Klasyka: Reaktywacja Czytamy

#
  • Austeria
    luty 2015
    przekład: Józef Wittlin
    wstęp: Adam Zagajewski
    200 stron
    ISBN: 9788378660897

Zapraszamy do przeczytania fragmentu powieści Josepha Rotha Krypta kapucynów - jednej z dziesięciu rekomendowanych pozycji w kampanii księgarnianej Instytutu Książki Klasyka: Reaktywacja.

Fragment książki w tłumaczeniu Józefa Wittlina jest opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Austeria.

Copyright: wydawnictwo Austeria

Nazwisko nasze brzmi: Trotta. Ród nasz wywodzi się ze wsi Sipolje, w ziemi Słoweńców. Powiadam wyraźnie: ród, albowiem nie stanowimy jednej rodziny. Wieś Sipolje właściwie od dawna już nie istnieje. Wraz z kilkoma okolicznymi gminami tworzy dziś spore miasteczko. Takie wymagania stawia duch dzisiejszych czasów. Ludzie nie znoszą samotności, tłoczą się w bezdusznych skupiskach, a więc i sioła nie chcą dłużej bytować w odosobnieniu. Powstają tedy jakieś dziwaczne twory, pozbawione wszelkiego sensu; wieśniaków gna coś ku miastom, wsie za wszelką cenę pragną przeobrazić się w miasta.

Pamiętam wieś Sipolje jeszcze z chłopięcych lat. Pewnego razu zabrał mnie tam ojciec; było to siedemnastego sierpnia, w wigilię owego dnia, kiedy to we wszystkich, nawet w najmniejszych miejscowościach monarchii obchodzono uroczyście urodziny cesarza Franciszka Józefa.

W dzisiejszej Austrii oraz w dawnych „krajach koronnych” zostało już chyba niewielu ludzi, u których na dźwięk naszego nazwiska odżywają jakoweś wspomnienia. Lecz w zaginionych rocznikach starej austriacko-węgierskiej armii nazwisko nasze trwa, a wyznam szczerze, iż napawa mnie to dumą – właśnie dlatego, że owe roczniki zaginęły. Nie jestem dziecięciem obecnych czasów. O, nie! Powiem więcej: trudno mi nie deklarować siebie wprost jako wroga obecnych czasów. Nie dlatego, iżbym epoki naszej nie rozumiał, chociaż niejednokrotnie to mówię. To tylko wymówka. Ot tak – dla wygody, żeby nie uważano mnie za człowieka napastliwego, za złośliwca, zwykłem utrzymywać, iż nie rozumiem tego wszystkiego, czym gardzę i czego nienawidzę. Uważam, iż o wiele szlachetniej jest udawać głuchego, niźli przyznać się do usłyszenia wulgarnych dźwięków.

Brat mojego dziadka był tym właśnie zwyczajnym sobie podporucznikiem piechoty, który w bitwie pod Solferino uratował życie cesarzowi Franciszkowi Józefowi. Otrzymał za to szlachectwo. Przez długi czas zarówno w armii, jak i w czytankach szkolnych c. i k. monarchii nazywano go bohaterem spod Solferino. Aż w końcu – zgodnie z jego własnym życzeniem – zakrył go cień niepamięci. Wystąpił z armii. Leży pochowany na cmentarzu w Hietzingu. Na nagrobku jego widnieją te ciche a dumne słowa: „Tu spoczywa bohater spod Solferino”.

Łaska cesarza przeniosła się również i na syna bohatera. Został starostą powiatowym. Dosięgła ta łaska jeszcze i wnuka, który jesienią roku 1914 zginął jako podporucznik jegrów w bitwie pod Krasnem-Buskiem. Co do mnie, nigdy go nie widziałem. W ogóle nikogo nie znałem z uszlachconej linii naszego rodu. Wszyscy ci nobilitowani Trottowie wysługiwali się wiernie Franciszkowi Józefowi. Ojciec mój wszakże był buntownikiem. Buntownikiem i jednocześnie patriotą. Takie okazy mogły istnieć jedynie w starej monarchii austriacko-węgierskiej. Mój ojciec chciał za jednym zamachem zreformować państwo i ocalić Habsburgów. Aż nazbyt dobrze pojmował sens austriackiej monarchii. Rzecz jasna – stał się figurą mocno podejrzaną i musiał wiać. W młodocianym wieku wywędrował do Ameryki. Z zawodu był chemikiem. Ludzi tego typu bardzo w owym czasie poszukiwano w Nowym Jorku i w Chicago, a to – do wspaniale rozwijających się fabryk barwników.

Dopóki ojciec cierpiał biedę, tęsknił za jedną tylko rzeczą: za chlebem. Lecz gdy się w końcu zbogacił – zaczął tęsknić za Austrią. No i wrócił. Osiedlił się w Wiedniu. Miał pieniądze, a wiadomo, że austriacka policja lubiła ludzi z pieniędzmi. Nie tylko więc pozostawiła go w spokoju, lecz ponadto pozwoliła mu założyć nową partię słoweńską. Dwa dzienniki kupił ojciec w Zagrzebiu.

Pozyskał sobie dwóch wpływowych przyjaciół z bliskiego otoczenia następcy tronu, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Marzył o słowiańskim królestwie pod berłem Habsburgów. Marzył o monarchii Austriaków, Węgrów i Słowian. A mnie, jego synowi, niech wolno będzie wyznać na tym miejscu, iż wierzę w to, że gdyby mój ojciec żył, odmieniłby bieg dziejów. Umarł wszakże na jakieś półtora roku przed zamordowaniem Franciszka Ferdynanda. Jestem jego jedynym synem. W testamencie ustanowił mnie ojciec spadkobiercą swych idei. Nie darmo też kazał nadać mi na chrzcie imiona Franciszek Ferdynand. Ale wówczas byłem młody i głupi, żeby nie powiedzieć: lekkomyślny. W każdym razie – zielono miałem w głowie. Żyłem w owym czasie – jak to mówią – z dnia na dzień. Nie, to nie jest dokładne określenie: żyłem z nocy na noc; dnie przesypiałem.