Cyklon

Andrzej Muszyński
#
  • Wydawnictwo Czarne
    czerwiec 2015
    142 x 202
    256 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-8049-102-1

Fragment najnowszego reportażu Andrzeja Muszyńskiego Cyklon opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

Copyright: Wydawnictwo Czarne

Niepoczątek

Czarna armia budzi się ze snu. Nad Złotą Ziemią zapada noc. Ustawiają się w szeregach na wzgórzach. Tego ich nauczyli: działać w nocy, omijać miny. Dlatego są do wynajęcia. Pracują w plutonach odminowujących złe kraje. Dziś jednak zaatakują, dlatego błyszczą im oczy. Teraz stoją jeszcze cicho, niedostrzegalni. Jeden obok drugiego, czarni i sprawdzeni, równi i braterscy. Zasady są proste – rządzi on. Mówi: „Dziś Mindat, jutro Pinwa”. Trening był krótki, ale intensywny. Potrafią maszerować całą noc aż do świtu, nie okazując zmęczenia. Śpią w dzień, po trzynaście godzin. Zeżrą wszystko, wymagań żadnych poza jednym: dużo pić. Trening wymagał cierpliwości, uczył hartu i siły. Zapasy i boks. Zwycięstwo oznaczało awans i miejsce w pierwszym szeregu. Tak się rodziła hierarchia. On, oni, potem cała reszta. Żadnych zbędnych ruchów, żadnej myśli o rewolucji. Przywiązanie do tradycji i pradawnych ścieżek. Następnie oddech. Potrafią go wstrzymać na trzy minuty. Wszyscy, bez wyjątku, w razie podtopienia. Przepłyną wszystko – wodę, bajoro, gówno. Potrafią płynąć bez przerwy przez trzy doby. Nogi mają jak sprężyny – odbijają się od ziemi i pokonują mury, przewieszki, sterty trupów. Iść, patrzeć, pamiętać.

Dlatego tej nocy, gdy wejdą do Mindat, uczynią to samo. Staną w progu, gospodarz usłyszy szmer i zapali świecę. Czarni zobaczą w jego oczach strach, który tu nie mija wraz z wiekiem. Teraz na wzgórzu stoją jeszcze nieruchomo. Światło księżyca oświetla ich grzbiety: od Czin po Mizoram.

Dalej: działanie w grupie, żadnych skoków w bok. Pilnować tyłów, zastraszać i płoszyć. Marsz, marsz, marsz. Analiza, wnioski, plan. Ten awaryjny jest zawsze. Wybitna inteligencja – przewidują trzęsienia ziemi i wybuchy w kopalniach. Królowie szpiegów: Mossad i FBI będą się od nich uczyć. System łączności nie zawodzi od lat. Czasem to rodzaj telepatii. Przecież już udowodnili: potrafią czytać nawzajem w swoich myślach, oddaleni o sześć tysięcy czterysta osiemdziesiąt osiem kilometrów od siebie. Rejestrują obrazy jak kamera, choć nie rozróżniają kolorów. Wchodzą do obcego pomieszczenia i bezbłędnie zapamiętują układ, kształt i woń, bo każde miejsce może okazać się pułapką. Wtedy wykorzystują to, czego ich nauczono – odtwarzanie wsteczne. Wrócić jak po sznurku, dołączyć do kolegów. Uważać na choroby, węszyć ich siedliska i omijać je z daleka. Bratu pomóc i podzielić się prowiantem, gdy zachodzi potrzeba. Tak jest zawsze. Trzy tygodnie ciąży i dwunastu rekrutów – na atak reagują miotem.

Stoją w szeregach na zielonych wzgórzach, łup czeka w dole. On daje znak, choć nie wykonuje żadnego ruchu. Jedna armia rusza na zachód, druga na wschód. Busz szumi, świerszczą insekty. Ruszają w dół zboczy, gdy wróg zasypia i mlaszcze we śnie. Gasną ostatnie naftówki, na trawach osiada rosa. Ziemia chrobocze. Najpierw pola, ryż. Grabież, kilka godzin. Wszystko chrzęści – jakby wierciła się sama gleba. Zostawiają pustkę i resztki. Widzą chaty, które opierają się o mrok. Wspinają się po deszczułkach i palach, zaglądają do środka. Żar dogasa, popiół osiada na brudnych ludzkich stopach, podbiegają, gryzą – dolinę wypełnia krzyk.

Rozpoczyna się maudam.

Przychodzi w odwiecznym cyklu co drugie ludzkie pokolenie. Bambusy raz na pół wieku wydają miliony owoców. Wyrasta na nich półmityczna armia szczurów, która wyrusza na maudam. Starzy pamiętają jeszcze poprzedni. Powtarzają: armie ściśle ze sobą współpracują, nie zostawiają za sobą niczego. Ogarnia ich trwoga, bo czują myśl nieujawnioną słowem. Ostatnio armia zaatakowała w 1960 roku, łupiła przez kilka lat. W 1962 roku generał Ne Win, Jasne Słońce, obalił zamachem stanu młodą demokrację. Junta przejęła władzę na pół wieku i rozpoczęła się era ciemności. Przez cały ten czas kraj co roku nawiedzały mniejsze plagi szczurów. Maudam zaczął się już w nowym stuleciu. Wróciły w chwili kolejnego przełomu. W 2005 roku junta przeniosła stolicę z Rangunu na północ, do centrum kraju. Generałowie wybudowali miasto marzeń w środku buszu – tak doradzili im astrologowie – i nadali mu nazwę Naypyidaw, „miasto królów”. Magia liczb, które tutaj dyktują historię. Dlatego przeprowadzkę zaczęli 6 listopada o 6.37, w niedzielę. Urzędnikom zdradzili plan w piątek, ci byli zdziwieni. Ale opuszczając Rangun, krzyczeli wniebogłosy: „Jedziemy, jedziemy!”. W nowej stolicy nie było jeszcze mieszkań ani bieżącej wody. Wyżsi urzędnicy spali na biurkach, niżsi na podłodze. Obywatelom, którzy chcieliby skontaktować się jakoś z władzami pięćdziesięciopięciomilionowego narodu, zostawili numer faksu. Tam było dalej od wybrzeża i szybkich nalotów z powietrza. Amerykanie panoszyli się już w Iraku. Ludzie opowiadali mi, co widzieli: od Rangunu ciągnęły konwoje – grube opony i żółte kłęby pyłu, kamazy i tym podobne. Warkot silników i otępiały wzrok żołnierzy na wojskowych pakach. Wieśniacy podnosili głowy znad zagonów ryżu i zasłaniali oczy przed słońcem. Ciężarówki zatrzymywały się pośrodku nicości, wychodzili z nich ludzie i mierzyli przestrzeń, by budować tunele i schrony. Za fotografowanie „zakazanego miasta” groziło więzienie. Starą stolicę zostawili na rozkurz. Ale to był już tylko ostatni krzyk na chwilę przed końcem – oddawali władzę, słabli, ulegali, okopując się, by nie stracić wszystkiego. W ciągu roku powstało jednak miasto cudów. Pomniki królów i biały parlament, ośmiopasmowe ulice i kopie złotych pagód. Białe słonie na wiekuistą chwałę wodzów i zielone trawniki. W ciężarówkach przyjechały z ranguńskiego zoo krokodyle i niedźwiedzie, lamparty i sępy. Można sobie tylko wyobrazić, co widziały przez kraty, gdy wieźli je przez spaloną ziemię. Potem zamówili jeszcze peruwiańskie pingwiny. Centra handlowe i lśniące kina, podziemne tunele i pościgi wiatru po ulicach. Zapomnieli tylko o jednym: kanalizacji.

W 2007 roku wybuchła szafranowa rewolucja – na ulice wyszły tysiące buddyjskich mnichów w proteście przeciwko rządom generałów. Wojsko reżimowe, legendarne Tatmadaw, stanęło im naprzeciw, padły trupy. Prawie rok później uderzył Nargis, który w jedną noc zabił niemal sto czterdzieści tysięcy ludzi. Szczury ujrzały więc opustoszałe wsie i szerokie drogi, poczuły wolność. Powódź zabrała węże – ich odwiecznych wrogów. Ludzie, płacząc, siali i zbierali kiedy bądź, zboże dojrzewało przez okrągły rok. Więc mnożyły się bez końca.

Na wschód, na wschód – ciągnęły wtedy ku nowej stolicy aż z Indii, z Mizoramu. Autostradą, którą generałowie wybudowali dla swojego miasta królów. Jest biała jak słońce. Donosił Reuters, było wielu świadków – czarne trupy świeciły w blasku reflektorów. Żaden szofer nie odważył się zatrzymać. Tylko meldowali: skrzepy krwi i zabójczy smród, czarne kłęby, białe brzuchy, tłuste i wielkie. Czterdziesta piąta mila autostrady od Rangunu – z lasu wyłoniły się dwadzieścia trzy roje szczurów, wtargnęły na jezdnię, biegły w stronę wioski. W końcu dotarły do Naypyidaw. Gdy łupiły biuro Ministerstwa Zdrowia, rząd wszczął alarm. Płacili ludziom od ogona. Miejscowi przywozili je całymi workami. Rządowi z długopisami w kieszeni na piersi, z przepitymi gardłami przyjeżdżali na miejsce. Stosy czarnych ogonów leżały pośrodku placu. Ludzie stali wokół, oczekiwali pieniędzy. Mieli płacić, ale nie płacili. Przepijali wszystko od razu albo chowali do kieszeni. Ale one wkrótce opuściły Naypyidaw. Przecież dobrze wiemy – uciekają z tonącego okrętu. Wieśniacy, którzy potrafią jeszcze zrozumieć reakcje zwierząt, wieszczyli: uciekają przed trzęsieniem ziemi. Powtarzali stare birmańskie proroctwo: „Naypyidawayo pone”, „W Naypyidaw pełno kości”. Któraś armia odbiła na południe, na Rangun.

Czerwiec 2009 roku – plaga w całym mieście. Tragiczny głód po ich przemarszu w stanie Czin. Do września ludzie złapali około dwu i pół miliona sztuk. Tymczasem przyszły wolność i demokracja. One szły na kolebkę birmańskiej cywilizacji: Pyu i Pegu.

Tamtego lata monsun trwał dłużej niż zwykle i prócz dwóch Brytyjczyków na lotnisku w Rangunie nie widziałem białych. Rok po szafranowej rewolucji kraj miał fatalną prasę, w delcie Irawadi pływały jeszcze trupy tych, których zabił Nargis. Tej nocy długo chodziłem po mieście, bo chciałem się zgubić. Była druga i nie widziałem ludzi. A one były wszędzie. Przebiegały tuż pod stopami, wspinały się po ociekających wodą murach i porywały śmieci, które błyszczą tu nocą jak kostki cukru.

Rangun, Perła Orientu. Ziszczenie taniej egzotyki i snów Conrada, zagłada czasu, apokalipsa w realu za dwa dwieście z Berlina. Ciągle lało, a w hotelu nie było turystów. Wieczorem surowy kierownik urządzał pracownikom musztrę. Spali na ziemi koło mojego pokoju albo z opuszczonymi głowami i rękami na plecach snuli się po kątach, walcząc ze snem. Kierownik odczytywał propagandę, oczekując dyscypliny.

Ale z dachu hotelu było widać, jak mrok wypełnia ulice i rozchwierutane budy. Są tacy, którzy przychodzą tu każdego wieczoru. Z fosforyzującego meczetu dobiegają modły. Zbiera się na deszcz, choć asfalt nie wysechł po ostatnim. Birma – cywilizacja słońca i złotej rdzy. Drugi brzeg Irawadi tonie jeszcze w świetle, które rozlewa się po rzece jak stopniałe złoto. Po drugiej stronie rozbłyska bryła pagody Szwedagon, ale wzrok ściągają ulice pod stopami. Przejmuje je las. Widać to dopiero z góry. Kraty w oknach szczelnie obrasta mech. W knajpie przy sąsiedniej ulicy Birmańczycy oglądają Premier League. Gdy kładę torbę na ziemi, zawsze podchodzi ktoś z obsługi, podnosi ją i kładzie na krześle. Jakby ziemia zarażała. W kiblu po kostki w moczu. Puszcza pompka w spłuczce i wracasz cały mokry. Newcastle remisuje dwa dwa z Manchesterem, Giggs goni na lewym jak chart, już prawie bramka i wtedy w downtown wysiada prąd. Birmańczycy buczą i przeklinają. Zapalają się świeczki, stukają kufle. Ktoś potyka się o stolik i wywala chili i ości. Odchodzę, a w łunie światła widzę ich tłuste twarze. Robią się czarnofioletowe, gdy sobie popiją. W nocnych klubach dym i czerwone światła. Chodzą tu dzieci generałów. W toalecie stary Hindus biega za nimi z ręcznikami, kłaniając się w pas. Przy barze jakiś biały śpi z głową na blacie, szeroko rozłożywszy ręce. Jakby śnił o ucieczce. Błękitna koszula, srebrny zegarek – może dyplomata. Po północy wchodzą żołnierze i zamykają imprezę. Cieć trzaska drzwiami, młoda dziewczyna podchodzi i mówi:

– Tylko dwa tysiące kyatów.

Od tamtej pory za każdym razem w Rangunie czekam lub nastawiam budzik. Jest 2.00, wychodzę. Żółte światło pełga sennie pod wygiętymi latarniami, ale i tak zaraz zgaśnie. Żarówki otacza gęsta chmura opętanych ciem. Idę przed siebie, najpierw Pięćdziesiątą Drugą na down block, potem Anawrahty na wschód i Pięćdziesiątą Czwartą na Strand. Szukam rykszy. Hindus siedzi na rozprutym siedzeniu, oparty łokciem o stygnący mur. Świecą mu się tylko oczy. Podchodzę, szturcham go i mówię to, co zwykle:

– Go!

Wypluwa na asfalt betel i wystawia ze zdziwienia cynobrowy język. Spał, bo tej nocy nie spodziewał się już niczego. Ale ja powtarzam wyraźnie:

– Go!

Jest 2.14, najwyższa pora.

Pastelowe ściany downtown stygną i obleka je czerń. Czasem widać na nich kręte znaki birmańskiego alfabetu. Przypominają rozgniecione robaki. Głowa do góry: ściany łuszczą się, obłe balkony jak omszałe głazy. Spod parapetów spływają strumyki, jakby oknom rozmazał się makijaż. Mury przy ziemi są ciemniejsze, jak blizna po powodzi mroku. Siedemdziesiąta Pierwsza, potem na upper block i z powrotem na Anawrahty. Drzewa wrastają w mury, a ich konary sterczą nad ulicami jak spalone ramiona. Tylko zieleń nie śpi. Wrasta w szpary, dachy i odbiera swoje. Trzydziesta Szósta. Ciemność rozwiera się i wypuszcza rysę różowego światła. Na jej skraju widzę męską dłoń. Złoty sygnet przez chwilę błyszczy. Nikt nie wychodzi, przejeżdżamy, drzwi skrzypią, zamykają się, beton paruje. Skręcamy w Dwudziestą Drugą i słyszę pierwsze tej nocy krzyki. Ciężarówka stoi, kierowca nie gasi silnika. Z mrocznej paki wyskakują boso mnisi. Ich gołe ciała świecą jak lampiony. Rozchodzą się w milczeniu w ciemne ulice. Wóz rusza, wlecze za sobą łańcuch, który obija się o bruk. I znów szczury. Za pudłami, pod progiem. Długo myślałem, że sięgają tylko parterów. Znajoma Birmanka powiedziała:

– Zajęły już dachy.

Mieszkają w rurach i nocami kwilą jak dzieci. Kamienice się sypią, z pustych okien jak z uszu wyrasta busz. Hindus rozgląda się nieufnie, bo pracuje nielegalnie – w downtown zakazali ryksz, więc czaimy się za rogiem. Zapala papierosa i wygląda zza winkla. Na Czterdziestej Szóstej tli się źródło bladozielonego blasku, który spływa po murze i zastyga gdzieś w połowie. Przy fundamentach nie widać już kompletnie nic. Pusto, ruszamy dalej. Wyjeżdżamy na Strand. Od rzeki ciągnie stęchlizną. Jedziemy wzdłuż wysokiego krawężnika, znad którego wyrastają cienie. Rykszarz dzwoni. Podnoszą głowę. Twarze kobiet i dzieci pokryte białą papką ze sproszkowanego drewna, które nazywają tanaka. Tak chronią skórę przed słońcem. Bezdomność w Rangunie: jeśli to przeżyjesz, nie złamie cię już żadna junta. Ciemność jako obietnica wytchnienia, zachód słońca jako najlepsze wspomnienie z dzieciństwa. Za parę godzin znów zacznie palić. Na skrzyżowaniu z Pan Soe Dan Street brytyjski urząd podatkowy. Seledynową farbę nadgryza chwast. Dalej przy brytyjskiej Saint Paul’s High School, pod którą zawsze siedzi wróżbita. Dalej aż na Dwudziestą Szóstą, na middle block. Na ścianie tabliczka: „Adwokat U Zaw Zaw Win”. Pordzewiała krata zamknięta na cztery spusty. Kiedyś byłem u jednego z nich przy Sule Paya Road, w starej kolonialnej kamienicy. W powietrzu unosiła się 18 19 woń pożółkłych ryz. Duszno było tak, że zapomniałem pytania. Zza drzwi wystawały gołe stopy, kilku drzemało. Młodzi kłaniali im się w pas. Przez okno wpadało krakanie kruków. Dalej wzdłuż Maha Banduli koło chińskiej świątyni i na wschód aż do Immanuel Baptist Church i High Court z czerwonej cegły. Rykszarz dyszy.

Czasem trafiam na Birmańczyka. Godzina 1.08, innej nocy. Sule Paya Road przy złotej pagodzie, tuż obok szklanych wieżowców Centrepoint i meczetu Bengali Sunni Jameh. Na chodniku ryksza i wystające stopy. Chrapie. Podchodzę, szturcham.

– Ty, wstawaj, jedziemy.

I znów ten wzrok. Jakby ujrzał wolność zaklętą w białym ciele. Przeciera oczy, ale ja powtarzam:

– Go!

Chowa do torby książkę. Chwytam go za rękę.

– Co to?

Przyjeżdża tu, żeby czytać, ponieważ tylko nocą ma czas. W domu żona i trzy córki. Mówi płynnie po angielsku. Tego nie przewidziałem. Jeździliśmy w kółko i rozmawialiśmy o Orwellu. Wiedział o jego twórczości więcej niż ja. Gmach Traders Hotel dyszał jak znużony kolos. Strumienie wody sikały z puszek klimatyzacji na jedenastym piętrze i rozbijały mi się o kark. Pod ścianą spała kobieta, nawalony Birmańczyk szczał na mur. Robią tak zawsze: przykucają, podwijają longyi * i leją. Rykszarz tłumaczył mi sens Birmańskich dni.

Świątynia Sri Kala w dzielnicy hinduskiej przypomina nocą piramidę strachu. Pali się ogień, półnagi kapłan z tilaką ** na czole przyjmuje od wiernych ofiary i zanosi je do stóp posągu. Tutaj nawet Bóg jest czarny. Dalej prosto na wschód, na Bo Aung Kyawa, do katedry Świętej Marii. Największa w kraju i oblężona przez kruki. Na zewnątrz czerwona cegła, w środku harmonia zieleni i bieli. Gdy przychodzę tu wieczorami, widzę birmańskie zakonnice w różowych habitach. Okrążamy jak sępy synagogę Moseah Yeshua, do której wprowadził mnie kiedyś miejscowy Żyd, nie wypowiadając słowa. Pod ścianą stoi plansza z reprintem czarno-białego zdjęcia: Almost British. Baghdadi Jews in British Burma. Tuż za synagogą podświetlony mlecznobiały meczet Mogul Shiah Jamay. Pod ścianą śpią ciasno przy sobie brodaci mężczyźni. Za kratami wewnątrz świątyni tańczą cienie cieni. Tylko tam nigdy mnie nie wpuścili.

Ale teraz dalej, wzdłuż Bogyoke Aung San Road przy kolonialnym gmachu brytyjskiej Burma Railways Company. Od przodu przypomina centrum kaźni, od tyłu coś znacznie gorszego. W części urzęduje dziś policja. Wyjeżdżamy na Czterdziestą Drugą. Skóra na chudym, pomarszczonym bicepsie rykszarza drży. W końcu szepczę:

Stop.

Płacę, dorzucam napiwek. Dziękuje i kiwa głową, ale dalej nic nie rozumie. Ja też nie, coraz mniej. Rangun nocą – widmo blasku Złotej Ziemi, kraina cieni i wielkich oczu. Wracam pieszo na Maha Bandula Garden. Oświetlam telefonem chodnik, by nie wpaść do dziury. Przynajmniej do tego się przydaje, bo sieci nie łapie tu żadnej. Jest trzecia trzydzieści trzy. Hostel, na ścianie zegary: Bangkok 2.03, Nowy Jork 15.03. Tylko zegar z napisem „Rangun” stoi. Zaduch, lodówka drży. Chłopiec z obsługi śpi pod prześcieradłem. Budzi się, patrzy na mnie i tym bardziej nic nie rozumie – jestem przecież trzeźwy.

O  czwartej nad ranem wiatrak ledwo się obraca i  pokój wypełnia duch monsunu. A  potem znów wysiada prąd i  zapada cisza, bo pokój nie ma okien. Można tylko obmyć twarz pod kranem i  znów wyjść. Ciemność nie oddaje jeszcze ulic. Bezdomni podnoszą głowy z  bruku. Hinduskie dzieci w  cytrynowych koszulkach na ramiączkach wychodzą z  szarych wnęk. Po Trzydziestej Czwartej buszują ostatnie szczury. Na ulice wyruszają pordzewiałe szroty. Szofer żuje betel i strzyka przez okno czerwoną śliną, która krzepnie na asfalcie. Kierowcy pierwszych autobusów naciskają gołymi stopami sprzęgła i drapią się w  kroku. Mnisi wędrują boso ulicami, prosząc o  ryż. Światło rozjaśnia pastelowe mury i  czerwone tabliczki nad drzwiami budynków, które niebawem runą. Spowija je pajęczyna drutów prowadzących do satelitarnych czasz. Ludzie zasiadają wokół niskich różowych stolików i  nalewają sobie bladej herbaty. Wstaje birmański dzień. Kobiety wychodzą na balkony i  malują twarze tanaką. Mężczyźni zawiązują longyi i zakładają ręce na plecach. Słońce rozwadnia przedmioty i błękit nieba. Muszę sobie przypomnieć, przy którym rogu siedzi ten cinkciarz, cały spocony, w beżowej koszulce bez rękawów, otoczony kolumnami szorstkich, wypłowiałych banknotów. Tylko on wymienia dolary, bo w tym kraju nie istnieją bankomaty ani kantory. Trzyma kiepa w ustach i przepuszcza setki i  tysiące przez klekoczącą maszynkę, która od wielu lat liczy nicość. Rangun – wiktoriańska myśl rzucona w tropikalne bagno. Chcieli mieć swój Londyn w sercu Azji, pośród palm i białych słoni, więc go po prostu zrobili. Przy Thein Phyu Road stoi gmach Sekretariatu, z którego rządzili tą częścią Imperium. Jest większy niż Buckingham Palace. Od lat kruszeje, zamknięty na cztery spusty. Długo nie mogłem się tam dostać. Przez dziury w płocie widać było jak przez muszkę i szczerbinkę jakichś ludzi. Chyba ktoś tam mieszkał. Czasem wisiało pranie, mężczyźni leżeli z nogą na nodze, dopalając cziroty***. Mieli karabiny, ale byli półnadzy i  trudno było zgadnąć, co to za służby. Stróże końca historii. I tak wkrótce wysiedli ich zieleń. Jest wszędzie w tym mieście, rozpuszcza stropy, rozpycha gonty.

W końcu się udało. Starzy lokatorzy zniknęli. Na balustradach odczytałem wygrawerowane nazwy szkockich stalowni. Z wysokiego sufitu sypał się tynk, który wirując w gęstym powietrzu, nawet nie dolatywał do podłogi. Podwórze zarastało zielskiem. Gdy ostatni Brytyjczycy opuścili kraj, wprowadzili się tu generałowie. Cieć pokazał mi ich biuro. Siedzieli w nim do 2006 roku,  póki nie wywieźli wszystkiego do Naypyidaw. Pomarszczone ściany wyglądały jak w ubojni. Wskazówki roztrzaskanego zegara na frontowej ścianie stanęły piętnaście lat temu. Gdy w latach dziewięćdziesiątych miasto się rozrosło, trzeba było przebudować sieć kanalizacji. Okazało się, że junta nie ma żadnych map. Były w Londynie.

Dlatego miały ułatwione zadanie. One, czarne imperium pół metra pod naszymi stopami. Dorównują nam liczebnością, lecz potrafią cierpliwie czekać. O poranku na bazarze przy Dwudziestej Drugiej łypią spomiędzy szczelin na nowy towar, na posążki Buddów i stożki przypraw, na pirackie płyty CD i sterty kokosów. Liczą na nasze błędy i winy, na pomyłki w statystykach i zawodne procedury. Już nieraz obalały ludzkie rządy. W 1958 maudam uderzył na indyjski Mizoram. Głód zabił ponad dziesięć tysięcy ludzi. Wybuchła rewolta, która trwała dwadzieścia lat. Nie zlekceważyli ich tylko Brytyjczycy. Uznali je za wrogów publicznych i prowadzili regularną eksterminację. W latach 1922–1923 zarejestrowali dwa miliony zabitych. Najwięcej wybili ich w Rangunie. Ich truchła piętrzyły się przy ulicach jak kopce.

Buddyści wierzą, że ci, którzy źle czynią, w kolejnym życiu odrodzą się w ciele szczura. Według jednej z legend Budda przed śmiercią wezwał do siebie zwierzęta, by przydzielić im pieczę nad kolejnymi latami. Szczury przyszły pierwsze. Ci, którzy urodzą się pod ich znakiem, mają cierpieć na rodzaj przekleństwa – przestrzegają zasad tylko wtedy, gdy pomagają im w drodze do celu, a jest nim władza.

A teraz jakby znów czuły, że w kraju, który przoduje w produkcji opium i liczbie zgonów spowodowanych ukąszeniami węży, w którym trzech na czterech mieszkańców nie ma światła, idzie przewrót. Jeszcze roje czarnych insektów, bezdomne żółte psy i te kruki. Słychać je zaraz po wyjściu z hangaru lotniska. Krążą i kraczą, najgłośniej o zmierzchu. Ich „krrraaa” wpada przez uchylone okna taksówek jak przecinek. Dla wielu buddystów są nietykalne, bo ich głos przypomina świętą sylabę: „a”. Zabicie jednego kruka to grzech równy ścięciu tysiąca mnichów. Zwykle kryją się w koronach drzew, ale czasem wzbijają się w powietrze, przysłaniając słońce. Rangun – królestwo stęsknionych władzy zwierząt.

Znów zapada zmierzch. Ze złotej kopuły pagody Szwedagon wzlatuje, jak co dzień o tej porze, ławica tysięcy nietoperzy, która spływa prosto nad ulicę i wyrusza w miasto na żer.

* Tradycyjny strój birmański przypominający spódnicę, wiązany na biodrach i sięgający kostek, noszony zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety.

** Charakterystyczny dla hinduistów znak na ciele, zwykle na czole, wyrażający przynależność do określonej tradycji religijnej.

*** Miejscowy tytoń zawijany w zielone liście.