Klasyka: Reaktywacja Czytamy

#
  • Sonia Draga
    październik 2014
    tłumaczenie: Paweł Cichawa
    143 x 205
    280 stron
    ISBN: 978-83-7999-071-9

Fragment powieści Johna Williamsa Profesor Stoner - jednej z dziesięciu rekomendowanych pozycji w kampanii księgarnianej Instytutu Książki Klasyka: Reaktywacja. Fragment książki jest opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Sonia Draga.
Copyright: Sonia Draga


William Stoner wstąpił na Uniwersytet Missouri w 1910 roku, kiedy miał dziewiętnaście lat. Osiem lat później, w kulminacyjnym momencie pierwszej wojny światowej, uzyskał stopień doktora nauk humanistycznych i przyjął stanowisko wykładowcy w swojej uczelni, które zajmował do końca życia. Do­służył się ledwie najniższej rangi profesora uczelnianego i niewie­lu studentów zachowało we wspomnieniach szczegóły prowadzo­nych przez niego zajęć. Kiedy zmarł, współpracownicy upamiętnili jego nazwisko, fundując średniowieczny manuskrypt, który do dziś można znaleźć w dziale druków rzadkich biblioteki uniwersytec­kiej. Napis na woluminie głosi: „Dla uczczenia pamięci Williama Stonera z Instytutu Filologii Angielskiej, do zbiorów Biblioteki Uniwersytetu Missouri przekazali Jego koledzy”.

Sporadyczny student, który sięgnie po ów średniowieczny ma­nuskrypt, zapewne się przelotnie zaciekawi, kim był William Sto­ner, rzadko jednak dla zaspokojenia tej ciekawości posunie się da­lej niż do zadania pytania mimochodem. Koledzy Stonera, którzy nie darzyli go za życia przesadnym szacunkiem, teraz mówią o nim rzadko: starszym jego nazwisko przypomina o czekającym wszyst­kich końcu, dla młodszych z kolei jest ono tylko słowem, które ani nie przywołuje przeszłych zdarzeń, ani się nie kojarzy z niczym, co mogliby odnieść do własnego życia albo kariery.

Urodził się w 1891 roku na małej farmie w środkowej części sta­nu Missouri, niedaleko wioski Booneville, około czterdziestu mil od uniwersyteckiego miasta Columbia. Choć w dniu jego narodzin rodzice byli młodzi - ojciec skończył dwadzieścia pięć lat, a matka nie miała jeszcze dwudziestu - Stonerowi zawsze się wydawało, że są bardzo starzy, nawet kiedy był małym chłopcem. W wieku trzy­dziestu lat jego ojciec wyglądał na pięćdziesiąt. Przygarbiony pra­cą, bez większej nadziei patrzył na niewielki kawałek jałowej ziemi, który pozwalał rodzinie jakoś przetrwać z roku na rok. Matka pod­chodziła do swojego życia z cierpliwością, jakby było długą chwilą, którą musi jakoś znieść. Miała jasne, mało wyraziste oczy, a maleńkie zmarszczki wokół nich zdawały się większe z powodu zaczesanych do góry i spiętych w kok z tyłu głowy rzadkich siwiejących włosów.

Odkąd tylko pamiętał, William Stoner miał obowiązki. Jako sześciolatek doił kościste krowy, nosił pomyje świniom do chle­wa przy domu i podbierał małe jajka patykowatym kurom. Nawet kiedy zaczął uczęszczać do wiejskiej szkoły oddalonej o osiem mil od domu, jego dni wypełniała taka czy inna praca, którą zaczynał, zanim nastawał świt, a kończył po zmroku. W siedemnastym roku życia zaczął się już garbić, przytłoczony ciężarem rozlicznych zajęć.

Rodzina, w której był jedynym dzieckiem, prowadziła samot­nicze życie, jednoczona koniecznością mozolnej pracy. Wieczora­mi cała trójka siadywała w małej kuchni oświetlonej lampą naftową i gapiła się w żółty płomień. Często wtedy, między kolacją a porą snu, przez dobrą godzinę słyszeli tylko odgłosy własnych ciał po­ruszających się ociężale na krześle oraz ciche skrzypienie drewna, powoli przegrywającego walkę z wiekiem domu.

Budynek stał na planie kwadratu. Niemalowane belki w sieni a także wokół drzwi wejściowych zaczynały się zapadać. Z upływem lat drewno nabrało kolorów suchej ziemi: przez szarości i brązy ciąg­nęły się białe smugi. Po jednej stronie znajdował się pokój dzienny, skąpo umeblowany twardymi krzesłami przy ciosanych stołach oraz kuchnia, gdzie rodzina spędzała razem niemal cały czas, który miała dla siebie. Po drugiej były dwie sypialnie, w każdej lakierowany na biało stelaż łóżka, jedno krzesło i jeden stolik z lampą oraz mied­nicą na blacie. Podłogę pokrywały nierówno ułożone niemalowane deski, popękane ze starości, spomiędzy których ciągle wydostawał się pył, dzień w dzień zamiatany cierpliwie przez matkę Stonera.

Szkolne zajęcia traktował tak samo jak resztę swoich uciąż­liwych obowiązków, choć były nieco mniej wyczerpujące niż te w gospodarstwie. Kiedy wiosną 1910 roku skończył szkołę średnią, spodziewał się, że przejmie więcej pracy w polu, zdawało mu się bowiem, że z każdym miesiącem jego ojciec staje się powolniejszy i bardziej znużony.

Ale pewnego wieczoru późną wiosną, po długim dniu spędzo­nym z motyką na polu kukurydzy, kiedy naczynia po kolacji znik­nęły już ze stołu, ojciec odezwał się do niego.

- W zeszłym tygodniu zaszedł do nas powiatowy doradca rolny.

William spojrzał na ojca znad ceraty w czerwono-białą kratkę,

rozpostartej gładko na okrągłym kuchennym stole. Nie odezwał się.

- Powiedział, że na uniwersytecie w Columbii otworzyli nowy kierunek. Wydział Rolnictwa. Jego zdaniem powinieneś tam pójść. Nauka trwa cztery lata.

- Cztery lata - powtórzył William. - Dużo to kosztuje?

- Wikt i opierunek mógłbyś odpracować - odrzekł ojciec. - Brat cioteczny twojej matki ma dom pod miastem. Zostają jeszcze książ­ki i tym podobne. Wysyłałbym ci dwa, może trzy dolary co miesiąc.

William położył dłonie na ceracie, która słabo lśniła w świetle lampy. Nigdy nie wyjeżdżał z domu dalej niż do odległego o pięt­naście mil Booneville. Przełknął ślinę, żeby opanować drżenie głosu.

- Myśli ojciec, że sami poradzicie sobie ze wszystkim? - zapytał.

- Matka i ja damy sobie radę. Górne pole obsieję pszenicą. Bę­dzie mniej roboty.

William spojrzał na matkę.

- Mamo? - rzucił pytająco.

Odpowiedziała bezbarwnym głosem:

- Rób tak, jak ci mówi ojciec.

- Naprawdę chcecie, żebym wyjechał? - upewniał się, trochę jakby miał nadzieję, że zaprzeczą. - Naprawdę tego chcecie?

Ojciec poprawił się na krześle. Spojrzał na swoje grube dłonie, pokryte odciskami i spękaniami, w które ziemia wżarła się tak głę­boko, że nie sposób było jej wymyć. Splótł palce i trzymał je nad blatem, zupełnie jakby się modlił.

- Ja wielkiego wykształcenia nie mam - rzekł, nie odrywając wzroku od swoich dłoni. - Zacząłem pracować na roli po skoń­czeniu szóstej klasy. Za młodu byłem przeciwny szkole. Ale teraz sam już nie wiem. Ziemia z roku na rok bardziej wysycha i coraz trudniej ją uprawiać. Nie jest już tak żyzna jak wtedy, kiedy byłem chłopcem. Doradca rolny mówił, że na uniwersytecie mają nowe pomysły i uczą różnych rzeczy. Może ma rację. Pracując w polu, za­stanawiam się czasem, czy... - Urwał w pół zdania. Silniej zacisnął palce, a jego złożone dłonie opadły na blat stołu. - Zaczynam się zastanawiać. - Zmarszczył gniewnie brwi i pokręcił głową, na­dal wpatrzony w swoje dłonie. - Jesienią pojedziesz na uniwersytet. Matka i ja sobie poradzimy.

Była to najdłuższa przemowa, jaką William kiedykolwiek usły­szał z ust ojca. Tamtej jesieni pojechał do Columbii, wstąpił na uni­wersytet i rozpoczął studia na Wydziale Rolnictwa.

Do Columbii zabrał nowy garnitur z czarnego sukna, zamówiony z katalogu sieci Sears & Roebuck z matczynych pieniędzy za jaj­ka, znoszony szynel po ojcu, niebieskie serżowe spodnie, w których wcześniej chodził tylko do kościoła metodystów w Booneville, dwie białe koszule, dwie zmiany ubrań roboczych oraz dwadzieścia pięć dolarów pożyczonych przez ojca od sąsiada pod zastaw jesiennego zbioru pszenicy. Wyruszył pieszo z Booneville, dokąd wcześnie rano rodzice zawieźli go wozem zaprzężonym w muły.

Był gorący jesienny dzień i nad drogą z Booneville do Columbii unosił się kurz. Maszerował dobrą godzinę, kiedy zatrzymała się przy nim furmanka i woźnica zapytał, czy go podwieźć. William skinął twierdząco głową, po czym wskoczył na kozioł. Serżowe spodnie miał do kolan czerwone od pyłu, a jego ogorzałą od słońca i wia­tru twarz pokrywał zaskorupiały brud wymieszany z potem. Przez całą długą drogę czyścił nogawki, niezdarnie strzepując z nich pył, oraz przeczesywał palcami niesforne jasne włosy, które za nic nie chciały leżeć płasko na głowie.

Do Columbii dotarli późnym popołudniem. Woźnica wysa­dził Stonera na przedmieściach, po czym wskazał na zabudowania w cieniu wysokich wiązów.

- To twój uniwersytet - oznajmił. - Tutaj będziesz się uczył.