału, jaki zapanował zaraz po wschodzie słońca. Nie czuła zmęczenia ani niewyspania. Obiecywała sobie, że będzie cierpliwa i silna, ale przedłużające się oczekiwanie było ponad jej siły. Bała się, że marnuje czas, a każda chwila zwłoki oznacza niebezpieczeństwo, że sprawy mogą pójść nie tak, że znów coś ją zatrzyma.

Zeszli piętro niżej do sali z komputerami, w której czekała poprzedniego dnia. Od rana pełno w niej było ludzi, a arabscy mudżahedini rejestrowali nowo przybyłych. Znów odniosła wrażenie, że doświadcza czegoś, przez co już raz przeszła. I że będzie się to powtarzać w nieskończoność, nie wydostanie się już z tej pętli czasu, nie spotka Szamila, nie uratuje go od śmierci, a i jej nikt nie odnajdzie, zostanie tu na zawsze.

Sziszani, Sziszani” – usłyszała. Odwróciła głowę. Arab w szarej postrzępionej tunice pokazywał palcem kilku młodych mężczyzn czekających w korytarzu na swoją kolej do rejestracji przy komputerowych stanowiskach. Zatopiona we własnych rozterkach i lękach nie zauważyła, że młodzi ludzie – było ich pięciu i wyglądali na nastolatków – zerkają na nią, jakby chcieli ją zagadnąć, ale nie mieli śmiałości i czekali na zachętę z jej strony.

– Wy z naszych stron? – zapytała po czeczeńsku.

Przytaknęli ochoczo. Uznali to za zaproszenie, podeszli, przyglądając się jej z nieskrywaną ciekawością.

– My z Gudermesu – wyjaśnił najniższy, wyglądający na starszego od pozostałych.

– To prawda, że jesteś matką Abu Mohammeda? – zapytał zaraz.

– Znacie mojego syna? – zaskoczona odpowiedziała pytaniem.

– Abu Mohammeda? Kto by go nie znał! – zdumiał się Czeczen. Znali Szamila z filmów, jakie mudżahedini umieszczali na swoich witrynach w internecie. Partyzanci opowiadali w nich o wojnie w Syrii, zachęcając ochotników, by przybywali i zaciągali się do partyzanckiego wojska. Inni mudżahedini, opowiadając o wojnie, zasłaniali twarze z obawy, by nikt ich nie rozpoznał. Abu Mohammed jako jeden z niewielu mówił wprost, przed nikim się nie krył.

– Mój Szamil? – Nie mogła uwierzyć.

– Abu Mohammed – poprawił Czeczen niepewnie. – Innym nie ufaliśmy, ale w każde słowo Abu Mohammeda wierzyliśmy.

Byli ciekawi, czy naprawdę wybiera się do Syrii odwiedzić syna, a kiedy potwierdziła, pokiwali z uznaniem głowami.

– Nie jadę do niego w gości, tylko zabrać go z tej wojny do domu – powiedziała.

Roześmieli się, jakby powiedziała coś zabawnego. Wyprowadziło ją to z równowagi.

– A wy czego tam jedziecie szukać? – zapytała gniewnie. – Wasze matki i wasi ojcowie wiedzą, że tu jesteście?

Zaśmieli się znowu. Ten najniższy, najstarszy, który z nią rozmawiał, odparł, że powiedział swoim, że jedzie do Turcji szukać pracy. Uwierzyli. Miał dwadzieścia lat i nie pytając go o zdanie, wyswatali mu właśnie dziewczynę z sąsiedniej wioski. Ojcu nawet do głowy nie przyszło, że mógłby sprzeciwić się jego woli. O tym, żeby się zaciągnąć na wojnę w Syrii, od dawna już rozmawiał z przyjaciółmi. Mało to czeczeńskich chłopaków pojechało? Od nich wiedzieli, czego można się na niej spodziewać.

Powiedział, że za innych mówić nie chce i wie, że wielu pojechało do Syrii, kierując się wiarą. Pewnie że dobrze jest się zasłużyć w słusznej sprawie, ale on sam, uczciwie przyznaje, pojechał, żeby coś w życiu przeżyć ważnego, no i w nadziei na zarobek. Słyszał, że na wojnie w Syrii pozwala się partyzantom brać łupy i wielu tak robi. Wywożą potem dobra do Turcji, sprzedają, a na Kaukaz wracają z żywą gotówką albo posyłają pieniądze do domu. (...)

Drugi z Czeczenów, młodszy, powiedział w domu, że potrzebuje pieniędzy, żeby wyjechać do Europy na naukę. Pożyczyli dolary po rodzinie, a on kupił za nie bilet do Stambułu. Nie powiedział im prawdy, boby próbowali go powstrzymać, zabraliby paszport, a uważał, że udział w wojnie takiej jak ta w Syrii jest dla muzułmanina świętym obowiązkiem. To samo mówi zresztą na partyzanckich filmach jej syn Abu Mohammed. Chciał walczyć po stronie swoich muzułmańskich braci i sióstr przeciwko bezbożnikowi Baszirowi Assadowi z Damaszku i jego armii.

– A o swojej matce któryś z was pomyślał? – usłyszała jakąś ukrytą, proszącą nutę w swoim głosie i to ją rozgniewało. – One was na świat wydały. Im jesteście posłuszeństwo winni, nie emirom. Bóg was pokarze za te krzywdy, co im wyrządzacie. Wcale Mu wasze poświęcenie nie będzie miłe.

Chciała jeszcze powiedzieć, że i sam Koran zabrania tak matki traktować, ale w porę się powstrzymała. Znali pewnie Świętą Księgę na wyrywki, a już z pewnością lepiej niż ona. Rzekła jeszcze tylko, że matki nie słuchać to grzech ciężki, a potem rozmowa się urwała, bo Arabowie siedzący przed komputerami wezwali Czeczenów do siebie. Młodzi ludzie podeszli i usiedli przy stołach, by wypełnić formularze, a potem stanęli z mudżahedinami do zdjęcia na dowód udanego werbunku. Później dowiedziała się, że za każdą fotografię z nowym rekrutem werbownicy otrzymywali zapłatę. Jeden z Arabów podszedł do Lary i bez słowa podał jej telefon.

– Tu Szamil. Zaraz cię do mnie przywiozą – usłyszała głos syna w słuchawce.

Arabscy mudżahedini zabrali Larę i pięciu Czeczenów i wyprowadzili na ulicę, gdzie czekał na nich mikrobus z kierowcą. Kazali im zabrać ze sobą wszystkie rzeczy. Po trwającej pół godziny jeździe zatrzymali się i Arabowie kazali im się przesiąść do dwóch samochodów osobowych. Kolejny kwadrans, może dłużej, i znów stanęli. Tym razem kazano im wysiąść i wziąć ze sobą bagaże.

– To już granica – rzucił cicho jeden z Czeczenów.

Poprowadzono ich do niskiego baraku. Przed wejściem się rozdzielili. Czeczenom kazano wsiąść do kolejnego samochodu, który zaraz odjechał. Do Lary podszedł ciemnoskóry mężczyzna, który polecił jej wejść do baraku i czekać, aż po nią przyjdzie. Znów została sama, wróciła niepewność i strach. Kiedy wysiadali z samochodu, Czeczeni pokazywali sobie widoczne w oddali ogrodzenie z drucianej siatki. Już tylko tyle, te kilkaset metrów dzieliło ją od miejsca, gdzie czekał na nią Szamil.

W baraku panował półmrok, ale dojrzała drewnianą ławkę pod ścianą i siedzącą na niej kobietę. Wyglądała na Czeczenkę. Miała na głowie kwiecistą chustę zawiązaną tak, jak zwykły torobić kaukaskie wieśniaczki.

– Do syna? – zapytała kobieta po rosyjsku.

– Ano, do syna – westchnęła Lara.

– Wpuszczą?

– Chyba wpuszczą, dzwonił, że czeka.

– No to masz szczęście. Mój nie chce mnie widzieć. Czekam tu już dziewiąty dzień, a on codziennie dzwoni, żeby mnie nie przepuszczali.

W drzwiach stanął ciemnoskóry Arab, skinął na Larę i pokazał ręką, że dalej ma iść sama, prosto przed siebie.

– Idź, idź, zanim się i twój nie rozmyśli – rzuciła kobieta.

Dźwigając ciężkie bagaże, Lara powlokła się w stronę syryjskiej granicy, coraz bliższej i wyraźniejszej. Widziała już nie tylko ogrodzenie z drucianej siatki, ale i stojących za nim ludzi. I ciężką żelazną bramę, przez którą wiodła droga do Syrii. Dzielił ją od niej tylko jeden, ostatni posterunek, na którym mundurowi sprawdzali podróżne dokumenty. Podała swój paszport, a żołnierz powoli przewracał stronice. Podniósł wzrok i o coś zapytał. Nie zrozumiała. Powtórzył, teraz już zniecierpliwiony.

Sziszani, Sziszani – wymamrotała bezwiednie.

Znów coś warknął, wymachując jej przed nosem paszportem.

No visa – wycedził przez zęby i rzucił paszport na ziemię.

Podniosła i usłużnie podała jeszcze raz. Znów cisnął książeczkę na ziemię i pokazał Larze, że ma odejść, że nie przepuści jej przez bramę do Syrii.

Padła przed nim na kolana, błagała, szlochała, próbowała chwycić go za rękę. Lament przeszedł w skowyt, jęk rozpaczy.

– Pomocy! – błagała. – Czy ktoś tu mówi po czeczeńsku? Albo po rosyjsku? Niech mi ktoś pomoże!

Zrobiło się zamieszanie, zbiegli się żołnierze. Po chwili jeden z nich podszedł do niej z telefonem komórkowym.

– Czego ci trzeba, kobieto? – zapytał w telefonie ktoś po rosyjsku z arabskim akcentem.

– Do syna! Do syna jadę, a nie chcą mnie przepuścić. Nazywa się Abu Mohammed! Sziszani! – zawołała w słuchawkę.

– Nie martw się, wszystko będzie dobrze.

Kazał jej przekazać słuchawkę dowódcy posterunku. Rozmawiali chwilę, a potem oficer machnął ręką, by ruszała dalej.

Zbliżając się do żelaznej bramy, czuła, że przekroczy coś znacznie ważniejszego i groźniejszego niż linia rozdzielająca terytoria odrębnych państw. Wkraczała w świat, którego nie pragnęła ani którego nie była ciekawa. Gdyby to od niej zależało, wolałaby nie wiedzieć, że w ogóle istnieje. Spoglądała z lękiem na ludzi wczepionych rękami w drucianą siatkę po drugiej stronie. Wyglądali jak w klatce, groźni, nieokrzesani, jak dzikie zwierzęta. Przerażała ją myśl, że jeśli przekroczy bramę, znajdzie się pośród nich.

Przeszła bramę i stanęła po syryjskiej stronie, wypatrując w tłumie Szamila. Miał tu być, czekać na nią. Coś się stało? Nie przyjechał? Szukała go, przesuwała wzrok po twarzach mężczyzn. Wszyscy wydali się jej jednacy, zszarzali od kurzu, zarośnięci, obdarci. Czy to możliwe, żeby nie poznała własnego syna? Serce zaczęło jej bić, jakby się chciało wyrwać z piersi.

Nie wypatrzyła go. To on ją zobaczył, w chwili gdy stanęła w otwartej bramie. Widział, jak się rozgląda, próbuje go odnaleźć wzrokiem, ugina się pod ciężarem bagażu. Nie zauważyła go nawet wtedy, gdy już szedł ku niej, rozpychając się w tłumie. Dopiero gdy stanął tuż obok i położył rękę na jej ramieniu, spojrzała na niego zaskoczona i przestraszona. Nie mogła uwierzyć, że nie zauważyła, jak się zbliża, że nie wyczuła jego obecności.

Objął ją mocno, a Lara wybuchła płaczem.

– Już dobrze. – Pogładził ją po policzku. – Pojedziemy do domu, odpoczniesz.