Pałac. Biografia intymna

Beata Chomątowska
#
  • Znak
    Kraków, lipiec 2015
    150 x 235
    416 stron
    ISBN: 978-83-240-3494-9

Fragment najnowszej książki Beaty Chomątowskiej Pałac. Biografia intymna opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak. Premiera książki planowana jest na 15 lipca 2015 r.

Copyright: Wydawnictwo Znak

1.Łącznik

Braci było czterech, jak w baśniach z morałem.

Dwaj starsi - zdolni. Trzeci - zwyczajny, może dlatego że średni. Naj­młodszy dopiero się zapowiadał.

Po starszych ślad zaginął. O środkowym zapomniano. Ostatni umiał się znaleźć.

Jeden myślał, że wybuduje w stalinowskiej Moskwie największy pałac na świecie. Rosjanie wyróżnili projekt, ale gdy przyjechał praco­wać na rzecz ich ojczyzny, uznali, że szpieg, i wsadzili do tiurmy. Potem rozstrzelali. Drugi za mundur polskiego oficera dostał od nich kulkę w potylicę. Wrzucono go razem z innymi do jamy w charkowskim lesie.

Najmłodszy we wrześniu trzydziestego dziewiątego pognał do punktu po broń. „Żydłaków nie potrzebujemy”, prychnął do niego umunduro­wany patriota z komisji mobilizacyjnej. Gdyby się uparł, pewnie dostałby karabin. Bratu przecież dali. Ale on miał swój honor. Kilka lat wcześniej, gdy na politechnice koledzy z mieczykami w klapach marynarek usi­łowali go zagnać do tylnej części sali, wywrzeszczał im na całe gardło: „Czuję się Polakiem! Ubliża mi, że nie mogę usiąść, gdzie chcę!”.

Tym razem tylko obrócił się na pięcie.

Imiona jak z dobrej mieszczańskiej rodziny: Roman, Grzegorz, Alek­sander i najmłodszy Józef, nazywany Kociem. Chłopaki wyrosły dorodne i krzepkie na kefirach wyrabianych przez babkę, która - jak głosiła rodzinna legenda - przywiozła do Warszawy z rodzinnego Putigorska recepturę i specjalne grzybki do fermentacji. Interes rozrósł się bły­skawicznie - od kiosku w Ogrodzie Saskim, przez Pierwszy Specjalny Zakład Kefirowy Klaudii Sigaliny przy Królewskiej 31, wabiący klientów gipsowym modelem gór Kaukazu na wystawie, po pijalnię na Marszał­kowskiej, róg Wilczej, i drugi zakład, przy Żelaznej, gdzie dla odmiany sprzedawano różne rodzaje mleka i śmietany.

Rodzina porządna, mieszkająca w eleganckiej części Śródmieścia, jak wiele podobnych - inteligenckich, zeświecczonych,. Tylko młodzi Sigalinowie mogliby podśpiewywać w trakcie wspólnych zabaw, gdy nikt nie słyszał:

„Koci, koci łapci, pojedziem do babci,

Tylko ani słówka, bo babcia Żydówka”.

Leczniczy kefir stał się słynny, kupowano go na potęgę w Warszawie, Łodzi, Otwocku, a nawet za granicą. Klaudia Sigalina miała dryg do reklamy. Jeszcze nim jej wyrób trafił na rynek, stworzyła wokół niego legendę. Plotkowano, że właścicielka zakładu wykradła kefirowe grzybki kauka­skiej szamance, więc towar pierwsza klasa, z gwarancją autentyczności. By wzmocnić argumentację, babka Sigalina wydawała broszury, w któ­rych medyczne autorytety zachwalały zdrowotne właściwości firmowa­nych przez nią produktów. Rozważnie lokowała zyski - wiedziała, że nic nie zapewnia takiej stopy zwrotu jak odpowiednia edukacja kolejnych pokoleń. Syn Michał został dentystą, a choć praktyka w zawodzie intereso­wała go mniej niż kierowanie rodzinną firmą (już przy pierwszym pacjen­cie pojął, że jest zbyt wrażliwy, by uczestniczyć w tych mękach), wzorem matki nie żałował środków, by wykształcić własną szóstkę. Dwóch najstar­szych zostało architektami, najmłodszy wybrał prawo, ale nie spodobało mu się tam i też postanowił zostać architektem. Były jeszcze dwie córki, Anna i Eugenia. Pierwsza z nich zniknęła rodzinie z oczu na zawsze gdzieś na trasie Umschlagplatz - Treblinka, którą jechała z matką. Eugenii udało się wylosować życie. Wyszła z getta i pod przybranym nazwiskiem ukry­wała się na Saskiej Kępie . No i średni, absolwent wydziału chemii, ale ten, choć też przeżył, od początku niewiele znaczy w tej opowieści.

W baśniach z braćmi w roli głównej zwykle bywa tak, że los najhoj­niej obdarowuje nie tych starszych, zapobiegliwych i dobrze się zapo­wiadających, ci starsi bowiem, zapobiegliwi i dobrze się zapowiadający giną gdzieś po drodze, a los najhojniej obdarowuje najmłodszego. Choćby z początku nic na to nie wskazywało.

Wspólnicy

Roman i Grzegorz, urodzeni w odstępie roku, od dziecka trzymają się razem. Uchodzą za pracusiów - już na studiach próbowali zarabiać, przy­mierzali się do konkursów. Roman wiąże się zawodowo z nieco starszym od siebie Jerzym Gelbardem, malarzem i architektem, także pochodzą­cym ze spolonizowanej żydowskiej rodziny z tradycjami. Gelbard wró­cił do Warszawy po pobycie w Paryżu wyczulony na nowe tendencje w branży. Zakładają razem biuro projektowe. Jako pracownik dołącza Grzegorz. Na rajzbretach spółki Gelbard-Sigalin królują z początku gma­chy użyteczności publicznej. Sypią się za nie nagrody, lecz trójka auto­rów dostrzega rosnącą koniunkturę na luksusowe budownictwo dla prywatnych inwestorów i celuje w ten segment, licząc, że okaże się pew­niejszym źródłem zysków.

Ich specjalnością, opartą na paryskich doświadczeniach Gelbarda, stają się charakterystyczne trójboczne wykusze od frontu, często bie­gnące przez całą wysokość elewacji. Bogatym zleceniodawcom rozwią­zanie od razu przypada do gustu, bo zwiększa przestrzeń przeznaczoną na wynajem i pozwala dodatkowo doświetlić mieszkania - rzecz nie bez znaczenia w zwartej śródmiejskiej zabudowie. Z początkiem lat trzy­dziestych intratne zlecenia dla spółki Gelbard-Sigalin (choć właściwiej byłoby mówić: Gelbard-Sigalinowie) sypią się już jak z rękawa. Ten, kto dysponuje odpowiednimi środkami, a chce udowodnić, że jest modny, zgłasza się do ich biura na Hożej 29. Ukoronowaniem kariery jest zlece­nie na opracowanie wnętrz luksusowego lokalu rozrywkowego Adria, otwartego uroczyście 7 lutego 1931 roku. Sigalinowie brylują w towa­rzystwie, wśród ludzi biznesu i artystów. Warszawiacy pokazują ich sobie, gdy w towarzystwie Gelbarda i jego żony, ekscentrycznej Belli Hertz, krążą po mieście nowiutką tatrą - z premiery na raut, z przyję­cia na wystawę.

Z dwóch Sigalinów więcej splendorów spada na Romana, jako wspól­nika Gelbarda, choć to Grzegorz jest uznawany za najzdolniejszego w rodzinie. Pora się przekonać, ile jest wart bez brata. Najlepiej za granicą. Ogłoszono właśnie konkurs na projekt Pałacu Rad - to doskonała okazja.

Wyzwanie

Pałac Grzegorza nie przypomina typowego pałacu. Na jednym ze szki­ców, w podłużnym przekroju, wygląda raczej jak katowicki Spodek albo któraś z nieistniejących jeszcze wówczas konstrukcji inżynieraDavida Geigera, posiadacza patentu pozwalającego wznosić podwieszane kopuły o dużych rozpiętościach. Także makieta zaskakuje: odwrócony eliptyczny stożek gra tu pierwszoplanową rolę, ale towarzyszy mu kilka innych budynków, w tym jeden wieżowiec oraz podłużny obiekt koja­rzący się z wielopiętrowym garażem. Tylko patrzeć, jak cała grupa wzbije się w powietrze, orbitując wokół Ziemi, niczym planity z utopij­nych pomysłów Kazimierza Malewicza.

Kosmiczna propozycja musiała się spodobać, skoro Rada Budowy Pałacu Rad oceniająca projekty gmachu, nadesłane na rozpisany w 1931 roku powtórny konkurs (pierwszego nie rozstrzygnięto), zakwalifiko­wała ją do ścisłego finału, a następnie zakupiła. W końcu Majakowski, poeta podziwiany przez Stalina, kilka lat wcześniej pisał: „wśród niebie­skich sfer wiemy już że nie ma boga i wiara nic nie znaczy, każdy prole­tariusz powinien iść do planetarium”.

Ogłaszając konkurs na projekt Pałacu Rad, organizatorzy określili go nudnym mianem „centrum administracyjno-kongresowego przy Komitecie Centralnym Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich”. To, że chodzi o budynek zgoła innego kalibru, było jasne już w grudniu 1922 roku, gdy podczas Zjazdu Rad ZSRR zasłużony działacz bolszewicki Siergiej Kirow porwał zgromadzonych postulatem wzniesienia repre­zentacyjnej budowli, która przyćmi rezydencje burżujów i arystokracji i pomieści delegatów wszystkich republik rozrastającego się państwa.

„Pałac Rad nawet zewnętrznie nie powinien mieć nic wspólnego z fasa­dami parlamentów odchodzącego świata. Powinien być zemstą władzy pogardzanych, zacofanych niegdyś robotników i chłopów nad burżu- azyjnym Zachodem, budowlą, której nasi wrogowie nie mogliby sobie wyobrazić nawet we śnie. Ten gmach powinien stać się widomym zna­kiem przyszłej potęgi, triumfu komunizmu nie tylko u nas, ale i na Zacho­dzie. Pałac Rad trzeba zbudować po to, żeby właśnie tam wcielić w skład Związku Sowieckiego ostatnią republikę!”, mówił w uniesieniu, a towa­rzysze nagrodzili go oklaskami.

Decyzja, gdzie zbudować Pałac, zapada bez sporów. Wszyscy są zgodni, że symbolicznie najlepiej nadaje się przylegający do Kremla plac Czertopole z gigantyczną świątynią - cerkwią Chrystusa Zbawiciela, którą kazał wznieść car Aleksander I jako wotum dziękczynne za uratowaniekraju przed Napoleonem. Teraz, zgodnie z wolą Stalina, duchowe cen­trum carskiej Rosji, określane z przekąsem jako „wielki samowar”, musi ustąpić miejsca Pałacowi Rad, ośrodkowi państwa proletariuszy. Cerkiew, dekorowana przez najzdolniejszych artystów, była budowana przez czter­dzieści cztery lata. W powietrze natomiast wyleciała w ciągu kilkudzie­sięciu sekund, choć nie poddała się bez walki - dopiero drugi wybuch rozwalił jej grube mury ogołocone wcześniej z wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość. Wywózka cegieł potrwa blisko rok.

Władze radzieckiej Rosji robią, co mogą, by wieść o konkursie roznio­sła się po świecie i spotkała z należytym oddźwiękiem. Grzegorz Siga- lin, architekt popularny w Warszawie, lecz zupełnie nieznany w świecie, musiał wiedzieć, na co się porywa. W rywalizacji o Pałac konkurentami będą już nie koledzy z prestiżowego Wydziału Architektury warszawskiej Politechniki, lecz międzynarodowa czołówka twórców. Żadnemu z nich nie przeszkadza, że w ten sposób mogą się przyczynić do światowego triumfu komunizmu. Grzegorz też specjalnie się tym nie zamartwia. W dwudzie­stym roku, gdy miał osiemnaście lat, chciał bić bolszewika i razem z bra­tem na ochotnika wstąpił do batalionu obrony przeciwlotniczej. Batalion czekał na bolszewików na Polu Mokotowskim, lecz ci nie dotarli do War­szawy. Jako dorosły, podobnie jak wielu zafascynowanych modernizmem architektów z kręgu stołecznej awangardy, sympatyzuje z lewicą.

Trojka

Nie porywa się jednak na Pałac sam. Autorów projektu jest trzech: wystąpili pod godłem Trojka i flagą francuską.

Ten drugi to bliski kolega Henryk Blum, na gruncie warszawskim konkurent po fachu, do spółki z Lucjanem Korngoldem projektujący luksusowe kamienice dla zamożnych inwestorów. Dla takiego wyzwa­nia jednak warto połączyć siły, nie oglądając się na interesy na rynku krajowym.

Trzeci, Bertold Lubetkin, odgrywa w całym przedsięwzięciu rolę lidera. Zanim zaczął wznosić gmachy dla ludzi, zasłynął jako projek­tant budowli dla zwierząt - dzięki protekcji sir Juliana Huxleya, brata pisarza Aldousa, powierzono mu zaprojektowanie domku dla goryliw londyńskim zoo. Konstrukcję wzniesiono na planie koła - Lubetkin, mimo zapatrzenia w proste linie forsowane przez niedościgłego Le Cor­busiera, uwielbia okrągłe kształty. Pochodził ze Wschodu, lecz szykował się do kariery na Zachodzie. Choć dopiero co przekroczył trzydziestkę, miał już swoje biuro architektoniczne w Londynie i mógł poszczycić się praktyką u samego Auguste’a Perreta oraz znajomością z Wilhel­mem Worringerem, wpływowym historykiem sztuki, uchodzącym za głównego mentora Corbu. Najprawdopodobniej to właśnie któryś z tych patronów zachęcił młodego autora, by wziął udział w moskiew­skich zmaganiach - nawet jeśli nie wygra, będzie mógł się sprawdzić, rywalizując z uznanymi architektami.

Urodzony w Tyflisie (dziś Tbilisi) w zasymilowanej zamożnej żydow­skiej rodzinie Lubetkin łatwo znajduje wspólny język ze swoim rówie­śnikiem Grzegorzem Jakubem Aaronem Sigalinem, potomkiem Klaudii, przedsiębiorczej kobiety z Kaukazu. Znają się z czasów studiów: piel­grzymujący po europejskich uczelniach i pracowniach Bertold spędził dwa lata na Politechnice Warszawskiej. Poza tym też czuje się komuni­stą. Gorąco wierzy, że projektowany budynek powinien być narzędziem naprawy społecznej, środkiem do stworzenia państwa, w którym - jak mawia Bill Haywood, doradca bolszewików - „nic nie jest za dobre dla zwykłych ludzi”.

Wśród gwiazd

Zagraniczni autorzy zgłaszają dwadzieścia cztery projekty Pałacu na sto sześćdziesiąt nadesłanych. Stalin może być zadowolony - udzia­łem w konkursie nie pogardziły takie tuzy, jak Walter Gropius, Augu­ste Perret, Erich Mendelsohn i Hans Poelzig.

Le Corbusier jest tak pewien, że wygra, iż prezentując swój pomysł, daje prawdziwy show: dwójka jego współpracowników w tanecznych plą­sach unosi prześcieradło nad stołem z makietą, on zaś, miłośnik muzyki, przygrywa im na kontrabasie. Corbu, choć w komunizm nie uwierzył, też przechodził fazę fascynacji Związkiem Radzieckim i jego stolicą, o któ­rej pisał jako „fabryce planów, Ziemi Obiecanej techników”4. Jest jedy­nym zachodnim architektem modernistą, którego radzieccy towarzysze zaprosili do Moskwy, by nadzorował tam budowę gmachu Centrosojuzu swego autorstwa; co więcej, postanowili zasięgnąć opinii Mistrza na temat całkowitej przebudowy miasta. Dziennik „Prawda” anonsujący przyjazd Corbusiera na czołówce pierwszej strony („przybył do nas najzdolniejszy przedstawiciel zaawansowanej myśli architektonicznej Europy”), tłumy pragnące dostać się na wykład - wszystko to mile łechta próżność Szwaj­cara, który dopiero co musiał przełknąć gorzką pigułkę: jury konkursu na projekt pałacu Ligi Narodów w Genewie odrzuciło jego propozycję na rzecz bardziej zachowawczego rozwiązania. „Moje prace pokonały blokadę. Jestem sławny, jestem popularny!”, zapisuje z triumfem w dzien­niku. Ściska dłonie oficjelom, brata się z miejscowymi architektami, zwie­dza Moskwę i jej najbliższą okolicę, oczywiście w asyście gospodarzy.

Muzyczno-teatralny spektakl odbija się szerokim echem. Podczas pierwszego etapu konkursu nie udaje się wyłonić zwycięzcy, ale życz­liwi donoszą Corbu, że jego projekt wywarł na wszystkich ogromne wrażenie. Gigantyczna skala, odpowiadająca ambicjom sowieckiego imperium, dla której osiągnięcia architekt nie zawahałby się wyburzyć jeszcze połowy dzielnicy: główne audytorium dla piętnastu tysięcy osób, małe dla sześciu i pół tysiąca, zewnętrzna platforma dla pięćdziesięciu tysięcy. Akustyka dopracowana do perfekcji. Dwa najważniejsze obiekty, oglądane w pomniejszeniu na makiecie, przywodzą na myśl rozpłatane instrumenty smyczkowe: platformę opasano parabolicznym łukiem słu­żącym za rampę dla pieszych, wychodzące zaś z niej pręty, jak struny, podtrzymują dach. Żadnych klatek schodowych! Autor przyjmuje wieści o zachwytach jako coś najzupełniej oczywistego i już widzi się w dru­gim etapie - jeśli nie w roli zwycięzcy, to przynajmniej wśród finalistów.

Gdy 28 grudnia 1932 roku ogłaszają wyniki, musi być przekonany, że się pomylił, zwłaszcza że decyzja brzmi podobnie jak ta podjęta w kon­kursie na pałac Ligi Narodów. Jury, któremu formalnie przewodniczy zasłużony bolszewik polskiego pochodzenia Gleb Krzyżanowski, choć i tak wszyscy wiedzą, że najważniejszym członkiem tego gremium jest „dyktator Stalin”, jak nazywa go tygodnik „Time”, nie wybrało jed­nej, najlepszej propozycji, zamiast tego wskazując trzy projekty, które wzbudziły największe uznanie: Borysa Michajłowicza Jofana, Iwana Żółtowskiego oraz Hectora Hamiltona, dwudziestoośmioletniegobrytyjskiego architekta z New Jersey, zaskoczonego werdyktem nie mniej od Corbu. Wszystkie projekty tradycyjne w wyrazie, klasycy- zujące, jak za złotych lat dawnej carskiej Rosji. Ciąg dalszy jest łatwy do przewidzenia - albo trzecia runda, albo państwowa interwencja, kompromis ze wskazaniem na szkic, który budzi najmniej kontrower­sji. Czyli wygrywają przeciętni, zupełnie jak w Genewie.

Le Corbusier obraża się na Moskwę. Ale ona już go nie potrzebuje. Łazar Kaganowicz, prawa ręka Stalina i pierwszy sekretarz partii w mie­ście, odpowiedzialny za najważniejsze inwestycje budowlane, burknie, że siedziba Centrosojuzu wygląda jak „tłusta maciora na malutkich nóż­kach”. Za pośrednictwem tej samej gazety, która kilka lat wcześniej na czołówce oznajmiała o przybyciu do radzieckiej stolicy papieża moder­nizmu, towarzysze dają mu nadto wyraźnie do zrozumienia, co sądzą o awangardowych pomysłach: „Corbusieryzm - to wytworzony jakością materiału estetyzm szczytów burżuazji, uczuciowo wchłaniającej tylko jedno: rozkoszowanie się chwilą. To znowu forma geometryczna. Sejf dla hyperwyrafinowanych osobników, odgrodzonych od świata szkłami automobilowemi »zjadaczy przestrzeni« - dom feudałów współczesnych. To punkt kulminacyjny ogołocenia, zrzeczenie się historii, podporząd­kowanie się materiałowi, kult materiału - fetyszyzm. Z tego stanowiska jeden krok tylko do psychologicznego stanu troglodyty”.

Z tej perspektywy wyróżnienie dla projektu Grzegorza Sigalina i jego dwóch współpracowników, inspirowanych tym samym sposobem myśle­nia, zakrawa na pomyłkę lub złośliwy żart.