Klasyka: Reaktywacja Czytamy

#
  • W.A.B.
    lipiec 2014
    tłumaczenie: Jolanta Kozak
    tytuł oryginału: A House and Its Head
    320 stron
    ISBN: 9788328014008

Fragment powieści Dom i jego głowa Ivy Compton-Burnett - jednej z dziesięciu rekomendowanych pozycji w kampanii księgarnianej Instytutu Książki Klasyka: Reaktywacja.
Fragment książki jest opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.

Copyright © 1935 by Ivy Compton-Burnett
All rights reserved
Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV
Copyright © for the Polish translation by Jolanta Kozak, MMXIV



– Czy dzisiaj nie jemy śniadania? – spytał Duncan.

– Co mówiłeś, stryju?

– Powiedziałeś, ojcze, że nie będzie śniadania?

Duncan wsunął dłonie pod marynarkę, rozstawił nogi i przyjrzał się własnym stopom.

– Mama na pewno zaraz zejdzie – powiedziała Sibyl, podsumowując sytuację, zanim o tym pomyślała.

– Punktualność waszej matki jest raczej wadą niż zaletą – stwierdził jej ojciec tonem niemal rozbawionym – jeżeli najpierw uczeni jesteśmy całkowicie na niej polegać, a potem zostajemy wystrychnięci na dudka.

– Wystrychnięci na dudka po dwudziestu latach – dodała Nance. – To zniewaga, na jaką nie mieliśmy okazji się uzbroić.

– Należałoby raczej dążyć do konsekwentnej niepunktualności, skoro i tak nikt nie może być zawsze punktualny – mruknął półgłosem Duncan.

– Mama nie czuła się dobrze wczoraj wieczorem, ojcze. Może wcale nie zejdzie.

– Nie czuła się dobrze? – spytali Grant i Sibyl.

– Nie, nawet bardzo źle – odpowiedziała Nance, patrząc na ojca. – Siedziałyśmy przy niej z Cassie, aż usnęła.

Duncan zakołysał się lekko w tył i w przód, majtając dłońmi w okolicach kieszeni.

– Ojcze, chciałabym, żebyś mi odpowiedział.

– Pytałaś mnie o coś?

– Ludzie na ogół komentują wiadomość o czyjejś chorobie.

– Cóż, skomentuję ją w sposób typowy – odrzekł Duncan, prawie miło. – Jak się miewa wasza matka dzisiaj rano?

– Nie miałam nowin, nie wiem, ojcze. Dopiero teraz przypomniało mi się, że źle się czuła.

Duncan zatrzymał wzrok na córce, unosząc wolno brwi.

– Pójdę sprawdzić, jak się czuje, ojcze.

Duncan powoli obrócił za nią głowę, a jego brwi pozostały uniesione.

– Może chcesz, żebym raczej ja poszedł, Nance? – zaoferował się Grant.

– To zmartwienie Nance – pouczył go stryj, którego głos zdawał się naśladować ruch brwi. – To w jej wyobraźni tkwi cały kłopot. Możesz powiedzieć swojej matce, Nance, że jej oczekujemy.

– Nie w tych kategoriach zasięgnę informacji o stanie jej zdrowia, ojcze.

– Pani widziała wczoraj wieczór moją żonę, panno Jekyll? – zapytał Duncan, bez wysiłku ciągnąc temat. – Nic jej nie dolega, prawda?

– Coś jej dolega, nie wiem jednak, jak bardzo.

– Zapewne nic, inaczej by pani wiedziała – podsumował Duncan, zawieszając głos na swobodnej nucie.

Zapadło milczenie.

– Ludzie nie zdają sobie sprawy w tego, jak przykrą sytuację stwarzają tego rodzaju lekceważeniem – odezwał się Duncan, popatrując na zegarek.

– Mogą ich absorbować inne sprawy – powiedziała Cassie.

– Może mama czuje się tak źle, że nie może zejść – wyraziła przypuszczenie Sibyl.

– Tak źle, że nie może zejść? Gdy osoby… córki, świadome tego, że nie czuła się dobrze, nawet nie zadały sobie trudu, aby zapytać o jej zdrowie?

– Może życzy sobie, aby przyniesiono jej na górę śniadanie na tacy – włączył się Grant.

– Z pewnością by sobie tego zażyczyła, gdyby istotnie było tak, jak powiada Nance.

– Dlaczego Nance miałaby fałszywie dowodzić, że ciotka Ellen niedomaga?

Duncan tylko uniósł brwi i gwałtownie rozłożył ręce.

– Przecież nie ma z tego żadnej korzyści.

– Zapewne może nam wytknąć w ten sposób, że jesteśmy bez serca, samolubni i co tam jeszcze. Chociaż nawet na tym polu nie okazała zbytniej pewności – rzekł Duncan, podśmiewając się, jakby nie mógł pohamować rozbawienia.

Nance powróciła do jadalni.

– Mama wcale nie czuje się lepiej. Mówi, że chyba zostanie w łóżku.

– Nie jest tego pewna? – spytał Duncan.

– Owszem, ojcze, jest pewna. Mogłam ująć to inaczej.

Duncan omiótł ją spojrzeniem i podszedł do drzwi.

– Ellen! Ellen! Kiedy wreszcie zejdziesz? Wiesz, że na ciebie czekamy? – zawołał i dodał: Mam wrażenie, że moje słowa do niej nie docierają.

– To raczej słowa mamy nie dotarły tutaj. Ojcu wystarczyłoby pofatygować się na górę, to tylko jedno piętro.

– Coś ty powiedziała, Nance? – spytał Duncan, oglądając się.

Nance powtórzyła swoją wypowiedź, czym skłoniła ojca jedynie do przyjęcia poprzedniej pozycji.

– Czy ciocia Ellen naprawdę jest chora? – zaniepokoił się Grant.

– Ma zmienioną twarz i mówi, że nie może jeść.

– Zadbajmy jednak o to, żeby zanieść jej, chociaż na próżno, tacę na górę.

– Ja wszystko przygotuję – zgłosiła się Sibyl, podchodząc do kredensu.

Do pokoju wrócił Duncan.

– Zejdzie za parę minut – oznajmił jakby nigdy nic.

– Ojcze, ale czy ona czuje się na siłach? Czy nie użyłeś zbyt silnej perswazji?

– A więc nadal nie jesteś pewna własnej opinii o jej stanie zdrowia?

– Czy nie użyłeś zbyt silnej perswazji, ojcze?

– To jest bezpieczna połowa pytania. W ogóle nie stosowałem perswazji. Nie mam zwyczaju niczego nikomu perswadować. Zawołałem na nią, zapytałem, dlaczego nie schodzi, na co ona odpowiedziała: „Za parę minut”.

– Mam nadzieję, że zdoła to zrobić.

– A więc nie jesteś przekonana, że zdoła? – odparował Duncan, patrząc na Nance dość zaczepnie. – To tylko dowodzi, jak mało znaczą twoje słowa.

– Wolałabym, żeby i jej słowa coś znaczyły w tym domu, ojcze.

– Ja też bym wolał – rzekł Duncan i odwrócił się do Sibyl. – Moje dobre dziecko, błagam cię, przestań gmerać przy tej tacy. Słyszałaś przecież: matka powiedziała, że zejdzie. Czy zmysły odmawiają ci posłuszeństwa?

Ellen weszła do pokoju i skierowała się ku swemu miejscu przy stole, skupiając najwyraźniej całą uwagę na zadaniu dotarcia tam – nawet drzwi za sobą zostawiła otwarte.

– Mamo, jesteś chora? – spytała Sibyl, a Grant poszedł zamknąć drzwi.

– Nie możecie się jakoś do tego przekonać, co? – spytał Duncan, nie patrząc na żonę.

– Szykowałam dla ciebie tacę, mamo.

– No właśnie – rzekł Duncan, tłumiąc śmiech. – I dobrze, że się do tego przyznajesz. Twoja matka nigdy by się tego sama nie domyśliła, skoro, jak wiesz, taca wcale nie była potrzebna.

Spojrzał spod oka na Ellen.

Ellen patrzyła na tacę tak, jakby pragnęła ją otrzymać, i wydawało się, że chce coś powiedzieć, lecz nie odezwała się.

– No, skoro nasza wagarowiczka dotarła, możemy zaczynać – oznajmił Duncan. – Ludzie, którzy odmawiają śniadania, na ogół marzą o solidnym, tak mnie uczy doświadczenie. To najwyraźniej jeden z objawów ich stanu.

Ellen popatrzyła na męża i, całkiem niezgodnie ze swoim obyczajem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, zalała się łzami.

Duncan w skupieniu operował nożem i widelcem, trzymając wzrok spuszczony. Sibyl wstała i objęła matkę, która niemal gwałtownie spróbowała się wyswobodzić.

Duncan zmienił talerz, zdecydowawszy się na inne danie.

– O której godzinie będziesz gotowa, aby wyjść do kościoła, moja żono? – zapytał, okraszając incydent zdawkową czułością.

Ellen posłała mu krótkie spojrzenie, walcząc z łzami.

– Mama idzie oczywiście do łóżka, ojcze – powiedziała Nance. – Już jest gotowa.

– To dlaczego nie idzie? – spytał Duncan, nakładając sobie.

– Bo jej to uniemożliwiasz, ojcze.

Duncan dramatycznie rozłożył ręce, wstał od stołu tak, że aż nim zatrząsł, i wielkimi krokami pomaszerował do drzwi.

– Ojcze, rozlałeś kawę! – upomniała go Sibyl.

Duncan gestem wydał polecenie Bethii, nie oglądając się nawet na stół, i poszedł sobie.

– Każde niedzielne śniadanie wydaje się gorsze od poprzedniego – zauważyła Nance – ale dzisiaj chyba osiągnęliśmy już szczyt.

– Taka jestem niemądra, chciałabym nie być taka głupia – szlochała Ellen, używając słowa obcego swoim ustom.

– Sibyl, poślij kogoś, aby przygotował pokój mamy.

– Mama woli, żebym została z nią tutaj. Niech idzie ktoś inny.

Ellen ujęła obydwie córki za ręce i zaczęła mówić, płacząc jednocześnie:

– Trudno, niech ojciec mówi, co chce: muszę dziś zostać w domu. Każdy musi czasami zachorować. Ja chorowałam w swoim życiu mniej, niż powinnam, ponieważ ojciec nienawidzi choroby. Muszę być czasem jak wszyscy inni ludzie. Ten dom musiał być zawsze taki odmienny od wszystkich innych domów; ostatnio jednak czuję, że to mnie przerasta, cała ta inność.

Cassie dała Grantowi znak, aby zaniósł polecenie służbie, i Ellen została odprowadzona do łóżka. Ustalono, że do kościoła pójdą Grant i Sibyl, Nance natomiast zostanie z matką. Cassie miała, jak zwykle, udać się do własnej rodziny. Kwestii konsultacji z Duncanem nie wzięto pod uwagę.

Duncan zjawił się w holu o tradycyjnej porze. Widząc osoby mające mu towarzyszyć domyślił się, jak sprawy stoją, i sięgnąwszy po kapelusz, wymaszerował z domu tak nagle, że córkę i bratanka zostawił z tyłu. Dogonili go biegiem, a wówczas on zatrzymał się i obejrzał.

– Nance nie idzie z nami do kościoła, ojcze. Zostaje z mamą.

Duncan nie zmienił pozycji, wpatrując się uporczywie w jakiś obiekt, o którym towarzyszący mu nie mieli pojęcia.

– Ty jednak doszłaś do wniosku, że możesz matkę zostawić, tak? – spytał, odwracając się, aby podjąć marsz.

Sibyl nie wiedziała, co odpowiedzieć.

– Niedobrze, żeby zbyt wiele osób kręciło się wokół chorej – powiedział Grant. – Nance ma posłać po doktora, jeżeli uzna, że zachodzi taka potrzeba.

– Jakiego doktora? – spytał, po pauzie, jego stryj.

– Oczywiście Smolletta, stryju. A jaki tu jest inny doktor?

– Przypuszczam, że jest ich wielu. Smolletta akurat bym nie wybrał, widząc powody do zaniepokojenia.

– A kogo byś wybrał?

Duncan zanucił pod nosem.

– Ta informacja na nic by ci się nie przydała – odparł po chwili, jakby odpowiedź nasunęła mu się po namyśle.

– Nigdy nie było u nas innego lekarza, ojcze.

– Nigdy też nie było u nas takiego teatru paniki. Jeżeli są po temu powody, to Smollett się nie nadaje. Jeżeli jednak to tylko teatr, z czym zdajesz się zgadzać, to wystarczy.

Zapadło milczenie.

– Cóż, czasem musicie narobić trochę szumu wokół czegoś – rzekł Duncan z tolerancyjną rezygnacją. – Żyje wam się zbyt gładko i łatwo, byście to uszanowali.

– Smollett to mądry człowiek – powiedział Grant. – Nigdy nie rozumiałem, dlaczego tkwi na wsi.

– Tą drogą rozumowania nie wyjdziesz z impasu, Grant. Gdyby jego zdolności przekraczały pewien pułap, nie siedziałby na wsi.

– A ty sam, stryju, jak znalazłeś ciocię Ellen?

– Odniosłem wrażenie – odparł Duncan po ledwo dostrzegalnej pauzie – że byłoby dla niej lepiej, gdyby pozostała w otoczeniu nas wszystkich, pod obserwacją, tak abyśmy w razie potrzeby mogli posłać po właściwą osobę.

– Trudno byłoby nam prowadzić obserwację w kościele