Klasyka: Reaktywacja Czytamy

#
  • Czytelnik
    kwiecień 2015
    tłumaczenie: Henryk Lipszyc
    123 x 197
    132 strony
    ISBN: 9788307033549

Zapraszamy do przeczytania fragmentu powieści Zatracenie Osamu Dazai - jednej z dziesięciu rekomendowanych pozycji w kampanii księgarnianej Instytutu Książki Klasyka: Reaktywacja. Fragment jest opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Czytelnik.

Copyright: Czytelnik


DZIENNIK PIERWSZY

Mam za sobą życie przepełnione wstydem. Nie wiem, na czym polega ludzkie życie. Urodziłem się na wsi daleko na północy i pierwszy pociąg zobaczyłem, kiedy miałem już sporo lat. Wbiegałem i zbiegałem z wiaduktu nad torami, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że ma on praktyczny cel, że służy do przechodzenia z peronu na peron. Myślałem, że zbudowano go specjalnie po to, by uatrakcyjnić dworzec, wyposażając go – na wzór zagranicznych centrów rozrywkowych – w nowoczesne, eleganckie urządzenia pomyślane dla czystej przyjemności. Byłem o tym przekonany bardzo długo. Uważałem wbieganie i zbieganie z wiaduktu za świetną zabawę, najbardziej wyszukane dobrodziejstwo, jakie oferowała kolej. A kiedy odkryłem później, że to najzwyklejsze, mające praktyczny cel urządzenie służące pasażerom do przechodzenia między peronami, mój zapał od razu minął. Kiedy oglądałem na ilustracjach w książeczkach dla dzieci kolej podziemną, byłem pewny, że wymyślono ją nie ze względów praktycznych, ale dlatego, że jazda pod ziemią jest o wiele ciekawszą, oryginalniejszą rozrywką. Jako dziecko byłem bardzo chorowity i wiele czasu przeleżałem w łóżku. Leżąc, dziwiłem się, dlaczego poszewki na poduszkę i koperty na kołdrę muszą być tak beznadziejnie brzydkie, a kiedy w wieku około dwudziestu lat zrozumiałem, do czego służą, ogarnął mnie głęboki smutek na myśl o tym, jak żałośnie przyziemnymi istotami są ludzie. Nie znałem uczucia głodu. Rzecz nie w tym, że w domu, w którym dorastałem, jedzenia było pod dostatkiem, nie, nie w tym banalnym znaczeniu. Po prostu nie wiedziałem, co to znaczy być głodnym. Dziwnie to zabrzmi, ale nawet jeśli byłem głodny, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Kiedy wracałem ze szkoły – czy to z podstawowej, czy z gimnazjum – domownicy witali mnie słowami: „O, pewnie jesteś głodny, co? Dobrze pamiętamy to potworne uczucie głodu, kiedy się wracało ze szkoły”. I robiło się poruszenie: „To może zjesz trochę fasolki natto na słodko, albo weź sobie biszkopt, patrz, jest tutaj, a może kawałek chleba, nie chcesz?” – i tak dalej w tym stylu. Na co ja, swoim zwyczajem próbując zadowolić innych, burczałem: „Tak, jestem głodny”, i na siłę wpychałem sobie do ust parę ziaren fasoli. Ale co to jest prawdziwe uczucie głodu, nie miałem zielonego pojęcia. Jeść, rzecz jasna, jem, i to całkiem sporo, ale prawie sobie nie przypominam, abym kiedykolwiek sięgnął po jedzenie dlatego, że czułem głód. Pociągają mnie potrawy uchodzące za oryginalne, za rarytasy. Kiedy jestem u kogoś z wizytą i gospodarze czymś częstują, zazwyczaj także zjadam, nawet jeśli trochę z musu. Tak, najprzykrzejsze chwile zapamiętane z dzieciństwa to była pora posiłków we własnym domu. U nas na wsi cała nasza dziesięcioosobowa rodzina siadała za stołem w dwóch rzędach naprzeciw siebie, a ja, jako najmłodszy, na samym końcu. W jadalni panował półmrok i widok kilkunastu domowników spożywających w milczeniu obiad zawsze przejmował mnie chłodem. Ponieważ pielęgnowano u nas dawne wiejskie obyczaje, jadłospis był ustalony, zawsze ten sam, nie można było nawet marzyć o żadnych przysmakach czy wyszukanych daniach. W końcu zacząłem bać się pory posiłków. Trzęsąc się z zimna na końcu stołu w ponurym pokoju, nabierałem po trochu jedzenie i wpychając je do ust, zastanawiałem się, dlaczego ludzie muszą dzień w dzień regularnie jeść. Przychodziło mi nawet czasem na myśl, że członkowie rodziny, którzy schodzą się w ponurym pokoju trzy razy dziennie o ustalonych godzinach, zajmują wyznaczone miejsca wokół stołu i z poważną miną, nawet jeśli nie odczuwają głodu, w milczeniu przeżuwają jedzenie, zachowują się tak, jak gdyby uczestniczyli w jakimś przebłagalnym obrzędzie dla błąkających się po domu duchów. Mówiono: „Musisz jeść, bo inaczej umrzesz”, a ja odbierałem to po prostu jako paskudną groźbę. Ten przesąd (bo zawsze uważałem, że to przesąd, i nadal tak uważam) napełniał mnie jednak niepokojem i strachem. Człowiek – powiadano – jeśli nie je, umiera, pracuje po to, żeby jeść. Brzmiało mi to wyjątkowo niezrozumiale i budziło lęk. Nie pojmowałem zatem, co skłania ludzi do działania. Zaczęło mnie to gnębić. Przeświadczenie, że moje wyobrażenie szczęścia zupełnie rozmija się z tym, jak postrzegają je inni, napawało mnie obawą, dręczyło i nie dawało spać po nocach do tego stopnia, że byłem bliski szaleństwa. Czy ja jestem szczęśliwy? Odkąd pamiętam, od dzieciństwa zawsze mi wmawiano, że mam szczęście. Mówiono: „Ty to jesteś szczęściarz”, a ja czułem się, jakbym był w piekle, i wydawało mi się, że ci wszyscy, którzy uważali mnie za szczęściarza, mają się znacznie, bez porównania lepiej. Niekiedy myślałem sobie nawet, że gdyby z tych, powiedzmy, dziesięciu worków nieszczęść, które dźwigałem na barkach, ktoś wziął na siebie choćby jeden, toby się chyba pod nim załamał. Po prostu nie mogę tego pojąć. Nie potrafię zrozumieć charakteru ani rozmiaru cierpienia bliźniego. Zdawałoby się, że zwykłym życiowym problemom, konkretnym dolegliwościom da się dość łatwo zaradzić, na przykład najeść się do syta, zaspokoić głód. Możliwe jednak, że są one największymi udrękami, istnym piekłem, przy którym te moje dziesięć worków cierpienia jest niczym – tego nie wiem. Ale jeżeli moi bliźni są w stanie – nie odbierając sobie życia i nie popadając w szaleństwo, nie załamując się i nie ulegając rozpaczy – walczyć o przetrwanie i jeszcze rozprawiać o polityce, to czy oni naprawdę cierpią? A może stali się na wskroś egoistami i przekonani o słuszności tego wyboru, nigdy nie ulegli zwątpieniu. Jeśli tak, jest im lżej. Ale zapewne ludzie już tacy są i lepsi nie będą. Sam nie wiem... Czy śpią nocą mocnym snem i budzą się rano w błogim nastroju? O czym śnią? O czym myślą, idąc ulicą? O pieniądzach?

No, chyba nie tylko. Owszem, zdarzało mi się słyszeć, że człowiek żyje po to, żeby jeść, ale nie słyszałem, aby żył dla pieniędzy. Chociaż, czy ja wiem, może to zależy... Nawet tego nie wiem... Im dłużej myślę, tym mniej rozumiem i coraz większym niepokojem i przerażeniem przejmuje mnie myśl, że ja jeden jestem jakimś kompletnym odmieńcem. W ogóle nie umiem rozmawiać z drugim człowiekiem. Nie wiem, o czym mam mówić, ani jak, po prostu nie wiem. No i wymyśliłem – będę błaznem. Był to dla mnie ostatni już sposób na przypodobanie się ludziom. Sparaliżowany strachem przed drugim człowiekiem, nie mogłem przestać o nim myśleć. I oto dzięki błazeństwu udawało mi się znaleźć jakąś wątłą nić łączącą mnie z ludźmi. Umizgałem się z przylepionym do twarzy sztucznym uśmiechem, a jednocześnie, zlany zimnym potem, czułem w głębi serca desperacki lęk, jak gdybym ocierał się o skrajne niebezpieczeństwo. Jako dziecko nic nie wiedziałem nawet o moich najbliższych krewnych – ani czy im ciężko, ani jakie mają poglądy. I już wtedy, przerażony, nie wiedząc, jak sobie poradzić w tej nieznośnej sytuacji, opanowałem po mistrzowsku sztukę błaznowania. Inaczej mówiąc, nie wiedzieć kiedy stałem się dzieckiem, które nigdy nie mówiło prawdy. Na naszych wspólnych rodzinnych zdjęciach z tamtych czasów wszyscy mają poważne miny i tylko moja twarz wykrzywia się w dziwacznym uśmiechu. Ot, jeszcze jeden przykład smutnej, młodzieńczej błazenady. Ani razu nie zdarzyło się, bym odpowiedział na uwagę kogoś z dorosłych. Nawet błahe upomnienie spadało na mnie jak grom z jasnego nieba i prawie odchodziłem od zmysłów ze strachu. Przekonany, że w tych upomnieniach zawarta jest jakaś odwieczna, nienaruszalna ludzka prawda, nie śmiałem się sprzeciwić, a skoro, myślałem, nie potrafię sprostać wymogom płynącym z tych prawd, po prostu nie zasługuję, by przebywać pośród ludzi. Toteż nie umiałem ani oponować, ani bronić się. Nabrałem przekonania, że kiedy ktoś mnie ruga, to na pewno wina jest po mojej stronie, i przyjmując pokornie te ataki, żyłem w strachu bliskim szaleństwa. Rozumiem, oczywiście, że nikt nie lubi być obiektem krytyki albo gniewu, to nic miłego, ale ja w twarzy rozgniewanego człowieka widzę instynkt zwierzęcia straszniejszy niż u rozjuszonego lwa, krokodyla lub smoka. Zazwyczaj ów instynkt się maskuje, ale ilekroć widziałem człowieka, który powodowany gniewem ujawniał prawdziwą, przerażającą ludzką naturę – włos jeżył mi się na głowie. Na myśl o tym, że jest to zapewne jedna z cech koniecznych, aby przeżyć, byłem bliski załamania. W nieustannym strachu przed ludźmi, bez odrobiny pewności siebie, chowając w sercu udrękę, skrywając melancholię i nieśmiałość, przyjąłem pozę beztroskiego optymisty i stopniowo doszedłem do perfekcji w odgrywaniu roli błazeńskiego dziwadła. Byleby zabawić ludzi, mniejsza o to jak, i w ten sposób znaleźć się samemu poza ich tak zwanym „życiem”, a to, sądziłem, nikomu nie sprawi chyba wielkiej różnicy. Żeby tylko nie narazić się swoją osobą, być nikim, być powietrzem, niebem – to pragnienie wzbierało we mnie nieustannie. No i, najlepiej jak umiałem, usłużnie zabawiałem moim błaznowaniem rodzinę, stawałem na głowie, żeby rozbawić nawet służących i służące, których rozumiałem jeszcze mniej niż członków rodziny. Pamiętam, rozśmieszałem kiedyś domowników, paradując w lecie po korytarzu w bawełnianym kimonku, spod którego wystawały rękawy z jaskrawoczerwonej wełny. Nawet najstarszego brata, zazwyczaj ponuraka, tak to wtedy ubawiło, że najpierw się zaśmiał, a potem powiedział nieznośnie czułym tonem:

– No wiesz, Yochan, tyś chyba na głowę upadł. Wyglądasz w tym jak wariat. Jeszcze na tyle nie zwariowałem, żeby nie odróżniać zimna od gorąca i w środku upalnego lata chodzić w wełnianym swetrze. Po prostu podkradłem starszej siostrze wełniane getry, naciągnąłem na ręce tak, że wystawały mi z rękawów kimona i wyglądały, jakby to był sweter. Ojciec, ze względu na liczne obowiązki, często wyjeżdżał do Tokio. Miał drugi dom w Sakuragi, w dzielnicy Ueno, gdzie spędzał ponad połowę każdego miesiąca. Kiedy wracał do domu, zawsze obdarowywał rodzinę, a nawet dalszych krewnych niezwykle hojnymi upominkami – taki miał zwyczaj. Któregoś wieczoru, w przeddzień kolejnego wyjazdu, zwołał do salonu wszystkie dzieci i z uśmiechem pytał każde z nas po kolei, co chciałoby tym razem dostać. Wszystkie odpowiedzi skrzętnie zapisywał w notesie. Ojciec rzadko bywał dla nas taki miły.

– No, a ty, Yozo? – zapytał, a mnie odjęło mowę. Kiedy pytano mnie, co bym chciał, natychmiast traciłem chęć na cokolwiek. Wszystko jedno, myślałem, jak gdyby jakiś instynkt podpowiadał mi, że i tak nie ma takiej rzeczy, która sprawiłaby mi przyjemność. A jednocześnie nie umiałem odmówić przyjęcia prezentu, choćby nie wiem jak mi się nie podobał. Jeśli coś mi się nie podobało, nie umiałem tego powiedzieć, ale równie ciężkim przeżyciem było przyjęcie tego, co mi się podobało. Ogarniał mnie wtedy nieopisany lęk i podchodziłem do tej rzeczy niepewnie, z wahaniem, jakbym miał zjeść coś okropnie gorzkiego albo jakbym coś podkradał. Inaczej mówiąc, nie umiałem dokonać najprostszego wyboru w rodzaju „czy to, czy tamto”. Mam wrażenie, że była to jedna z tych przypadłości, które złożyły się na to, co po latach nazwałem „życiem przepełnionym wstydem”. Przejęty milczałem, ojciec więc, nieco zirytowany, zapytał:

– To jak, pewnie książkę? A wiesz, widziałem, że w tym zaułku handlowym w Asakusie sprzedają maski z lwią grzywą, o rozmiarach w sam raz dla dzieci. Wiesz, takie, które się zakłada na głowę i tańczy noworoczny taniec lwa. Chciałbyś? „Czy chciałbyś?” – jeśli ktoś tak zapytał, to koniec. No i nie zdołałem znaleźć żadnej błazeńskiej odpowiedzi. Aktor-błazen oblał z kretesem.

– Pewnie wolałby książkę – wtrącił z poważną miną najstarszy brat.

– Ach tak? – Ojciec, jakby w ogóle przestało go to obchodzić, zamknął z trzaskiem notes, niczego nie zapisując. Ale się wygłupiłem, pomyślałem. Rozgniewałem ojca, a jego zemsta będzie  okrutna. W nocy, dygocąc pod kołdrą, myślałem ze strachem tylko o tym, co zrobić, żeby jakoś uratować sytuację. Wstałem po cichu, poszedłem do salonu, wysunąłem z biurka szufladę, w której, jak wiedziałem, ojciec schował notes, wyciągnąłem go i kartkując, znalazłem stronę z zamówieniami na prezenty. Zwilżywszy językiem ołówek, wpisałem „taniec lwa” i poszedłem spać. Żadnej lwiej grzywy nie chciałem. Tak, wolałbym książkę. Ośmieliłem się zakraść nocą do salonu, bo dotarło do mnie, że ojcu samemu zależało, by kupić mi w prezencie maskę, więc pomyślałem z nadzieją, że poprawię mu w ten sposób humor. Okazało się, że ten mój akt desperacji przyniósł idealnie zamierzony skutek. Siedziałem w dziecinnym pokoju, kiedy usłyszałem, jak ojciec, który wrócił właśnie z Tokio, głośno mówi do mamy:

– Wiesz, otwieram w sklepie z zabawkami notes, patrzę, i proszę, co tam jest napisane: „taniec lwa”. To nie jest moje pismo. Czyli? Zastanawiam się, no i wszystko jasne. Dowcipniś z tego naszego Yozo. Kiedy go pytałem, milczał i tylko głupkowato się uśmiechał. A potem strasznie zapragnął dostać tego lwa. Wiadomo, niezły z niego oryginał. Udaje, że mu nie zależy, po czym pisze dokładnie, co by chciał. Mógł przecież wyraźnie powiedzieć, skoro mu tak zależało. Nieźle się uśmiałem w tym sklepie. Zawołaj go, niech tu zaraz przyjdzie. Kiedy indziej zebrałem służbę w jednym z naszych pokojów, urządzonym w zachodnim stylu, kazałem któremuś ze służących walić bez ładu i składu w klawisze pianina (mieszkaliśmy, co prawda, na wsi, ale w domu niczego nam nie brakowało) i w takt tego jazgotu zabawiałem towarzystwo jakimś dziwacznym tańcem indiańskim, a wszyscy pękali ze śmiechu. Młodszy brat wyjął aparat z fleszem i sfotografował mnie, kiedy tak idiotycznie podrygiwałem. A potem na zdjęciu widać było wyraźnie, że spod przepaski, którą obwiązałem się na biodrach (naprawdę była to perkalowa chusta), wystaje mi mały kutasik, nic więc dziwnego, że cały dom głośno rechotał. Nieoczekiwanie mogłem zaliczyć sobie jeszcze jeden sukces. Prenumerowałem z dziesięć, może nawet więcej młodzieżowych czasopism miesięcznie, a oprócz tego zaczytywałem się po kryjomu w rozmaitych książkach, które sprowadzałem sobie z Tokio. Stałem się też namiętnym miłośnikiem seryjnych komiksów, takich jak Dr Groch-z-Kapustą albo Dr O-co-chodzi. A ponieważ byłem nieźle oczytany w literaturze popularnej z dawnych czasów, takiej jak opowieści o  duchach, komiczne dialogi i monologi, humorystyczne gawędy starego Tokio i tym podobne, bez żadnych trudności rozśmieszałem z kamienną twarzą domowników. No dobrze, ale ojej, szkoła!

W tamtym okresie cieszyłem się już niejakim poważaniem. Chociaż, znowu, już samo to „bycie poważanym” mnie zatrważało. Dla mnie „poważany” oznaczało kogoś, kto oszukując niemal wszystkich najbliższych, zostaje w końcu zdemaskowany przez jakąś wyższą instancję i tak bezlitośnie przez nią zgnieciony, że dla zmazania wstydu nie pozostaje mu nic innego, jak odebrać sobie życie. To właśnie oznaczało dla mnie „cieszyć się poważaniem”. Jak to jest – oszukując innych, zdobywasz szacunek, po czym ktoś cię rozgryza i wszyscy się dowiadują, że byli oszukiwani. Jaka będzie ich wściekłość, jaka zemsta cię czeka? Na samą myśl o tym wstrząsa mną dreszcz. Otóż zyskałem sobie w szkole coś w rodzaju szacunku, i to nie dlatego, że pochodzę, jak mówią, z bogatego domu, tylko dlatego, że miałem opinię tak zwanego „zdolnego”. Od dziecka byłem chorowity, zdarzało się, że przez miesiąc albo dwa, a bywało, że i przez niemal cały rok szkolny chorowałem. Mimo to, gdy zdrowiałem i zawożono mnie rikszą do szkoły, po końcowych egzaminach okazywało się, że jestem najlepszy z całej klasy. Nawet kiedy byłem zdrowy, w ogóle się nie uczyłem, zabawiałem się podczas lekcji rysowaniem komiksów, które później na przerwach pokazywałem i opowiadałem ich treść, rozśmieszając wszystkich. Jeśli zadane było wypracowanie, pisałem różne śmieszne historyjki i chociaż nauczyciel mnie upominał, nie przestawałem tego robić. Wiedziałem, że w duchu już z góry cieszył się, że będzie mógł się pośmiać z moich opowiastek. Jadąc kiedyś z mamą pociągiem do Tokio, zrobiłem siku do spluwaczki w korytarzu (dobrze już wiedziałem, że to spluwaczka, ale zrobiłem to świadomie, ot taki niewinny dziecięcy wybryk). Opisałem potem w żałosnym tonie tę moją wpadkę i wręczyłem w formie wypracowania nauczycielowi. Pewien, że historyjka rozbawi profesora, szedłem po cichu za nim, gdy zmierzał do pokoju nauczycielskiego. Po wyjściu z klasy od razu wybrał ze sterty innych wypracowań moje i idąc korytarzem, czytał je, chichocząc. Wszedł do pokoju nauczycielskiego i najwyraźniej sam zakończył już lekturę, bo zauważyłem, jak, zaczerwieniony ze śmiechu, czyta na głos pozostałym nauczycielom. Byłem z siebie bardzo zadowolony. A to ci łobuziak. Zyskałem zatem opinię łobuza. Udało mi się uniknąć tego, by traktowano mnie z szacunkiem. Na świadectwach miałem ze wszystkich przedmiotów „celujący”, tylko ze sprawowania czwórki lub trójki, co także niepomiernie bawiło wszystkich domowników. Tymczasem z natury byłem dokładnym przeciwieństwem tego, co rozumie się przez „łobuza”. W owym czasie doświadczyłem już niemało nikczemnych rzeczy ze strony pokojówek i służących, bywałem molestowany. Dziś, po latach, myślę, że popełnianie takich czynów wobec nieletnich to najpodlejsza i najokrutniejsza ze wszystkich zbrodni, jakich może dopuścić się człowiek. Ale wytrzymałem. A nawet miałem wrażenie, jakby to doświadczenie pozwoliło mi poznać jeszcze jeden rys charakteru człowieka. I w poczuciu bezsilności śmiałem się. Gdybym wówczas zwykł mówić prawdę, być może nie bałbym się wyznać rodzicom, co mnie spotkało. Tylko że ja nawet moich rodziców do końca nie rozumiałem. Nie wierzyłem, że zwrócenie się do kogoś z prośbą o interwencję może coś pomóc. A gdybym nawet doniósł o tym, co mnie spotkało, ojcu, matce, policji, wniósł skargę do wyższych instancji, to czy przez jakieś znajomości i tak nie zatuszowano by sprawy, nie ukryto w imię „wyższych racji”? Sam nie wiem. Nie można liczyć na bezstronność, to oczywiste. Wiadomo, światem rządzą koneksje. Odwołanie się do kogoś nic by nie dało. Czułem, że nie mam innego wyjścia, jak znosić wszystko w milczeniu i nadal grać błazna. Mogą sobie ze mnie drwić: „Co ty wygadujesz? Że co, że niby nie można pokładać wiary w ludziach? A od kiedy to jesteś chrześcijaninem, hę?”. Nie wydaje mi się jednak, żeby brak zaufania do drugiego człowieka miał od razu sprowadzać na drogę wiary. Mało to ludzi, łącznie z tymi, co się tak ze mnie podśmiewają,  którzy kompletnie sobie nawzajem nie ufając, żyją w najlepsze, nie zaprzątając sobie głowy Jehową. Zdarzyło się kiedyś, a byłem jeszcze mały, że pewien znany polityk, jakaś sława z tej samej, co mój ojciec, partii, przyjechał do naszego miasta wygłosić przemówienie. Służący zabrali mnie do teatru, żebyśmy mogli go posłuchać. Sala była wypełniona po brzegi. Mieszkańcy, zwłaszcza bliscy znajomi ojca, którzy stawili się w komplecie, oklaskiwali mówcę gorącymi brawami. Po wysłuchaniu przemówienia ludzie wylegli na ośnieżoną drogę i po ciemku, w cztero-, pięcioosobowych grupkach zmierzali ku swoim domostwom, głośno wymieniając zgryźliwe komentarze pod adresem wieczornego wiecu. W ogólnej wrzawie rozpoznałem głos kogoś szczególnie blisko zaprzyjaźnionego z ojcem. Słychać było gniewne komentarze tak zwanych „towarzyszy” ojca, którzy to krytykowali jego słowo wstępne jako nieudolne, to znów naśmiewali się z wystąpienia, w którym „w ogóle nie było wiadomo, o co chodzi”. Po czym ci sami ludzie, wstąpiwszy do naszego domu, zgromadzili się w salonie i entuzjastycznie wychwalali wieczorny wiec. A kiedy mama zapytała służących, jak im się wiec podobał, odpowiadali bez zająknienia, że „było naprawdę ciekawie”. Po czym wracali do domów, zgodnie narzekając, że nie ma nic nudniejszego niż wiece. Ale to tylko drobny przykład. Wydaje mi się, że życie ludzkie pełne jest przejawów jaskrawej, jawnej nieszczerości, do tego stopnia, że oszukujący się nawzajem ludzie nie zdają sobie nawet sprawy, że się oszukują, ani też, o dziwo, nie czują się z tym źle. Ja tego wzajemnego oszukiwania się aż tak bardzo nie przeżywam. W końcu sam nie robię od rana do wieczora nic innego, tylko nabieram ludzi moim błaznowaniem. Jakoś nie umiałem poważnie przejąć się tą moralnością, którą pod określeniami „prawość”, „uczciwość” propagują podręczniki etyki. Nie pojmuję tylko, jak można wieść beztroskie życie, dopuszczając się jednocześnie niegodziwych czynów. Jakoś nikt nie zdradził mi rozwiązania tej zagadki. Gdybym odkrył tę tajemnicę, może nie musiałbym tak bardzo bać się ludzi, wychodzić ze skóry, żeby się im przypodobać. Nie zmagałbym się do tego stopnia z życiem i nie dręczył co noc w piekielnych męczarniach. Myślę, że jeśli nikomu nie powiedziałem o ohydnym występku, jakiego dopuszczono się wobec mnie, to nie z braku zaufania do ludzi ani – rzecz jasna – za sprawą religijnych zasad, tylko dlatego, że ludzie w sposób bezwzględny odseparowali mnie, Yozo, od sfery wzajemnego zaufania. Niekiedy nie mogłem nawet zrozumieć zachowania własnego ojca i matki. Mam wrażenie, że wiele kobiet instynktownie wyczuwało tę aurę samotności, o której nikomu nie mówiłem, i między innymi dlatego byłem po latach na wiele sposobów wykorzystywany. Dla kobiet byłem mężczyzną, który potrafi dochować tajemnicy miłości.