Polska czyta!

#
  • Krytyka Polityczna
    wrzesień 2015
    pod red. Katarzyny Tubylewicz
    oraz Agaty Diduszko-Zyglewskiej
    210 x 132
    320 stron
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-64682-62-9

Polska czyta!

Po lekturze zbioru rozmów „Szwecja czyta. Polska czyta” pod redakcją Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej ci z nas, którym nieobcy jest problem spadającego poziomu czytelnictwa, będą mogli nieco odetchnąć. Wreszcie bowiem, oprócz fatalistycznych haseł boleśnie upraszczających efekty badań choćby Biblioteki Narodowej – „Polacy nie czytają książek” (TVN 24), „Ratuj PIW, ratuj książkę!” (strona na Facebooku), „Zamykają biblioteki” (m.in. „Gazeta Wrocławska”) – trafia (oby!) do księgarń i bibliotek tom udowadniający, że istnieją w Polsce instytucje (nie tylko rządowe), programy i ludzie nieustannie pracujący nad tym, by tę, nie ukrywajmy, kłopotliwą dla wciąż rozwijającego się kraju, sytuację poprawić. Fatalistyczne komentarze pojawiają się oczywiście i tutaj – Katarzyna Tubylewicz już we wstępie pisze o „frustracji”, „fatalnym stanie polskiego czytelnictwa”, konieczności budowania „proczytelniczych mostów”, wyjaśniając niejako potrzebę powstawania podobnych wydawnictw. Tej jednak nie można przecież kwestionować – czy za wzór (i pociechę, że nie jest tam jednak aż tak doskonale) postawić Szwecję, czy też inny kraj, któremu historia może nie dopiekła tak mocno jak Polsce. W zrozumieniu tego porównania niezbędna jest też analiza Mai Chacińskiej, bez której wszystkie te rozmowy z wydawcami, bibliotekarzami, krytykami, menadżerami kultury wiele by straciły i niektórym, mniej zaznajomionym z historią powszechną czy religii czytelnikom mogłoby się wydać, że Polska i Szwecja startowały z tego samego punktu, ale – nie wiedzieć czemu – wylądowały w zupełnie innym miejscu cywilizacyjnym.

Bo co komu przyjdzie na przykład z opublikowanych w 2013 badań prowadzonych na University of Toronto przez zespół Mai Djikić, udowadniających, że czytanie (a dokładniej – czytanie prozy fabularnej) nie tylko inspiruje kreatywność, ale również porządkuje ludzki mózg, zapobiegając jednoznacznym osądom, ograniczonemu myśleniu i błędnym decyzjom[1]? Kogo przekona argument, że osoby, które właśnie przeczytały na przykład opowiadanie, mają mniejszą potrzebę tak zwanego „poznawczego domknięcia” i lepiej czują się w sytuacjach wieloznacznych, zaburzonych czy niepewnych? W ten sposób nie przekonamy nikogo do czytania, a może jedynie któregoś ministerialnego urzędnika rozpatrującego wnioski o dotacje w programie „promocja czytelnictwa” do przyznania punktów za „cele ogólne i szczegółowe”. Polsce nie dadzą nadziei badania stwierdzające, że ileś procent obywateli miało w ręku „jakąś publikację”, mimo że ceny książki stale wzrastają, co oznacza oczywiście mniejszą ich dostępność, a szkolne i osiedlowe biblioteki są zamykane. Taką nadzieję da jedynie podkreślana w „Szwecja czyta. Polska czyta” przez rozmówców z obu krajów „praca u podstaw” – edukacja przedszkolna i wczesnoszkolna, inicjatywy ustawodawcze dotyczące czy to cen książki, czy finansowania bibliotek, a także działania  stowarzyszeń (jak Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury), niezmordowanych instytucji pozarządowych, komitetów, kontynuacja programów finansowanych ze środków krajowych czy gminnych, przede wszystkim przez Instytut Książki.

W promocji czytelnictwa za dużo dzieje się naraz – jakbyśmy próbowali w kilka lat nadgonić co najmniej stulecie i zapominali, że w pełni rozwiniętego społeczeństwa obywatelskiego, próbującego skutecznie zaspokajać potrzeby nie tylko ekonomiczne, ale i kulturowe swoich obywateli – nie da się stworzyć jednym machnięciem czarodziejskiej różdżki. W dodatku mamy tendencję do rozpatrywania literatury w oderwaniu od innych dziedzin kultury – o czym wspomina na przykład Stefan Ingvarsson – a przecież książka nie powinna istnieć w oderwaniu od teatru, tańca, sztuk wizualnych. W Polsce tymczasem istnieje bolesny podział na festiwale „literackie”, „teatralne”, „filmowe”, „sztuk wizualnych”. A każdy z nich odżegnuje się – choć nie otwarcie, oczywiście – od współpracy z innymi i (ach, jak bardzo po polsku) każdy sobie skrobie rzepkę. Dlaczego literackie festiwale nie organizują „występów gościnnych”? Dlaczego Zadie Smith nie może odwiedzić nie tylko Warszawy, ale też Krakowa i Wrocławia? Dlaczego Paul Auster nie przyjedzie do Gdańska? Dlaczego nie zadbają o to wydawnictwa? Te pojedyncze wizyty dają kolejnym miastom i organizacjom (państwowym lub pozarządowym) oraz czasem prowadzącemu spotkanie chwilę blasku, no i przyjemność słuchania kilkudziesięciu, rzadko kilkuset osobom. Może warto jednak wspierać odgórnie wydarzenia wychodzące poza miejski rynek? Może tytuły takie jak Europejska Stolica Kultury czy Miasto Literatury UNESCO przekuć na coś trwałego, a nie chlubę pojedynczych miast?

Nie jest na szczęście tak źle, jak zdaje się sugerować Katarzyna Tubylewicz, pytając Ingemara Fastha „co doradziłbyś instytucji lub osobie, która chciałaby stworzyć taką scenę [jak Międzynarodowa Scena Pisarzy] w Polsce?” – bo takie imprezy, choć pewnie w mniejszym niż szwedzkie wydaniu, istnieją – i nie mogę tu nie wspomnieć o Międzynarodowym Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu, na którym w trakcie dziesięciu edycji promowaliśmy autorów z niemal czterdziestu krajów (zwykle niepublikowanych w Polsce, a więc niepromujących swoich książek i zapraszanych poza polskimi wydawnictwami) czy Big Book Festivalu. Nie słuchajmy narzekań – również obecnych w omawianej publikacji – że w Polsce czyta się głównie dzieła tłumaczone – od lat siedemdziesiątych do dziewięćdziesiątych w Szwecji było dokładnie tak samo (z dominacją literatury amerykańskiej i brytyjskiej). Nie płaczmy, że cyfrowa książka zje papierową, bo tak naprawdę jakie znaczenie ma forma, w której czytamy? Nie jęczmy, że w Polsce nie istnieje instytucja agenta literackiego – bo Lena Stjernström ze szwedzkiej Grand Agency podkreśla, że również w jej kraju to zjawisko stosunkowo nowe. Szwedzcy krytycy literaccy także boją się, czy za dwadzieścia lat ich zawód będzie istniał. Cieszmy się raczej, że Polacy tłumnie odwiedzają targi książki, festiwale literackie, nowo powstające mediateki i kupują – choćby Greye i choćby w Empikach. Zauważmy, że Szwedzi dopiero od niedawna poznają mniej znanych pisarzy z Portugalii czy Nigerii – a w Polsce się tego nie boimy. Ważny jest tu głos Beaty Stasińskiej, która choć wskazuje historyczne i polityczne przyczyny niskiego poziomu czytelnictwa w Polsce, braki w podstawowych umiejętnościach kształtowania społeczeństwa obywatelskiego, to wypunktowuje też bardzo konkretne działania na rzecz poprawienia sytuacji księgarzy, wydawców i uregulowania rynku książki. Nie stworzymy nagle prężnego związku pisarzy i tłumaczy, który w Szwecji istnieje i działa od ponad stu lat, nie zmienimy też w dekadę mentalności Polaków uważających (to znów słowa Stefana Ingvarssona), że istnienie „ciemnych mas” jest normalne, bo niewielu jest w Polsce tych najlepiej wykształconych i wierzących, że ich zadaniem jest promowanie literatury wśród tych nieczytających. Jakże naiwna wyda nam się dzisiaj wiara Katarzyny Tubylewicz, dorastającej w Warszawie lat osiemdziesiątych i przekonanej, że „naszą cechą narodową jest miłość do książek”. Czy naprawdę jest gorzej? Czy po prostu prowadzone dzisiaj badania są dokładniejsze, a my bardziej się nimi przejmujemy? Warto przeczytać „Szwecja czyta. Polska czyta”, by przekonać się, że połączenie działań odgórnych, oddolnych i lokalnych naprawdę jest skuteczne. Tylko nie wszystkich naraz.

- Dobromiła Jankowska

 

Dobromiła Jankowska – od 2007 koordynatorka Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania, tłumaczka.



[1] Maja Djikić, Keith Oatley, Mihnea C. Moldoveanu, University of Toronto, Creativity Research Journal, tom 25, numer 2, 2013, ss. 149-154.