Klasyka: Reaktywacja Czytamy

#
  • W.A.B.
    listopad 2015
    przedmowa: Anna Wasilewska
    przekład: Zofia Ernstowa
    219 x 157
    244 strony
    ISBN: 9788328009615

Zapraszamy do przeczytania fragmentu powieści Pogarda Alberto Moravii - jednej z dziesięciu rekomendowanych pozycji w kampanii księgarnianej Instytutu Książki Klasyka: Reaktywacja. Fragment jest opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.

Copyright © RCS Libri S.p.A. – Milano Bompiani 1954–2013
Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV
Copyright © for the Polish translation by Maria, Marcin, Andrzej i Tomasz Ernstowie, MMXIV

Rozdział III

Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z Battistą, znajdowałem się w sytuacji niezwykle trudnej, niemal rozpaczliwej, i nie wiedziałem, jak z niej wybrnąć. Wszystkie komplikacje finansowe wiązały się z kupnem mieszkania, na które właśnie wpłaciłem zaliczkę, choć nie miałem pojęcia, jak zdobędę pieniądze na dalsze raty. Przez pierwsze dwa lata po ślubie mieszkaliśmy z Emilią w wynajętym, umeblowanym pokoju. Inna kobieta nie czułaby się może nieszczęśliwa z powodu tego prowizorycznego rozwiązania sprawy mieszkaniowej, ale Emilia, godząc się na to, dała mi niezbity dowód miłości, jaki żona może dać mężowi. Była ona kobietą kochającą nade wszystko ognisko domowe i w tym kryło się coś więcej niż naturalna skłonność właściwa każdej niewieście; było to coś, co przypominało zazdrosną i gwałtowną namiętność, niemal głód, coś silniejszego od niej samej, atawistycznego. Pochodziła z biednej rodziny; gdy ją poznałem, była maszynistką; przypuszczam, że w jej umiłowaniu domu wyrażały się bezwiednie nieosiągalne marzenia ludzi źle sytuowanych, niemogących stworzyć sobie przyzwoitych warunków mieszkaniowych. Nie wiem, czy wychodząc za mąż, łudziła się, że spełnią się wreszcie jej sny o własnym domu; lecz przypominam sobie, że popłakała się, gdy w kilka dni po zaręczynach powiedziałem jej, iż początkowo będziemy się musieli zadowolić wynajętym pokojem. Ów płacz był nie tylko wyrazem gorzkiego zawodu z powodu niespełnionego marzenia, ale uwydatniał też siłę tego marzenia, które było dla niej raczej racją bytu niż pragnieniem.

Tak więc żyliśmy przez dwa lata w wynajętym pokoju, ale w jakim pedantycznym porządku, w jakiej czystości utrzymywała go Emilia! Czuło się, że robi wszystko, byle tylko mieć złudzenie, że ten odnajęty kąt jest jej własnym domem, i w braku własnych mebli dbała jak najtroskliwiej o stare masywne graty stojące w naszym pokoju. W wazonie na biurku nigdy nie brakowało kwiatów; moje rękopisy ułożone były zawsze w idealnym porządku, jak gdyby zapraszając mnie do pracy i gwarantując maksimum spokoju i wygody; na stoliczku, przy którym pijaliśmy herbatę, zawsze leżały serwetki i stało blaszane pudełko pełne biszkoptów; było rzeczą nie do pomyślenia, by po pokoju walały się jakieś części garderoby, by cokolwiek zbytecznego leżało na krzesłach czy na łóżku, jak to często bywa przy tego rodzaju ciasnocie. Rano byle jak sprzątała nasz pokój służąca, a potem Emilia osobiście brała się do robienia porządków, tak że wszystko dokoła błyszczało lustrzanym połyskiem, nawet mosiężne gałki przy oknach i biegnące wzdłuż ścian listwy podłogi. Wieczorem sama słała łóżko, bez pomocy służącej; poduszki były symetrycznie ułożone, kołdry nieskazitelnie wygładzone, po jednej stronie leżała jej batystowa koszulka, a po drugiej moja piżama. Rano wstawała pierwsza, szła do kuchni, przygotowywała śniadanie i przynosiła mi je na tacy. Robiła to wszystko dyskretnie, w milczeniu, bez cienia ostentacji, lecz tak ją to pochłaniało, że jej skupienie i przejęcie zdradzały najwyraźniej, iż wkłada w te czynności całą pasję życiową. Jednakże pomimo owych heroicznych wysiłków wynajęty tuzinkowy pokój pozostawał nadal wynajętym pokojem; trudno było się łudzić, że jest inaczej. Tak więc od czasu do czasu, w chwilach zmęczenia czy załamania, Emilia żaliła mi się łagodnie i bez buntu, lecz z pewną dozą goryczy, pytając, jak długo jeszcze potrwa ta nasza poniewierka. Zdawałem sobie sprawę, że jej cicha skarga jest wyrazem prawdziwego cierpienia, i gnębiła mnie myśl, że prędzej czy później, choćby kosztem nadludzkiego wysiłku, muszę się zdobyć na stworzenie jej własnego domu.

W końcu, jak już wspomniałem, zdecydowałem się na kupno mieszkania; nie dlatego, że zdobyłem odpowiednie środki na ten cel, środki, których brakowało mi dotychczas, ale dlatego, że rozumiałem mękę Emilii i obawiałem się, iż pewnego dnia owo cierpienie położy kres jej wytrzymałości. Zaoszczędziłem przez te dwa lata niewielką sumkę pieniędzy i trochę dopożyczyłem; tym sposobem mogłem wpłacić pierwszą ratę. Zrobiwszy to, nie doznawałem radosnych uczuć mężczyzny, który szykuje mieszkanie dla żony; wprost przeciwnie, byłem niespokojny i przejęty, nie wiedziałem bowiem, jak sobie poradzę za kilka miesięcy, kiedy przyjdzie do płacenia drugiej raty. Chwilami wpadałem po prostu w rozpacz i miałem niemal żal do Emilii, że na skutek swojej upartej pasji zmusiła mnie do popełnienia nierozważnego i niebezpiecznego kroku.

Jednakże wielka radość Emilii na wiadomość o kupnie oraz późniejsze natężenie jej uczuć w stosunku do mnie, zwłaszcza w dniu, kiedy po raz pierwszy weszliśmy do nowego, jeszcze nieumeblowanego mieszkania, sprawiły, że na pewien czas zapomniałem o troskach i niepokoju. Powiedziałem już, że głębokie przywiązanie Emilii do ogniska domowego miało charakter namiętności; dodam, że tego dnia owa namiętność wydała mi się ściśle związana i pomieszana ze zmysłowością, jak gdyby fakt, że wreszcie kupiłem jej mieszkanie, uczynił mnie w jej oczach nie tylko milszym, ale też bliższym i bardziej pożądanym w sensie czysto fizycznym. Poszliśmy obejrzeć mieszkanie i początkowo Emilia chodziła ze mną po pustych i zimnych pokojach; planowaliśmy, na co przeznaczymy każdy pokój i jak ustawimy meble. Ale pod koniec wizyty, gdy podszedłem do jednego z okien, by je otworzyć i nacieszyć się pięknym widokiem, ona nagle przytuliła się do mnie mocno, całym ciałem, i szepnęła, żebym ją pocałował. Było to coś całkiem nowego u niej, zazwyczaj tak dyskretnej i nieśmiałej w stosunkach miłosnych. Zaskoczony tą nowością oraz tonem jej głosu, pocałowałem ją, tak jak chciała. Podczas tego pocałunku, który był jednym z najbardziej gwałtownych i namiętnych, jakieśmy dotąd wymienili, poczułem, że Emilia przyciska się do mnie coraz mocniej, jak gdyby pragnęła bardziej intymnego zbliżenia; potem jednym szarpnięciem ściągnęła spódnicę, odpięła bluzkę i przywarła swoim brzuchem do mojego. Aż wreszcie, po pocałunku, cichuteńko, lecz sugestywnie wyszeptała mi do ucha, że chce, bym ją wziął, i całym swoim ciężarem pociągnęła mnie na podłogę. Kochaliśmy się na ziemi, na zakurzonej posadzce pod parapetem okna, które chciałem otworzyć. I w płomieniu tego miłosnego zbliżenia, tak nieokiełznanego i dziwacznego, odczułem nie tylko jej miłość do mnie, ale przede wszystkim ujście jej pasji posiadania domu, która objawiła się spontanicznie w przypływie nagłej zmysłowości. Słowem, w tym stosunku miłosnym na brudnej podłodze, w półcieniu jeszcze pustego pokoju, Emilia oddała się ofiarodawcy mieszkania, nie mężowi. I te nagie ściany, pachnące świeżym jeszcze wapnem i lakierem, wzbudziły w niej silniejsze pożądanie niż wszystkie moje dotychczasowe pieszczoty.

Od naszej wizyty w nowym mieszkaniu do samej przeprowadzki upłynęło jeszcze kilka miesięcy; podpisałem wszystkie kontrakty na imię Emilii, bo wiedziałem, że sprawi jej to przyjemność. Kupiliśmy też w tym okresie trochę mebli, tyle, na ile pozwoliły mi moje ograniczone środki finansowe. A tymczasem, gdy minęła pierwsza radość z powodu tego kupna, znów zaczął mnie dręczyć niepokój przed przyszłością i jak już wspomniałem, chwilami ogarniała mnie po prostu rozpacz. Zarabiałem co prawda dostatecznie na skromne życie, a nawet odkładałem coś niecoś, jednakże te oszczędności nie mogły wystarczyć na zapłacenie drugiej raty. Moja rozpacz była tym większa, że nie mogłem sobie ulżyć, rozmawiając o tych kłopotach z Emilią: nie chciałem psuć jej radości. Ale wspominam ten okres jako pełen nieustannego niepokoju, a nawet pewnego odpływu miłości dla Emilii. Nie mogłem powstrzymać się od myśli, że ona wcale się nie przejmuje, skąd zdobędę pieniądze, choć zna doskonale nasze warunki materialne. Niemile mnie to dotknęło i byłem zirytowany, że jest taka zadowolona, beztroska i nie myśli o niczym innym, jak tylko o chodzeniu po sklepach: codziennie z błogą satysfakcją oznajmiała mi o jakimś nowym zakupie. Zadawałem sobie pytanie, jak może, kochając mnie, nie odgadnąć, jakie ciężkie mam przed sobą problemy; pomimo to zdawałem sobie sprawę, że przypuszcza zapewne, iż skoro zdobyłem się na kupno mieszkania, to widocznie mam potrzebne na to pieniądze. Jednakże jej pogoda i zadowolenie, tak kontrastujące z moją ciężką troską, wydawały mi się oznaką egoizmu, a co najmniej gruboskórności.

Byłem tak przejęty w owym czasie, że zmieniłem nawet od dawna wyrobiony pogląd o sobie samym. Dotychczas uważałem się za intelektualistę, człowieka kulturalnego, pisarza i krytyka teatralnego, bo pracę dla teatru uznałem od dawna za swoje powołanie. Ta sylwetka moralna miała także odbicie w mojej powierzchowności: widziałem siebie jako młodego człowieka, którego nerwowość, bladość, krótki wzrok i niedbałość w ubraniu były zapowiedzią sławy pisarskiej z góry mi przeznaczonej. Lecz w tym okresie, pod brzemieniem ciężkiej troski, ów obraz tak pochlebny i tak wiele obiecujący przekształcił się w obraz zapędzonego w kozi róg biedaczyny, który z miłości do żony popełnił szalony krok i uwikłał się w kłopoty pieniężne na Bóg wie jak długo. I nie byłem już tym zapoznanym geniuszem teatru, ale uganiającym się za byle zarobkiem dziennikarzyną, współpracownikiem sznurowatych pism i brukowych gazet. Ten człowiek dla zaoszczędzenia przykrości żonie ukrywał przed nią swoje zmartwienia, biegał przez cały dzień po mieście w poszukiwaniu pracy, często na próżno, i myśl o długach spędzała mu sen z powiek; słowem, nie istniało już dla niego nic poza pieniędzmi. Był to obraz być może wzruszający, lecz pozbawiony godności i blasku, nędzny, konwencjonalny jak złe powieścidło; nienawidziłem go, bo myślałem, że z biegiem czasu, chcąc czy nie chcąc, stanę się do niego podobny. Ale tak wyglądała rzeczywistość: nie ożeniłem się z kobietą, która rozumiałaby i podzielała moje idee, ambicje i upodobania; ożeniłem się, urzeczony jej urodą, z maszynistką prostą i niewykształconą, pełną przesądów i ambicji klasy, z której pochodziła. Z tą pierwszą mógłbym klepać biedę w odnajętym pokoju, czekając na przyszłe sukcesy teatralne; tej drugiej natomiast musiałem dać ów wyśniony dom, kosztem – być może – wyrzeczenia się raz na zawsze tak drogich mi ambicji literackich.

Ponadto w tym okresie inne jeszcze przyczyny spotęgowały moje uczucie rozpaczliwej bezradności wobec spraw materialnych. Czułem, że załamuję się wewnętrznie pod wpływem osaczających mnie trudności, jak żelazna sztaba, która mięknie i zgina się w ogniu. Przyłapałem się na tym, że zazdroszczę ludziom, którzy nie muszą borykać się z owymi trudnościami, ludziom bogatym i uprzywilejowanym; do zazdrości dołączyła się głęboka niechęć i ta z kolei nie dotyczyła poszczególnych osób, lecz miała charakter ogólny, abstrakcyjny, charakter dewizy życiowej. Słowem, przeżywając te ciężkie dni, uświadamiałem sobie powoli, że moje rozdrażnienie wypływające z braku pieniędzy zmienia się w bunt przeciwko niesprawiedliwości, której ofiarą jestem zarówno ja, jak i inni podobni do mnie ludzie. Zdawałem sobie sprawę, że te nieuchwytne przemiany, wynikające z moich jak najbardziej subiektywnych odczuć, przekształcają się w obiektywne refleksje o charakterze ogólnoludzkim. Ten proces odbywał się nie tylko w moich myślach, ale również w rozmowach, które sprowadzałem bezwiednie na ten właśnie temat. Uświadamiałem sobie także, że wzrasta moja sympatia dla ugrupowań politycznych walczących przeciwko niesprawiedliwościom i korupcji owego społeczeństwa, które uważałem za winne moich udręk i kłopotów. Przeciwko temu społeczeństwu, które, jak się przekonałem na sobie, pozwalało ginąć biednym, a faworyzowało bogatych. U ludzi prostych, niewykształconych te przemiany przychodzą bezwiednie, bez udziału świadomości, w której zakamarkach na skutek tajemnego, alchemicznego procesu egoizm staje się altruizmem, nienawiść miłością, lęk odwagą; lecz dla mnie, przyzwyczajonego do analizowania samego siebie, ten proces był jasny i widoczny, jak gdybym obserwował go u kogoś innego. Wiedziałem więc, że ulegam pobudkom osobistym i ściśle materialnym i przeobrażam je w ogólnoludzkie pojęcia i zasady. Nigdy nie chciałem zapisać się do żadnej partii (co należało do rzadkości w niespokojnych powojennych czasach), właśnie dlatego, że, jak mi się wydawało, nie umiałbym w przeciwieństwie do innych brać udziału w życiu politycznym z pobudek osobistych, lecz tylko z przekonania, którego brakło mi dotychczas. Czułem się więc głęboko upokorzony, gdy zacząłem uświadamiać sobie, że moje myśli, idee, słowa wiążą się coraz ściślej z moimi interesami i zmieniają barwę w związku z trudnościami pojawiającymi się w danej chwili. „A więc w niczym nie różnię się od innych – myślałem ze złością. – Tylko dlatego, że mam puste kieszenie, marzę o odnowie świata”. Lecz owa złość była bezpłodna; i wreszcie pewnego dnia, gdy zmogła mnie rozterka czy też opuściła stanowczość, dałem się namówić jednemu z przyjaciół i zapisałem się do partii komunistycznej. Zaraz potem pomyślałem sobie, że raz jeszcze postąpiłem nie jak nieznany jeszcze światu geniusz, ale jak pierwszy lepszy zagłodzony pismak czy gryzipiórek, w którego tak się obawiałem przeistoczyć w przyszłości. Jednakże stało się, byłem w partii i nie mogłem się już wycofać. Reakcja Emilii na tę wiadomość była bardzo charakterystyczna:

– Tak, ale jeśli chodzi o pracę, to możesz liczyć teraz tylko na komunistów, inni będą cię bojkotować.

Nie miałem odwagi powiedzieć jej tego, co myślę, a mianowicie, że nie przyszłoby mi do głowy zapisać się do partii, gdybym nie kupił dla niej mieszkania, którego cena przerastała moje możliwości finansowe. Tak więc jednym zdaniem wyczerpaliśmy ten temat.

W końcu przeprowadziliśmy się do nowego domu. Dziwnym zbiegiem okoliczności, który wydał mi się opatrznościowy, następnego dnia zetknąłem się z Battistą i jak już powiedziałem, otrzymałem od niego propozycję napisania scenariusza filmowego. Przez pewien czas czułem się, jak gdyby skrzydła wyrosły mi u ramion, i byłem wesoły jak nigdy dotąd; planowałem, że napiszę cztery, pięć scenariuszy, co pokryje koszty mieszkania, a potem znowu poświęcę się dziennikarstwu i umiłowanemu teatrowi. Moja miłość do Emilii wróciła i jeszcze się spotęgowała, tak że robiłem sobie nawet gorzkie wyrzuty, iż mogłem źle o niej myśleć, posądzając ją o gruboskórność i egoizm. Lecz to nagłe przejaśnienie trwało krótko. Niespodziewanie niebo mojego życia znowu się zachmurzyło. Początkowo ukazała się na nim chmurka niewielka, ale zdecydowanie ciemna.