Klasyka: Reaktywacja Czytamy

#
  • Universitas
    marzec 2015
    tłumaczenie: Tomasz Pindel
    135x195
    188 stron
    ISBN: 97883-242-2692-4

Zapraszamy do przeczytania fragmentu powieści Zabite Jorge Ibarguengoitii - jednej z dziesięciu rekomendowanych pozycji w kampanii księgarnianej Instytutu Książki Klasyka: Reaktywacja. Fragment jest opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Universitas.

Copyright: Universitas

SPRAWA ERNESTYNY, HELDY ALBO ELENY

Podczas pobytu w więzieniu Simón Corona opowiadał o sprawie Ernestyny, Heldy albo Eleny w następujący sposób:

Zobaczyłem ją, jak szła aleją między drzewami, i oczom nie wierzyłem. Ta kobieta ubrana na czarno i ze skajową torebką w ręku nie mogła być Serafiną. Wyglądała jak ona i ubrana była tak samo, ale to nie mogła być ona. W każdym razie poczułem, że dygoczą mi kolana. Czyżbym wciąż ją kochał? – zastanawiałem się.

Stałem przy kawiarni, czekałem na jednego człowieka z urzędu skarbowego, z którym miałem pogadać o anulowaniu części podatku. Kobieta wciąż szła między drzewami i im bardziej się zbliżała, tym bardziej przypominała Serafinę. To nie może być ona, pomyślałem znów, żeby się uspokoić: mieszka w innym mieście, nie miałaby po co przyjeżdżać do Pajares. Ona wciąż szła i zbliżała się do mnie, myśląc, jak mi potem powiedziała, że ten człowiek stojący przy kawiarni to nie mogę być ja. Kiedy dostrzegłem jej wydatne policzki, jej ciemne lekko ukośne oczy i proste włosy, było już za późno. To była Serafina i osaczyła mnie.

Podeszła prosto do mnie, otworzyła usta, jakby miała się uśmiechnąć – zdążyłem zauważyć złotego zęba – i trzasnęła mnie w policzek.

Nie ruszyłem się z miejsca. Ona obróciła się na pięcie i zaczęła się oddalać. Rozejrzałem się wokoło, żeby sprawdzić, kto był świadkiem mojego upokorzenia, ale zauważyłem tylko kelnera, który odwrócił wzrok i udawał, że jest bardzo zajęty i miesza coś łyżką. Gdyby się w tej chwili zaśmiał, rozkwasiłbym mu gębę, ale nie zrobił tego, więc nie miałem wyjścia i ruszyłem w przeciwną stronę, niż poszła Serafina.

Stało się to, co już wiele razy wcześniej: ona mi robiła świństwa, a to mnie było przykro. Policzek, który mi wymierzyła, szybko zapomniałem, tak samo jak zapominałem o innych rzeczach sprzed dwóch lat, tak jak ta jej historia z komiwojażerem i skarpetką, którą znalazłem pod łóżkiem. W mojej głowie zagnieździła się jedna myśl: nie mogę żyć bez Serafiny, porzuciłem ją i nic mnie nie obchodzi bardziej, niż żeby mi wybaczyła.

Ruszyłem krętymi uliczkami tego miasteczka, w promieniach słońca i w chmurze much, bo był czerwiec, myśląc sobie:

„Wciąż cię kocha, policzek tego dowodzi”.

Żałowałem, że na jej widok nie padłem na kolana i nie błagałem o wybaczenie. „Chcę do ciebie wrócić”, powinienem był powiedzieć. Zamiast tego stałem jak słup, nie odzywając się słowem, kiedy do mnie podeszła, i nie pobiegłem za nią, kiedy się oddaliła. Sądziłem, że straciłem ją na zawsze, i byłem załamany.

W tych myślach byłem pogrążony, kiedy dotarłem do rogu ulicy. Odwróciłem się, żeby sprawdzić, czy nie jedzie jakieś auto, i wtedy ją zobaczyłem. Znajdowała się o przecznicę ode mnie i szła powoli, jak ktoś, kto nie ma nic specjalnego do roboty i chodzi dla zabicia czasu. Serafina miała wtedy trzydzieści osiem lat, ale kiedy ją tak widziałem z daleka, wyglądała na młódkę. Zatrzymała się przed cukiernią, przeszła przez ulicę, prawie zderzyła się z typem niosącym jakiś pakunek, i kiedy już miałem zdecydować, że lepiej jednak pójdę swoją drogą, zanim mnie zobaczy – zobaczyła mnie.

Kolejny raz nie zrobiłem nic, stałem tam, aż do mnie podeszła.

– Co porabiasz w Pajares? – zapytała.

Powiedziałem, zgodnie z prawdą, że mam się spotkać z jednym panem, żeby mnie zwolnił z części podatków.

– Ja też w tej sprawie – powiedziała.

Miało się wrażenie, jakby nasze spotkanie na tej obcej ulicy w obcym mieście o tej porze było najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem. Jakbyśmy się wcale nie rozstali dwa lata wcześniej i to dramatycznie, jakbyśmy się nie spotkali dwadzieścia minut wcześniej i ona mnie nie spoliczkowała. Tak zawsze wyglądał nasz związek. Nigdy nie wiedziałem, czego się po niej spodziewać.

Na zegarku zobaczyłem, że jest już po dwunastej. Miałem zaproponować, żebyśmy razem poszli spotkać się z tym człowiekiem od podatków, ale ona powiedziała:

– Zaprowadź mnie do hotelu.

Miała pomalowane usta na bardzo dziwny kolor, jakby fiołkowy.

Spędziliśmy w hotelu Comercio sporo czasu, aż do ósmej wieczorem, wyszliśmy stamtąd głodni i poszliśmy na kolację do restauracji znajdującej się pod portykami. Serafinie śpieszyło się do Pedrones, a kobieta, z którą wtedy żyłem, pewnie już się niepokoiła w Salto de la Tuxpana, ale po kolacji, zamiast się pożegnać i rozejść każde w swoją stronę, wróciliśmy do hotelu Comercio i byliśmy tam aż do następnego ranka.

Gdybym po obudzeniu się wrócił do domu, spotkanie z Serafiną okazałoby się jedną z tych wielu rzeczy, które mnie w życiu spotkały, o jakich ledwie pamiętam i nie mam specjalnego powodu, żeby o nich opowiadać. Ale nie wróciłem do domu. Kiedy otworzyłem oczy, przypomniała mi się kobieta, z którą wtedy mieszkałem, i wyobraziłem ją sobie zasmuconą, pewnie sądziła, że leżę gdzieś na szosie zalany krwią, przez co jeszcze mniejszą miałem ochotę się z nią zobaczyć. Założyłem koszulę, wyjrzałem przez okno i zobaczyłem wawrzyny na placu i śpiewające drozdy. Potem spojrzałem na łóżko, zobaczyłem śpiącą Serafinę i postanowiłem ją obudzić.

Poczekałem, aż się wykąpie i ubierze, i kiedy siedziała przed lustrem i plotła warkocz, zobaczyłem, że jej odbicie bardzo różni się od jej twarzy, już zresztą wcześniej zwróciłem na to uwagę. Przypomniały mi się lepsze czasy, ogarnęła mnie fala uczuć i powiedziałem:

– Zawiozę cię do Pedrones.

Ona jednak nie zamierzała jechać do Pedrones. Już się jej nie śpieszyło z powrotem. Wybierała się do San Pedro de las Corrientes, dokąd ją zaprosiła na obiad jej siostra, Arcángela. Ponieważ nie chciałem się z nią rozstawać, powiedziałem:

– No to do San Pedro cię zawiozę.

Mój samochód, ford 55, stał u mechanika, na przedmieściach Pajares. Gdyby w drzwiach do warsztatu pojawił się mechanik i, jak to się często zdarza, powiedział: „Pańskie auto nie jest gotowe, bo nie znaleźliśmy potrzebnej części”, odprowadziłbym Serafinę na dworzec autobusowy, tam byśmy się pożegnali i moje życie potoczyłoby się inaczej. Samochód był jednak naprawiony, zapalił za pierwszym razem i proszę bardzo, skończyłem z sześcioletnią odsiadką.

Żeby z Pajares dojechać do San Pedro de las Corrientes, trzeba skierować się na stromą drogę, przy której, jak dobrego wzroku by się nie miało, widać tylko skały, ale jak się człowiek wykaraska na grzbiet wzgórza, panorama się zmienia: po lewej rozciąga się dolina Guardalobos, jedna z najżyźniejszych w stanie Plan de Abajo, gdzie nie ma nawet kawałka nieuprawianej ziemi: tam, jak nie rośnie lucerna, to uprawiają truskawki, a jak nie kukurydzę z fasolą, to pszenicę. Nawet akacje rosnące przy rowach melioracyjnych są tam bujne. Zawsze lubiłem tę dolinę, ale tego ranka jeszcze bardziej, bo cieszyłem się, że jadę z Serafiną u boku, była bardzo spokojna i trzymała rękę na moim kolanie. Czułem, że niczym się nie martwi, i zapytałem:

– Nie masz wrażenia, że serce pęcznieje, jak to się widzi? Ale kiedy ja patrzyłem na lewo, na dolinę, ona patrzyła w prawo i widziała góry Güemes. Dlatego myślała, że serce mi pęcznieje na widok figury Chrystusa Króla, stojącej na szczycie najwyższego wierzchołka, skierowanego na zachód – ludzie mówią, że wygląda, jakby chciał objąć cały stan Mezcala. Serafina zdjęła rękę z mojej nogi i powiedziała:

– Ciebie zawsze ciągnęło do twojej ziemi.

Tak zawsze wyglądały nasze relacje. Ja jej mówiłem coś ładnego, a ona odpowiadała od rzeczy. Nie peszyło mnie to, bo dobrze wiedziałem, do czego pije. Za każdym razem, jak ją zostawiałem, wracałem do Salto de la Tuxpana znajdującego się w samym sercu Mezcali. Dlatego ona zawsze odnosiła się niechętnie do tego miasta i przy niej nie należało wymawiać jego nazwy ani mówić, że mają tam smaczne guajawy. Tego ranka było tak, jakbym wypowiedział nazwę „Salto de la Tuxpana”. Posmutniała i powiedziała:

– Twoim zdaniem nie jestem ciebie godna, bo prowadzę burdel.

Trochę się zirytowałem i odpowiedziałem:

– Nie zostawiłem cię przez ten burdel ani nie patrzyłem na figurę Chrystusa Króla, tylko w drugą stronę. I po co wyrzucasz mi rzeczy, których się nie da zmienić, wiesz przecież, że jedyne, co zdziałasz, to popsujesz taki piękny dzień. Nie wiem, w jaką strunę uderzyłem. Ona znów położyła mi rękę na kolanie i więcej nic nie mówiła.

Lepiej by było, jakbym ją wysadził z auta po tej jej impertynencji. Oboje bylibyśmy szczęśliwsi.

W Huantli kupiliśmy sobie awokado i siedliśmy na kamieniach, pod akacją, żeby je zjeść. Panował całkowity spokój. Słychać było tylko turkawki. Z miejsca, w którym siedzieliśmy, widać było ciemną ziemię pola i pracujących oraczy. Wobec takiego spokoju zapomnieliśmy o naszych swarach i nawet o tym, że pojechaliśmy do Pajares załatwić swoje sprawy, ale nic nie załatwiliśmy. Serafina powiedziała: „Żeby tak było zawsze!”, czy coś w tym stylu.

Przed powrotem do auta weszliśmy w ruiny starych zakładów włókienniczych, z ciekawości, i tam, między tymi pustymi szopami i zawalonymi dachami, Serafina chciała, żebym znów ją posiadł, co też zrobiłem. Potem jechaliśmy dalej i dotarliśmy do San Pedro de las Corrientes o drugiej po południu. Serafina zaprosiła mnie na obiad do swojej siostry, ale ja, szczerze mówiąc, nie miałem ochoty na spotkanie z Arcángelą. Wiedziałem, że nigdy nie darzyła mnie przesadną sympatią, i domyślałem się, że od kiedy rzuciłem jej siostrę w pięćdziesiątym ósmym, pewnie lubiła mnie jeszcze mniej. Dlatego uznałem, że ta przygoda zakończy się w drzwiach México Lindo.

– Pożegnamy się w aucie – powiedziałem do Serafiny – i niech Bóg będzie z tobą.

Przeznaczenie miało jednak inne plany. Kiedy zawróciłem samochodem, żeby wjechać w ulicę Allende, pierwsze, co zobaczyłem, to stojącą na chodniku Arcángelę. Wyglądała, jakby nosiła żałobę. Owinęła się szalem, mimo upału, a po obu jej stronach stały dwie dziewczyny. Wszystkie trzy patrzyły w stronę, z której jechałem, jakby na mnie czekały.

Nie miałem wyjścia i musiałem zrobić wszystko to, czego nie chciałem: zatrzymałem auto, zgasiłem silnik i wyszedłem się z nią przywitać. Kiedy otwierałem drzwi, rzuciła mi to swoje spojrzenie tymi jej świńskimi oczkami, jakby mówiąc: „Tego jeszcze tu brakowało”. Trwało to jednak chwilę, potem wyciągnęła ręce i odezwała się serdecznie:

– Jak się cieszę, że cię widzę, Simón!

Potem mnie wzięła w ramiona i nawet ucałowała. Powinno to wzbudzić moją nieufność, ale tak się nie stało, choć zdałem sobie sprawę, że radość Arcángeli na mój widok zaskoczyła nie tylko mnie, ale także Serafinę. Powiedziałem, że jestem tylko przejazdem, ale na nic się to zdało: było wpół do trzeciej, jedzenie ciepłe, a gospodyni cieszy się na mój widok. Uparła się, żebym zaparkował na podwórku. Obok mniejszej bramy, obok kabaretu.

– Tak nie ryzykujesz, że jakieś łobuzy porysują ci karoserię. Podczas gdy ja wprowadzałem auto, ona wdała się w rozmowę z Serafiną, najwyraźniej na bardzo poważne tematy. Wysiadając, zauważyłem, rzecz bardzo dziwna o tej porze, że większość dziewczyn stała na korytarzu, opierały się o poręcz, rozmawiały między sobą albo mi się przyglądały.

Weszliśmy do jadalni i Arcángela złapała mnie pod ramię, mówiąc:

– Cieszę się, że wracasz, bo mężczyźni, jakich miała moja siostra, od kiedy sobie poszedłeś, to była jakaś katastrofa.

Chciałem jej wytłumaczyć, że wcale nie wróciłem, tylko zaglądam przejazdem, ale nie dała mi dojść do słowa. Kazała mi usiąść na krześle, postawiła przede mną flaszkę bardzo wyjątkowej tequili, jej zdaniem, kazała dwóm dziewczynom przynieść cytrynę i sól, a potem wyszła z pokoju z Serafiną.

Przez jedne drzwi wyszły siostry Baladro, przez drugie reszta dziewczyn i przez jakąś godzinę siedziałem w tej jadalni sam, na tym krześle i przed flaszką, z której od czasu do czasu pociągałem łyka, bo nikt mi nie przyniósł szklanki. Kiedy wreszcie otworzyły się drzwi i weszły Arcángela z Serafiną, wstałem i powiedziałem:

– Zbieram się, bo siedzieć samemu i o głodzie to wolę w domu.

– Simón – odezwała się wtedy Serafina – moja siostra ma wielką zgryzotę.

Wyjaśniła mi, że jedna z dziewczyn pracujących w México Lindo, o imieniu Ernestyna, Helda albo Elena, umarła wczoraj w nocy i nie wiedzą, co zrobić z ciałem.

– Zorganizujcie czuwanie, a potem na cmentarz – doradziłem.

Arcángela wyjaśniła, że nieboszczka zginęła w wyniku krwawego zajścia i nie uda się jej pochować na cmentarzu, żeby prokuratura nie węszyła.

– A do tego nie mogę dopuścić – powiedziała – bo mi to zaszkodzi.

Nie było zatem innego wyjścia i trzeba było zawieźć ciało szosą na Mezcalę i wyrzucić gdzieś, gdzie nikt nie zobaczy. I tu się zaczynała druga część kłopotu: nie umiały znaleźć Escalery, jedynego zaufanego kierowcy znanego siostrom Baladro.

– Dlatego jestem taka załamana – powiedziała Arcángela, ocierając łzy, które najwyraźniej jej ciekły.

Na co ja odpowiedziałem:

– Nie przejmuj się, Arcángela, zabiorę ciało i zostawię tam, gdzie będziesz chciała. Ledwie wypowiedziałem to zdanie, już go żałowałem, ale było za późno. Prawda jest taka, że w ogóle było już za późno. Żeby sprawy potoczyły się inaczej, musiałbym nie pojechać do Pajares poprzedniego dnia w sprawie obniżenia podatków. Ledwie pięć minut temu byłem człowiekiem, który czeka na obiad, a teraz zaangażowałem się w akcję wywożenia trupa gdzieś w góry.

Były bardzo wdzięczne, kiedy usłyszały moją ofertę. Serafina położyła mi rękę na nodze. Jestem pewien, że oddałaby mi się tam na miejscu, ale ja nie miałem humoru. Arcángela wytarła łzy i wyszła z pomieszczenia. Usłyszałem, jak krzyczy na patio:

– Powiedzcie Escalerze, że nie jest już nam potrzebny.

Potem się dowiedziałem, że to nie tak, że nie mogły go znaleźć, tylko Escalera chciał tysiąc pesos za tę robotę. Po chwili Arcángela wróciła z paroma złożonymi banknotami i wręczyła mi je:

– Weź, to na benzynę.

To było pięćset pesos, wsadziłem je do torby. Starczyło mi ikry, żeby postawić warunek:

– Zabiorę nieboszczkę, gdzie chcecie, ale jej nie tknę.

Kiedy przyniosły zupę, nie chciało mi się już jeść.