Klasyka: Reaktywacja Czytamy

#
  • Świat Książki
    sierpień 2014
    tytuł oryginału: Up Above the World
    tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
    248 stron
    ISBN: 9788379434992

Fragment powieści Paula Bowlesa Ponad światem - jednej z dziesięciu rekomendowanych pozycji w kampanii księgarnianej Instytutu Książki Klasyka: Reaktywacja.
Fragment książki jest opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki.

Copyright © 1966, Paul Bowles
All rights reserved
Copyright © for the Polish translation by Michał Juszkiewicz, 2014

Część 1

1

Państwo Slade zasiedli do śniadania bardziej rozespani niż rozbudzeni. Ich statek stał już w porcie; słyszeli żałobny jęk syreny pokładowej, kiedy przybijał do brzegu w środku ciemnej nocy. Teraz pozostało im tylko zaokrę­tować się z bagażem. Poprzedniego wieczoru wybrali się przed snem na spacer po wyludnionym mieście; po powro­cie usłyszeli od właściciela hotelu, że mogą być spokojni: nocny stróż obudzi ich o piątej trzydzieści, a o szóstej poda­dzą śniadanie w jadalni. Dochodziła za dwadzieścia siódma. Na środku sali czarnoskóra kobieta szorowała na klęczkach i bez tego nieskazitelną drewnianą podłogę. Oprócz niej w pobliżu nie było nikogo, chociaż od strony kuchni dobie­gały przytłumione odgłosy. Ktoś, uznali, przyrządza kawę, która nareszcie postawi ich na nogi. Nie sprzątnięto jeszcze po wieczornym posiłku; przy każdym nakryciu stała mi­seczka z niedojedzonym sosem angielskim.

– Jeśli nie zdążymy na statek, to się zabiję – oznajmiła pani Slade.

– Boże... – jęknął jej mąż, po czym, jakby chciał się poprawić, dodał: – Zdążymy.

Za oknem krople rosy z porannej mgiełki kapały po liściach bananowca. Zegar nad kredensem tykał szybko i głośno. Bomba zegarowa, pomyślał doktor Slade, pa­trząc przez okno na mokrą zieleń hotelowego ogrodu.

– Nie denerwuj się – powiedział i ziewnął. – Mamy mnóstwo czasu.

Nie było to zwyczajne swobodne ziewnięcie, raczej spazmatyczny dygot, dobywający się z głębi trzewi. Dok­tor Slade odliczył do dziesięciu i zerwał się.

– Co z tą kawą, u diabła?! – zawołał z niespodziewaną furią i obrócił się gwałtownie, rozglądając się za drzwia­mi do kuchni.

Do jadalni weszła tęga kobieta o rumianej twarzy; kie­dy się zbliżyła, zauważył jej błyszczące policzki i przez chwilę myślał, że może to być żona właściciela hotelu. Wymamrotał Buenos dias, ale kobieta przywitała się po angielsku i szeroko się uśmiechnęła. Ruszył dalej śladem kuchennych odgłosów i dotarł do ich źródła, mrocznej pieczary, gdzie senny Murzyn rozniecał ogień w piecu, omiatając wachlarzykiem dymiący stosik drewna na pa­lenisku.

Cafe! Cafe! – zawołał doktor Slade.

Mężczyzna wskazał w stronę ogrodu, doktor wyszedł więc za drzwi, na gruby, ostry piasek. Rosły tu młode me­lonowce otoczone krzewami poinsecji o kwiatach jakby wyciętych z mokrej czerwonej bibuły. Zaklął i wrócił bocznymi drzwiami do jadalni, gdzie ujrzał na stole dwie parujące filiżanki z kawą. Pani Slade już nie było.

Perspektywa wypicia gorącej jeszcze kawy, chociaż jak zwykle z mlekiem skondensowanym, była zbyt kuszą­ca, by ją zignorować. Usiadł. „Mam nadzieję, że wyciecz­ka się udała”, powie, kiedy żona wróci. Albo: „Trawienie to też ważna sprawa”. Na ulicy, tuż pod oknem, wściekle ujadał pies, słychać było też przejęte uniesione głosy.         
– Gdy człowiek ma naprawdę niewiele czasu, sztuką jest właściwe spożytkowanie każdej sekundy – wyjaśniał ktoś. – Po prostu każdą rzecz, jaką ma się do zrobienia, należy wykonać w odpowiednim momencie.

Dziewczyna z kuchni przyniosła chleb na talerzu.

Hay manteąuilla?* – zapytał.

Spojrzała na niego, wzruszyła ramionami i oznajmi­ła, że sprawdzi. Zawołał za nią, aby przyniosła mu drugą filiżankę kawy, po czym zerknął na zegar: za dwanaście siódma.

W korytarzu rozległ się pospieszny stukot obcasów. Zanim zdążył odstawić filiżankę i się odwrócić, pani Slade była już przy stole. Kiedy siadała, na jej twarzy malowało się rozbawienie pomieszane z troską.

– Szalenie zabawne – powiedziała, bardziej do siebie niż do męża, i zaczęła popijać kawę, podczas gdy on cze­kał na wyjaśnienie.

Wróciła dziewczyna; masła nie było, ale przyniosła dwa talerze z szynką i jajkami.

– Co takiego? – zapytał doktor Slade, zanim zaczął jeść.

Żona, jakby go nie dosłyszawszy, ochoczo zabrała się do śniadania.

 

2

Ulica dochodziła do samego nabrzeża, skąd widać było stojący pośrodku okrągłej zatoki statek, olbrzy­mi i nieruchomy. Po lśniącej wodzie między jego burtą a brzegiem przemykała łódź motorowa z zielonym dasz­kiem. Państwo Slade czekali przed barakiem odprawy celnej.

– Dzień, mimo wszystko, zapowiada się ładnie – oznajmił doktor Slade z satysfakcją. – Ta mgła to była tylko dekoracja.

Postawił walizkę na ziemi i oparł ją o nogę.

– Stoimy tutaj i czekamy, a oni tylko patrzeć jak pod­niosą kotwicę i odpłyną, to byłoby całkiem w ich stylu – burknęła ponuro jego żona.

Roześmiał się. Gdyby naprawdę do tego doszło, prze­jąłby się znacznie bardziej niż ona, ale doświadczenie mówiło mu, że świat jest urządzony racjonalnie.

– Oby tylko umieli przyrządzać mrożone daiquiri* – odparł; wiedział, iż tego rodzaju uwaga powinna ją na chwilę uspokoić.

Mała łódź motorowa z warkotem silnika dobiła do nabrzeża. Wysiadła z niej tęga rumiana kobieta, którą wi­dzieli rano w jadalni. Jej szerokie czoło lśniło od potu. Zaczęła wymachiwać ściskanymi w dłoni papierami do dwóch umundurowanych mężczyzn stojących w pobliżu; wskazali jej barak odprawy celnej.

– Spójrz no na tę wariatkę – powiedział doktor Slade z zaciekawieniem. – To ci dopiero! Zdążyła już obrócić na statek i z powrotem.

– Zapomniała o akredytywie – wyjaśniła jego żona.

Obejrzał się na nią.

Skąd wiesz?

– Powiedziała mi. Ma bilet, ale na statku nie honorują akredytywy, więc stara się znaleźć jakiś bank i zdobyć trochę gotówki. To cała historia. Pożyczyłam jej dziesięć dolarów.

– Pożyczyłaś jej pieniądze? – wykrzyknął zgorszo­ny. Usłyszawszy, jak to zabrzmiało, zmitygował się, spró­bował zmienić ton i dokończył z dostrzegalnie sztuczną delikatnością: – Po co?

– Na pewno wszystko odda, mój drogi – odparła pani Slade takim głosem, jakim uspokaja się małe dziecko.

Kobieta szła w ich stronę i ciężko przy tym dyszała. Doktor Slade zdążył jedynie szepnąć „Nie o to chodzi”.

– Tylko proszę nie pozwolić im odpłynąć beze mnie! – zawołała i w żartobliwym geście potrząsnęła torebką z czarnej skóry.

– Och, sądzę, że ma pani czas – uśmiechnęła się pani Slade.

– Mam nadzieję – dodał jej mąż niezbyt sotto voce i z taką intonacją, iż zabrzmiało to jak „Mam nadzieję, że nie”.

– Proszę im powiedzieć, że muszą zaczekać! – krzyknęła kobieta przez ramię.

– Komiczne – prychnął doktor Slade.

– A moim zdaniem to ujmująca osoba – mruknęła pani Slade zamyślona, odprowadzając wzrokiem oddalającą się postać.

Nie odpowiedział. Wpatrywał się w spokojną zatokę i myślał, że czasami dwie bliskie osoby mogą być do­prawdy bardzo daleko od siebie. Potem, gdy podążył za tą myślą, zawiesiwszy wzrok na postrzępionej linii poroś­niętych drzewami gór, które wznosiły się nad położonym w głębi lądu portem, słowo „ujmująca” nabrało nieznane­go, niepokojącego wydźwięku.

 

3

Rejs wzdłuż wybrzeża z La Resaca do Puerto Farol trwał jedynie półtora dnia, ale pani Slade nie miała pewności, co jest w której walizce, więc musiała rozpako­wać wszystko. Zrozumiawszy, że nie zdoła powstrzymać tej operacji, doktor Slade schronił się w bibliotece, aby nie patrzeć na to, co będzie się działo. Po południu udał się na poszukiwania i odnalazł żonę nad basenem. Leżała na brzuchu na materacu, lśniąca od olejku do opalania. Ukląkł obok niej, z dumą, świadom zainteresowania in­nych zażywających słońca pasażerów.

– I jak znosisz etap drugi? – zapytał.

– Co? – Obejrzała się na niego, mrużąc oczy.

– Drugi etap Rocznicowej Wyprawy Państwa Slade – wyjaśnił.

– Aha. – Przeciągnęła się z zadowoleniem. Odczeka­ła chwilę i oznajmiła: – Właśnie miałam ci powiedzieć. O szóstej jesteśmy umówieni na drinka z panią Rain– mantle. W barze na dole.

Doktor Slade nie posiadał się ze zdumienia.

– Po co? – zapytał, ale żona spojrzała tylko na niego i oznajmiła:

– Nie musisz przychodzić.

Wstał.

– Nie muszę?

Niespiesznie przeszedł na rufę, oparł się o barierkę i spojrzał w dół na spieniony niczym mydliny kilwater. Daleko na horyzoncie cumulusy pochylały się w szeregu jak krzywe kolumny. Poczuł się nagle bardzo samotny. Długo przypatrywał się majaczącym w oddali pochyłym wieżom chmur. Przed podróżą udał się do lekarza i pod­czas badania zmusił się do poruszenia tego tematu.

– Mogłaby być moją córką. Na dobrą sprawę nawet wnuczką – powiedział lekarzowi, a ten się zaśmiał.

– Nie zaszkodzi o tym pamiętać – odparł.

W końcu ruszył znów przed siebie, najbliższymi scho­dami wszedł na pokład szalupowy i okrążył go osiem razy.

Kiedy zjawili się w barze, zastali tam już panią Rainmantle: siedziała na wysokim stołku ubrana w tę samą co rano luźną sukienkę z szarego jedwabiu. Włosy miała po­targane i sztywne. Kiepsko, pomyślał doktor Slade; chęt­nie wyjąłby chusteczkę i otarł jej czoło z tłustego potu. Czuł, że powinien się nią zająć, jak dzieckiem, któremu trzeba wyczyścić nos.

Kiedy ich szklanki z Ponczem Plantatorów wylądowa­ły już bezpiecznie na stoliku w kącie, doktor Slade strząsnął z klapy marynarki kroplę wody i zagadnął:

– Czy bank okazał się pomocny? – Zauważył wściekłe spojrzenie żony.

– O, nie! Niepotrzebnie tam poszłam – oświadczyła beztrosko pani Rainmantle.

– Chce pani powiedzieć, że był zamknięty? – zapytał doktor Slade, mrużąc oczy.

Zdawał sobie sprawę, że jego żona raz po raz wykonu­je dyskretne gorączkowe ruchy, by zwrócić jego uwagę, ale nie zamierzał na nią patrzeć.

Pani Rainmantle uśmiechnęła się z roztargnieniem i pociągnęła zdrowo ze swojej szklanki.

– Owszem, był otwarty, ale nie chcieli mi pomóc.

– Co?! – wykrzyknął. – Wydawało mi się, że konsul zdoła coś załatwić, jeśli go pani powiadomi. – (Czyżby? – pomyślał i odpowiedział sam sobie: Pewnie nie, gdyby się pani dobrze przyjrzał).

– Widziałam się z nim – wyjaśniła. – Był przesympa­tyczny, ale uznał, że nie może wziąć na siebie odpowie­dzialności. Nie miałam przy sobie karty identyfikacyjnej. Okazałam paszport i listy... – Zawiesiła głos, rozpamiętu­jąc szczegóły swojego niepowodzenia.

Pani Slade roześmiała się. Ulżyło mu. Grzeczna dziewczynka, pomyślał, z nieśmiałą nadzieją, iż przecho­dzi jej złość. Zrozumiał swoją pomyłkę, gdy nie przesta­jąc się śmiać, przelotnie na niego spojrzała.

Zamówili jeszcze po drinku. Kiedy rozmawiali, pani Rainmantle poprosiła stewarda na stronę i zanim Slade’owie zdążyli się zorientować, podpisała rachunek.

– Zaprosiłam państwa, to oczywiste – oznajmiła po królewsku, czym skutecznie ich uciszyła.

Wstała.

– Zamierzam zażyć tej cudownej gorącej kąpieli sol­nej. Do zobaczenia niebawem.

– Ach – westchnął doktor Slade, a gdy odeszła od sto­lika, usiadł. – No cóż, nie było to dziesięć dolarów.

Po kolacji wybrali się na pokład spacerowy; wiał cie­pły wiatr, jasno świecił księżyc.

– Jak możesz zarzucać mi nieuprzejmość? – zawołał. – Czy istnieje jakaś przyczyna, która nakazuje mi obcho­dzić się z tą kobietą jak z jajkiem?

Jego żona wsparta o barierkę błądziła wzrokiem po roz­migotanym bezmiarze oświetlonej blaskiem księżyca wody.

– Tak! Owszem! – odparła cicho, lecz z pasją. – Istnie­je! Ja przy twoich przyjaciołach zawsze się staram.

– Przy przyjaciołach, tak, ale czy ona jest przyjacie­lem?

– Widziałeś, że jestem z nią w przyjaznych stosun­kach.

Milczał przez chwilę. Stanowczo za bardzo się tym przejmuję, pomyślał.

– Jak my się w to wpakowaliśmy? – zapytał.

Potem roześmiał się, chwycił żonę za rękę i odciągnął od barierki. Ruszyli przed siebie.

– To się już nie powtórzy – obiecał, ściskając jej dłoń.

Później, gdy tańczyli, wypatrywał pani Rainmantle, aby tym łatwiej móc jej unikać, ale nie było jej wśród gości baru Bahia.

Kiedy statek zawijał do portu Puerto Farol, kropił bardzo drobny deszcz, który zamazywał zarysy stromych gór, pnących się wzwyż, by zniknąć w ogromnym, ciężkim niebie. Jeszcze zanim rzucono kotwicę, doktor Slade usły­szał niosące się od lądu nawoływanie niezliczonych żab. Dla pasażerów pragnących obejrzeć stele w San Ignacio zorganizowano wycieczkę na brzeg.

– Czy może być coś tak namacalnie przygnębiającego jak widok wielu ludzi zgromadzonych w jednym miej­scu? – zapytała pani Slade. – Dzięki Bogu, że opuszcza­my już tę arkę.

Stali przy barierce i spoglądali na ląd; pani Slade lek­ko skinęła głową do tyłu, w stronę pasażerów zgromadzo­nych za nimi.

Tatku, czy są tutaj rekiny? – Stojąca obok doktora Slade’a mała dziewczynka z warkoczykami wskazała pal­cem w dół. – Są, tatku?

Ponieważ nikt nie zwracał na nią uwagi, doktor Slade odpowiedział rzeczowo:

– Oczywiście, że są, moja droga.

– Nie słuchaj tego pana, kochanie – wtrąciła pani Slade. – On tylko żartuje.

Doktor Slade roześmiał się.

– Zobaczymy, co się stanie, jak tam wpadniesz.

Dziecko spojrzało na niego, później na jego żonę i cof­nęło się od barierki.

– Dlaczego jesteś taki podły? – zapytała pani Slade. – Po co straszysz tę biedulkę?

Doktor Slade zniecierpliwił się.

– Prosiła o informację i ją dostała – uciął.

Podniósł do oczu lornetkę i zaczął badać nadmorski las palmowy; chwilę wcześniej zauważył nadchodzącą panią Rainmantle i miał nadzieję uniknąć witania się z nią; jego najgorętszym życzeniem było nie płynąć na brzeg w jej towarzystwie. Udając, że patrzy w lornetkę, kątem oka dostrzegł, iż przecisnęła się przez tłum i stanęła przy barierce w pewnej odległości, bliżej rufy, Odetchnął z ulgą.

 

4

Stali przy kontuarze w hallu i nasłuchiwali niosącego się zewsząd szumu deszczu; lało teraz jak z cebra. Męż­czyzna za kontuarem raczył się mango. Z jego bujnych wą­sów zwisały krótkie włókienka owocowego miąższu, które wyglądały jak wijące się nad wargą małe żółte robaki.

Pues si, senores* – podjął, nie otarłszy ust. – Pociąg do stolicy odchodzi codziennie rano, o szóstej trzydzieści, ale w samym Puerto Farol także można niejedno zoba­czyć.

Doktor Slade wyjrzał przez drzwi na werandę zasta­wioną połamanymi wiklinowymi meblami; za kurtyną ulewnego deszczu pryskającego przez próg rozciągał się opustoszały ogród. Nagle pojawił się olbrzymi ptak urubu i niezdarnie usiadł na niepomalowanej desce służącej za balustradę. Przez chwilę doktor myślał, że spadnie, bo chwiał się, podobny do przypalonej kuli pogniecionych gazet, potem jednak odzyskał równowagę, złożył skrzy­dła i skłonił na pierś nagą czerwonawą głowę.

Mężczyzna za kontuarem dłubał palcem w nosie i mó­wił dalej.

– Niedaleko stąd, tylko trzydzieści dwa kilometry, jest miasteczko Paraiso z ruinami San Ignacio. Bardzo cieka­we. W środku dżungli, olbrzymie kamienie, z wyrzeźbio­nymi twarzami. Takimi, że ma się potem koszmary!

Parsknął śmiechem, który przerodził się w kaszel, po czym nie ruszając się z miejsca, splunął wprost na podłogę, odprowadził wzrokiem spadającą kulę flegmy, a następnie roztarł ją podeszwą, co wyglądało jak solowy numer taneczny.

Sabe lo que son laspesadillas?* – zapytał.

– Tak, tak, oczywiście – zapewnił doktor Slade. – Ju­tro rano chcemy pojechać tym pociągiem i potrzebujemy co najmniej trzech ludzi do pomocy przy bagażu. Chcia­łem od razu pana o tym poinformować.

– Fantastyczne! – zawołała pani Slade i obejrzała się na męża. – Takie duże miasto i ani jednej taksówki!

– Takie duże miasto tylko z tym jednym hotelem – od­parował. – Odległość to nic, piętnaście minut na piechotę. Ale, na Boga, musimy tutaj zanocować. I zjeść też musi­my tutaj. Taksówką martwię się najmniej.

Mężczyzna za kontuarem obierał kolejne mango; po hallu rozszedł się cierpki aromat przypominający zapach lakieru.

Mango bueno? – Pani Slade bardzo słabo znała hisz­pański.

Regular* – odpowiedział, nie podnosząc oczu.

Wyszli na werandę; urubu nawet nie drgnął. Powietrze

pachniało kwiatami, a za szumem deszczu wisiał gobelin niemilknących owadzich odgłosów. Usiedli na wysłu­żonych wiklinowych fotelach bujanych i wpatrzyli się w oślepiającą wodnistą szarość południowej godziny. Od czasu do czasu nieopodal rozlegało się niezwykle głośne pianie koguta.

– Przed obiadem chyba się przebiorę. Czuję się prze­moczona i brudna – oświadczyła pani Slade.

– Przynajmniej dostaliśmy dobry pokój – odparł dok­tor Slade z satysfakcją.

Zaśmiała się szyderczo; uznał, że chodzi o użycie sło­wa „dobry”.

– Na obiad będzie ryż i fasola, zobaczysz – dodał. – Ale tobie to, oczywiście, smakuje. – Spojrzał na żonę po­błażliwie.

– Ależ ja mam szczęście! – odpowiedziała z uśmie­chem i lekko się zakołysała na fotelu, który niebezpiecz­nie zatrzeszczał.

Na skraju pustego placu ukazał się niewielki samo­chód. Jechał ostrożnie, omijając co głębsze kałuże, aby zatrzymać się tuż przed nimi, u stóp schodów wiodących na werandę. Siedzący na balustradzie urubu sfrunął z ba­rierki i zniknął im z oczu, drzwi samochodu się otworzyły i doktor Slade zobaczył to, co – jak sobie powiedział – spodziewał się zobaczyć: czerwone policzki i siwą, wy­soko upiętą koafiurę pani Rainmantle wysiadającej z ma­łego sedana. Kobieta skinęła kierowcy głową, zatrzasnęła drzwi i wbiegła na schody, zdyszana i przemoczona. Gdy zauważyła państwa Slade, jej zaaferowanie ustąpiło miej­sca zdumieniu i radości. Doktor Slade powoli wstał i wy­ciągnął rękę.

– Tylko proszę mi nie mówić, że uciekły państwu wszystkie trzy autobusy do San Ignacio! – zawołała. – Można?

Opadła na jego fotel; doktor Slade spojrzał na nią apa­tycznie, jakby miał ulotną nadzieję, iż mebel rozpadnie się pod ciężarem. Fotel okazał się jednak, wbrew pozo­rom, wytrzymały.

– Ach, oczywiście. Zapomniałam. Państwo tutaj wy­siadają, prawda? – Ścisnęła dłońmi mokre włosy, a po twarzy spłynęły jej strumyczki deszczówki.

– Przemokła pani do suchej nitki – zauważyła pani Slade.

– Chyba do kości – zaśmiała się pani Rainmantle.

Pani Slade obejrzała się za samochodem, który prze­dzierał się przez błoto po drugiej stronie miejskiego ogrodu.

– Przyjechała pani taksówką?

– Przywiózł mnie konsul brytyjski. Kolejne kłopoty. Nie chcą wydać bagażu ze statku. Nieuregulowany rachu­nek w barze. Proszę mi o tym nawet nie wspominać.

– Ha! – powiedział doktor Slade przechadzający się niespiesznie przed dwiema paniami.

– Moim zdaniem bardzo dziwnie to wygląda – oznaj­miła powściągliwie pani Slade, po czym dodała: – A więc wysiada pani tutaj, w Puerto Farol?

Pani Rainmantle zaśmiała się.

– Oczywiście, wysiądę tutaj. Konsul załatwi wszyst­ko jeszcze dziś po południu. Gdyby tylko mój syn mógł się ze mną spotkać... Nie trzeba by wcale... – Kichnęła potężnie.

Pani Slade wstała.

– Jest pani przemoczona i nie ma się w co przebrać. Tak nie może być.

– Wiem. To nie do przyjęcia.

– Zastanawiałam się właśnie... – zaczęła pani Slade niepewnie.

– Litości! – roześmiała się pani Rainmantle. – Pani, taka drobinka, z taką talią? Przenigdy! Niczego pani nie znajdzie.

Pani Slade wahała się jeszcze przez chwilę.

– Przeciwnie – oznajmiła nagle. – Zapraszam. Mam coś w sam raz. Naprawdę.

Po serii żartobliwych protestów pani Rainmantle po­zwoliła się zaprowadzić na górę, a doktor Slade zasiadł z powrotem w fotelu, którego jej ustąpił. Deszcz słabł, mechaniczne głosy owadów w koronach drzew stały się głośniejsze. Doktor Slade siedział, patrząc prosto przed siebie. Zza rogu werandy wyszedł chudy jak szkielet, nie­mal całkowicie wyliniały kot i wyciągnął się u jego stóp. Doktor od czasu do czasu bębnił palcami po poręczy fo­tela, a raz powiedział z niedowierzaniem, głosem ciężkim od obrzydzenia: Niech mnie diabli.

 ***

Hay manteąuilla? – Czy jest masło? (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza, a objaśniane w nich zwroty obcojęzyczne są hiszpańskie).
Daiquiri – koktajl z rumu i soku z limety lub cytryn brzeża.
Pues si, senores
– No więc tak, panowie.
Sabe lo que son las pesadillas? – Wie pan, co to są kosz­mary?
Mango bueno?
Regular – Mango dobre? – Zwyczajne.