Klasyka: Reaktywacja Czytamy

#
  • Lokator
    październik 2014
    tłumaczenie: Anna Tatarkiewicz
    128 stron
    ISBN: 978-83-63056-17-9

Fragmentu powieści Georges'a Pereca Rzeczy - jednej z dziesięciu rekomendowanych pozycji w kampanii księgarnianej Instytutu Książki Klasyka: Reaktywacja. Fragment jest opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Lokator.

Copyright: wydawnictwo Lokator

Jerôme miał dwadzieścia cztery lata, Sylvie dwadzieścia dwa. Oboje byli psychosocjologami. Praca ta, nie będąc w całym tego słowa znaczeniu zawodem, polegała na przeprowadzaniu wywiadów, różnymi technikami, na różne tematy. Była to robota trudna, wymagająca wysiłku nerwowego, ale dość interesująca, nieźle płatna i pozostawiająca wiele cennego wolnego czasu.

Jak prawie wszyscy ich koledzy, Jerôme i Sylvie stali się psychosocjologiami z potrzeby, nie z wyboru. Nie wiadomo zresztą, dokąd zwiodłyby ich samorzutne skłonności, całkowicie nijakie. Historia raz jeszcze dokonała za nich wyboru. Chcieliby oczywiście, jak wszyscy inni, poświęcić się czemuś naprawdę, czuć w sobie jakąś nieodpartą potrzebę, którą nazywaliby powołaniem, ambicją stanowiącą bodziec działania, pasję, która wypełniałby ich bez reszty. Niestety, znali tylko jedną namiętność: dobrobyt, i ona wyczerpywała ich możliwości. Jako studenci tak się zlękli perspektywy, jaką otwierał dyplom – posada w Nogent-sur-Seine, w Château-Thierry czy Étampes – że gdy tylko się poznali (Jerôme miał wówczas dwadzieścia jeden lat, Sylvie dziewiętnaście), niemal bez porozumienia porzucili ledwo co rozpoczęte studia. Nie pożerała ich żądza wiedzy; bardziej prozaicznie i nie ukrywając przed sobą, że zapewne błądzą, że prędzej czy później przyjdzie im tego żałować, odczuwali potrzebę większego pokoju, bieżącej wody, natrysku; posiłków bardziej urozmaiconych czy bodaj obfitszych niż w stołówkach uniwersyteckich, może samochodu, płyt, wakacji, ubrań.

Od paru lat zapoczątkowano we Francji sondaż rynku. Tego roku badania były w rozkwicie. Co miesiąc powstawały nowe agencje zaczynające od zera lub gdzieś blisko tego. Nietrudno tam było o pracę. Najczęściej trzeba było chodzić do parków, pod szkołę w chwili zakończenia lekcji albo do podmiejskich osiedli, rozpytywać panie domu, czy zauważyły jakiś nowy artykuł lansowany przez reklamę i co o nim myślą. Za takie błyskawiczne sondaże zwane testingami albo mikroankietami płacono po sto franków. Niewiele, ale jednak zawsze lepiej niż za pilnowanie dzieci, czuwanie nocami przy chorych, zmywanie, wszystkie te bzdurne zajęcia: rozdawanie prospektów, adresowanie kopert, jakieś robótki przy montowaniu programów reklamowych TV, pokątna sprzedaż uliczna, groszowe korepetycje, tradycyjnie zastrzeżone dla studentów. A poza tym, młody wiek agencji, ich stadium nieomal chałupnicze, nowość metod, prawie zupełny brak kwalifikowanych pracowników – wszystko to pozwalało żywić nadzieję na szybki awans, zawrotną karierę.

Kalkulacja ich okazała się nienajgorsza. Przez parę miesięcy wypełniali ankiety. Potem trafił się pewien dyrektor agencji, który, przyciśnięty do muru, zawierzył im. Wyruszyli na prowincję z magnetofonem pod pachą; paru współtowarzyszy, ledwo starszych, wtajemniczało ich w technikę, prawdę powiedziawszy łatwiejszą, niż się to na ogół przypuszcza, wywiadów „otwartych” i „kierowanych”; nauczyli się skłaniać innych do mówienia, odmierzając zarazem własne słowa; potrafili wśród wahania, pełnego konsternacji milczenia, nieśmiałych aluzji odkrywać drogi prowadzące do celu; posiedli tajemnicę owego uniwersalnego „hm”, iście magicznej intonacji, którą przeprowadzający wywiad punktuje słowa badanego, wzbudza w nim ufność, wyraża zrozumienie, zachęca, zapytuje, czasem – grozi.

Wyniki ich były godne uznania. Poszli dalej przetartym szlakiem. Połapali, zewsząd po trochu, strzępy socjologii, psychologii, statystyki; przyswoili sobie słownik i styl, chwyty robiące dobre wrażenie; jeśli idzie o Sylvie – pewien sposób wkładania lub zdejmowania okularów, pewien styl notowania, kartkowania raportu, pewien sposób mówienia, wtrącania w trakcie rozmowy z szefami tonem z lekka pytającym powiedzonek w rodzaju: „nieprawdaż?”, „myślę, że może”, „do pewnego stopnia”, „to pytanie”, pewien sposób cytowania w odpowiednim momencie Wrighta Millsa, Williama White’a albo, jeszcze lepiej, Lazarsfelda, Cantrila lub Herberta Hymana, z których nie przeczytali nawet trzech stron.

Wykazali znakomity talent w opanowywaniu tych nieodzownych umiejętności, stanowiących „abc” zawodu, i ledwo rok po pierwszych kontaktach z sondażem powierzono im odpowiedzialne zadnie, jakim jest „analiza materiału”, była to funkcja związana bezpośrednio z dyrekcją, zastrzeżona dla stałych pracowników, funkcja najwyższa, a więc najlepiej płatna i tym samym najszacowniejsza w całej hierarchii. W ciągu następnych lat utrzymywali się na tych szczytach.

I przez cztery lata, może dłużej, badali, ankietowali, analizowali. Dlaczego pewien typ odkurzacza „nie idzie”? Co w skromniejszych środowiskach myślą o cykorii? Czy purée w proszku cieszy się powodzeniem i z jakich powodów? Bo jest lekkostrawne? Bo jest jak masło? Bo taka wygoda – jeden ruch ręki i gotowe? Czy naprawdę wózki dziecięce mają opinię drogich? Czy ludzie nie są skłonni do wyrzeczeń dla dobra milusińskich? Na kogo Francuzka odda swój głos? Czy sery w tubce cieszą się powodzeniem? Czy jesteście za czy przeciw komunikacji publicznej? Na co przede wszystkim zwracamy uwagę pijąc jogurt: na kolor? gęstość? smak? zapach? Czy pan (pani) czyta – dużo? trochę? wcale? Czy chodzi pan (pani) do restauracji? Czy chciałaby pani wynająć pokój czarnoskóremu? Co ludzie myślą, tak naprawdę, o sytuacji emerytów? Co myśli młodzież? Co myślą pracujący? Co myśli kobieta trzydziestoletnia? Co myślicie o wakacjach? Gdzie spędzacie wakacje? Co myślicie o mrożonkach? Jak pan (pani) sądzi, ile może kosztować taka zapalniczka? Czego pan (pani) wymaga od materaca? Czy może mi pan (pani) powiedzieć, jak wygląda amator pasztetów? Co pani myśli o swojej pralce? Czy jest pani z niej zadowolona? Czy nie za bardzo pieni? Czy dobrze pierze? Czy nie drze bielizny? Czy wolałaby pani pralkę z suszarką? Jak przedstawia się bezpieczeństwo w kopalni? Skłonić badanego do mówienia; zapytać o przykłady znane z własnego doświadczenia, widziane na własne oczy. Czy sam był kiedy ranny? Jak do tego doszło? A syn, czy będzie górnikiem jak ojciec, czy też kimś innym?

Było: pranie, susząca się bielizna, prasowanie. Gaz, elektryczność, telefon. Dzieci. Ubrania i bielizna. Musztarda. Zupy w proszku, zupy w konserwie. Włosy: jak je myć, farbować, pielęgnować, co robić, aby błyszczały. Studenci, paznokcie, syrop na kaszel, maszyny do pisania, nawóz sztuczny, traktory, czas wolny od pracy, podarki, papiery, białko, polityka, autostrady, napoje alkoholizowane, wody mineralne, sery i konserwy, lampy i firanki, ubezpieczenia i ogrodnictwo.

Nic, co ludzkie, nie było im obce.

Po raz pierwszy zarobili trochę pieniędzy. Praca im się nie podobała; jakże miałaby im się podobać? Nie nudziła ich też za bardzo. Mieli wrażenie, że niemało się przy niej uczą. Pracując, zmieniali się z roku na rok.

To były ich wielkie dni. Nie mieli nic. Zaczęli odkrywać bogactwo świata.

Przez długi czas byli idealnie anonimowi. Ubierali się jak studenci, to znaczy źle. Sylvie miała jedną jedyną spódnicę, brzydkie swetry, sztruksowe spodnie, budrysówkę. Jerôme – wyszmelcowaną kurtkę, konfekcyjne ubranie, nędzny krawat. Z rozkoszą pogrążali się w angielskiej modzie. Odkryli wełny, angielskie bluzki, koszule od Douceta, jedwabne szaliki, wełny: tweed, lambswool, casmere, vicuna; skórę i jersey, len i wreszcie hierarchię obuwia: od Churchsa do Westona, od Westona do Buntinga, od Buntinga do Lobba.

Marzeniem ich była podróż do Londynu. Dzieliliby swój czas między National Gallery, Saville Row i pewien pub przy Church Street, po którym Jerôme zachował tkliwe wspomnienia. Ale nie byli jeszcze na tyle zamożni, aby od stóp do głów ubierać się w Londynie. W Paryżu za pierwsze w pocie czoła zarobione pieniądze Sylvie nabyła sweterek z jedwabnego trykotu firmy Cornuel, importowane „bliźniaki” z angielskiej wełny, gładką, obcisłą spódnicę, buciki z plecionki niebywałej miękkości i jedwabną chusteczkę w pawie i liście. Jerôme, mimo że przy okazji lubił jeszcze paradować w zniszczonych pantoflach, zarośnięty, w starych koszulach bez kołnierzyka i w drelichowych spodniach, odkrył na zasadzie kontrastu – rozkosze niekończących się poranków: kąpiel, staranne golenie się, skropienie wodą toaletową, wciągnięcie na wilgotne jeszcze ciało nieskazitelnie białej koszuli, wiązanie krawata z wełny czy jedwabiu. Kupił ich sobie trzy w Old England, a także tweedową marynarkę, koszulę na wyprzedaży i buty, których nie musiałby się wstydzić.

Potem, a była to nieomal jedna z wielkich dat ich życia, odkryli Marché aux Puces[1]. Piętrzyły się tam stosami koszule Arrow czy Van Heusen, szałowe, z przypinanymi końcami kołnierzyka, nie do znalezienia wówczas w Paryżu, ale popularyzowane przez amerykańskie komedie (przynajmniej w owych niezbyt szerokich kręgach, które znajdują swój model szczęścia w komediach amerykańskich) obok rzekomo niezniszczalnych trench coats, spódniczek, angielskich bluzek, jedwabnych sukienek, kurtek skórzanych, mokasynów z miękkiej skóry. Przez rok czy dłużej chodzili tam co drugą sobotę przed południem grzebać w skrzyniach, w górach odzieży na ladach, w pudłach, w stosach parasoli – wśród ciżby kudłatych nastolatków, Algierczyków sprzedających zegarki, amerykańskich turystów, którzy opuściwszy stragany ze szklanymi oczyma, gabinet luster i karuzele wesołego miasteczka Vernaison, krążyli, nieco oszołomieni, po bazarze Malik, rozpamiętując dziwny los owych nieco sfatygowanych nadwyżek, które niegdyś wyszły z najwykwintniejszych pracowni bieliźniarskich, a teraz znalazły się w sąsiedztwie starych gwoździ, materacy, gruchotów, luźnych części. Jerôme i Sylvie taszczyli stamtąd do domu różnego rodzaju ciuchy opakowane w gazetę, jakieś drobiazgi, parasole, stare garnki, torby, płyty.

Zachodziły w nich zmiany, stawali się inni. Nie tylko dlatego, że po prostu wypadało odróżniać się od tych, z którymi przeprowadzali wywiady, jakoś imponować, nie popadając w przesadę. Także nie tylko dlatego, że opuściwszy raz na zawsze – jak sądzili – swoje dawne środowisko, mieli do czynienia z bardzo odmiennymi ludźmi. Ale pieniądze – spostrzeżenie z konieczności banalne – rodzą nowe potrzeby. Gdyby mieli czas na chwilę zastanowienia (ale w tamtych czasach w ogóle się nad niczym nie zastanawiali), przekonaliby się ze zdziwieniem, jak dalece zmieniła się ich wizja własnego ciała, a poza tym wszystkiego, co ich dotyczyło, na czym im zależało, wszystkiego, co stało się ich światem.

Wszystko było nowe. Wrażliwość, upodobania, stanowisko – wszystko kierowało ich ku rzeczom, których przedtem w ogóle nie znali. Zaczęli zwracać uwagę na sposób ubierania się innych, na wystawach spostrzegali meble, ozdobne drobiazgi, krawaty; popadali w marzenia przed ogłoszeniami agentów handlujących nieruchomościami. Zdawało im się, że rozumieją sprawy, którymi przedtem nigdy się nie interesowali; zaczęli doceniać, czy jakaś dzielnica, jakaś ulica jest wesoła czy smutna, cicha czy głośna, odludna czy ruchliwa. Nic w przeszłości nie przygotowało ich do tych nowych zainteresowań; odkrywali je naiwnie, z entuzjazmem, zdumiewając się swej długoletniej niewiedzy. Nie dziwiło ich albo prawie nie dziwiło, że tak ciągle o tym myślą.

Drogi, jakimi kroczyli, wartości, jakie zaczynali dostrzegać, perspektywy, pragnienia, ambicje – wszystko to, prawdę mówiąc, wydawało im się niekiedy straszliwie puste. Wszystko, czym żyli, było nietrwałe i pozbawione określonej wartości. Ale jednak to właśnie było ich życie, źródło nieznanych, upajających wzruszeń, coś niepomiernie intensywnie otwartego. Mówili sobie czasem, iż życie, jakie ich czeka, będzie miało wdzięk, lekkość, barwność komedii amerykańskich, czołówek, jakimi otwiera filmy Saul Bass; jak obietnice uwodziły ich cudowne, promienne obrazy dziewiczych pól śniegowych, przeciętych śladami nart, błękitnego morza, słońca, zielonych wzgórz, ognia buzującego na kamiennym kominku, śmiałych autostrad, pulmanów, pałaców.

Rozstali się ze swoim pokojem i stołówkami studenckimi. Udało im się wynająć przy ulicy Quatrefages pod siódmym, naprzeciwko meczetu, tuż blisko Ogrodu Botanicznego – małe, dwupokojowe mieszkanko wychodzące na ładny ogród. Łaknęli dywanów, stołów, foteli, sof.

W owych latach odbywali niekończące się wędrówki po Paryżu. Przystawali przed byle antykwariatem. Spędzali całe godziny w wielkich domach towarowych, zachwyceni i już zdjęci trwogą, ale nie śmiejący się jeszcze do tego przyznać, nie śmiejąc spojrzeć w oczy tej trwającej zachłanności, która miała stać się ich losem, ich racją bytu, hasłem, zachwyceni i już nieomal spętani rozległością swych potrzeb, otaczającymi ich skarbami, ofiarowywaną obfitością.

Odkrywali małe restauracyjki w okolicach Gobelins, Ternes, Saint-Sulpice, zaciszne bary, gdzie tak miło gawędzić szeptem, weekendy poza Paryżem, wyprawy jesienią do lasu, do Rambouillet, Vaux, Compiègne, rozkosze niemal doskonałe, ofiarowane wszędzie oku, uchu, podniebieniu.

I tak stopniowo wrastając w rzeczywistość głębiej niż dawnymi laty, gdy najpierw jako dzieci pospolitych drobnomieszczan, potem jako szarzy studenci mieli wizję świata zubożoną i powierzchowną – zaczynali rozumieć, co to znaczy człowiek kulturalny.

To ostatnie objawienie – nie było to zresztą w ścisłym tego słowa znaczeniu objawienie, ale szczyt powolnego dojrzewania społecznego i psychologicznego, którego kolejne etapy z trudem tylko potrafiliby opisać – ukoronowało ich metamorfozę.



[1]      Pchli targ, perski targ starzyzną.