Klasyka: Reaktywacja Czytamy

#
  • Zeszyty Literackie
    maj 2012
    seria „Podróże”
    tłumacz: Paweł Hertz
    209 stron
    ISBN: 9788360046227

Zapraszamy do przeczytania fragmentu powieści Obrazy Włoch. Florencja Pawła Muratowa - jednej z dziesięciu rekomendowanych pozycji w kampanii księgarnianej Instytutu Książki Klasyka: Reaktywacja. Fragment jest opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Zeszyty Literackie.

Copyright: Zeszyty Literackie

Dzisiejsza Florencja oglądana spod San Miniato niezbyt przypomina owo miasto, o którym marzył niegdyś Dante. W ciągu sześciuset lat nie zmienił się tu chyba tylko San Giovanni, ów most Rubaconte, czyli alle Grazie, lub może jeszcze wysokie, ciemne mury franciszkańskiego kościoła Santa Croce. Za mostem i wokół kościoła wszystko się zmieniło, wszystko mówi o nowych stuleciach i o nowych ludziach. Spoglądając na czerwieniejące kopuły katedry i San Lorenzo, zamyślamy się nad zawiłym i zmiennym losem tego miasta, nad jego wspaniałym życiem i nad chwałą jego niezliczonych grobowców. Ale mimo wszystko serce podpowiada nam, że ta Florencja nie różni się od Florencji Dantego, od owego sanktuarium, za które poeta był gotów oddać całą swoją duszę, surową i łagodną. We Florencji pozostało na zawsze coś z owych czasów w wyrazistej linii jej konturów, w niebieskiej barwie jej błogosławionej doliny, w zakręcie Arna płynącego z gór Casentina. Każdy, kto choćby raz ją stąd ujrzał, zapamięta to miasto już przez całe życie. Nie ma chyba takiego człowieka, którego ten tak dobrze znany „ogólny widok” Florencji nie przybliżałby do piękna wyśnionego ponad wszelkie uroki ziemskie. [...]

To umiłowanie świata i owych chwil krótkiego życia, dzięki którym można zapomnieć nawet o drodze ku wiecznemu szczęściu, Dante wziął z Florencji. Czy to miasto nie sprawia, że życie każdego z nas, jego przelotnych gości, nabiera jak gdyby większej ceny? To miasto, takie zwyczajne, gdy spoglądamy na tutejsze sklepy, na nowe domy i na nowe ulice, przechowuje dla każdego istny skarb jakichś jeszcze nieznanych uczuć i jeszcze niedoświadczonych subtelnych wrażeń. Ale w miarę jak całe życie podróżnego staje się jednym hołdem, a on ze zwykłego ciekawego turysty przemienia się w pielgrzyma — Dante nad wszystko ukochał ten wyraz! — wówczas nawet to, co zwykłe, rychło traci swoją zwyczajność.

To, co wynosimy, spoglądając na Florencję i czytając Boską komedię, ma ze sobą wiele wspólnego. I tu, i tam odczuwamy jednakową harmonię — harmonię jakiegoś wspaniałego drzewa — jednakową wyrazistość, jednakową genialną lekkość w rzeczach wielkich. Wydaje się, że mury Florencji są lżejsze niż mury innych miast. Pochodzenie i natura słów Dantego wydają się inne niż pochodzenie i natura zwykłych ludzkich słów. Już choćby cynamonowa barwa tutejszych pałaców ma w sobie jakąś wzniosłość — płaszcz tej barwy byłby na miejscu na ramionach króla skrywającego swój los jako wędrowiec. I podobnie jak niektóre epizody włączone do surowej opowieści Dantego napawają nas nieskończoną słodyczą, pewne chwile zwykłego, prostego życia florenckiego mają dla nas wprost niezwykły urok.

Jedną z takich chwil właśnie przyniósł pewien wieczór październikowy, który zapadł niespodzianie, gdy będąc w kościele San Niccolo oglądaliśmy Alessa Baldovinettiego Zaśnięcie Najświętszej Marii Panny15. Pozostawiając spowity kwiatami sarkofag dobrodusznego Alessa w coraz to głębiej zapadającym mroku, wyszliśmy z kościoła i wkrótce znaleźliśmy się za bramą miejską. Zamiast iść ku San Miniato, ruszyliśmy w prawo wzdłuż biegnących na szczycie wzgórza zębatych murów Florencji. Po drugiej stronie tej wąskiej drogi ciągną się sady oliwkowe. W ten przesycony wilgocią wieczór srebro ich liści świeciło jeszcze jaśniej, omyte ciepłym deszczem. Szliśmy w milczeniu, wdychając woń oliwek, ziemi, wilgoci — mocną woń florenckiej jesieni. Przed nami w głębokiej ciszy zapadł zmrok. Dzień odszedł i znikł w zorzy bez blasku, która lśniła we wszystkim — w jasnym eterze nieba, w srebrze ogrodów, w mokrych kamieniach prastarych murów. Wrażenie jakiejś serafickiej czystości ogarnęło duszę z nigdy dotychczas nie znaną siłą. Tylko odgłos spadających kropli i małych, dojrzałych owoców przerywał głęboką ciszę. Było słychać, jak bije serce, jak w nie wnika, aby już nigdy go nie opuścić, umiłowanie Florencji. I świat nigdy nie wydawał się tak jasny, jak w ów jesienny, ciepły, wilgotny wieczór na jej ubogim przedmieściu.

Taka chwila — to jedna z tych chwil, których później na via Calzaioli czy via Tornabuoni nie stłumi codzienna krzątanina ludzi tutejszych i przyjezdnych. Wilgotne tchnienie takiego wiejskiego wieczoru może na długo nas odświeżyć po zbyt pilnym obcowaniu z „pyłem wieków” w muzeach i galeriach. Florencja żyje, toteż jej dusza jeszcze nie całkiem skryła się w tutejszych obrazach i pałacach, lecz codziennie przemawia do każdego z nas językiem prostym i zrozumiałym jak język naszego ojczystego kraju. Podróżnik rosyjski szczególnie może ceni sobie to właśnie, że odczuwa tu zawsze bliskość wsi. Zmiany pór roku, kolejność wiejskich prac i dni wiejskiego żywota zawsze są tu wyraziste, zawsze można tu odróżnić święto i dni jarmarczne — ulice są wtedy ludniejsze, a w małych trattoriach przygotowują na obiad jeszcze jedną potrawę. Wtedy na placu przed San Lorenzo amatorzy sztuki, spiesząc z hołdem do grobowców Michała Anioła, mieszają się z tłumem ogorzałych chłopów, którzy właśnie wyładowali na sąsiednim rynku jarzyny, a teraz kupują wszystko, czego im trzeba, na targu wokół marmurowego Giovanniego delle Bande nere. [...]

Najbliższy Florencji będzie ten, kto kocha. Dla pielgrzymów miłości jest to miejsce święte: tu, w tym świetlistym powietrzu, łatwiej i czyściej płonie serce. Szczęście miłości jest tu wznioślejsze, cierpienie — piękniejsze, rozłąka — słodsza. Na tym starożytnym cmentarzu miłości zbyt wiele spłonęło wielkich dusz i zbyt wiele przelano drogocennych łez, aby nie wierzyć tu w odkupienie. Wszystko, co tu powstało, stworzyła miłość. Świątynia i obraz, fresk i płaskorzeźba, wszystko to są grobowce, w których spoczywa, zmorzona długim snem, nie śmiercią, lecz właśnie snem. Tu nieustannie ożywa to, co stare, zespala się z nowym i żyje w nim znowu. Posłuszny właśnie tej kolei rzeczy wieczny zapach róż w tutejszych klasztorach podsuwa nowo przybyłemu wraz ze wspomnieniem minionych dziejów myśl o miłości. A w nasycony głęboką niebieską barwą wieczór na placyku przed San Miniato, gdy podmuchy wiatru nadlatują z górskich grot i gdy widoczne w dali światła Florencji niepewnie migocą, wielkie duchy historii nagle znikają, ustępując miejsca innym obrazom, które nawodzą na nas melancholię. [...]

Blask miłości Dantego, boski jak wszystko, co ma związek z tym człowiekiem, na zawsze trwa nad Florencją na podobieństwo cudownej, niegasnącej zorzy. Dzięki temu może Florencja stała się miejscem wiary i radości. Każe wierzyć każdemu, że jej dantejska zorza i dla niego zwiastuje nowy dzień. Każdy, kto patrzy na Florencję z wysokości San Miniato, przyjmuje chrzest w imię miłości. A w jego duszy zmartwychwstaje wtedy Vita Nuova.