Wszyscy ludzie przez cały czas

Marta Guzowska
#
  • W.A.B.
    Warszawa, kwiecień 2015
    352 strony
    135 x 202
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-280-0999-8

Fragment najnowszego kryminału Marty Guzowskiej Wszyscy ludzie przez cały czas opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.

Copyright: Grupa Wydawnicza Foksal / W.A.B.

Pola przeciągnęła się. Wsadziła palce we włosy, pomasowała kości skroniowe i pochyliła się nad stołem. Przełożyła z jednego miejsca na drugie pobrudzone ziemią papiery, postukała w klawiaturę laptopa.

Czytała notatki. Najpierw podparła głowę lewą dłonią, potem prawą, potem znowu lewą, a do prawej wzięła ołówek i nabazgrała notatkę w zeszycie. Potem odrzuciła włosy na plecy. Potem wstała, podniosła z innego biurka zakurzony tom i długo wertowała kartki. Potem znowu usiadła.

Potem wzięła z plecaka kanapkę, zjadła połowę, resztę zawinęła w folię i wyrzuciła do kosza.

Dwa razy wyszła, a po kilku minutach wróciła, wycierając wilgotne ręce o dżinsy na pupie.

Raz przyniosła sobie kawę. Zapytała, czy ja też chcę, ale pokręciłem głową.

Potem znowu siedziała i pracowała, a ja siedziałem i gapiłem się na nią.

Wreszcie przeciągnęła się. Wygarnęła włosy zza kołnierza bluzy i okręciła się na krześle.

– No – powiedziała. – chyba udało mi się wreszcie zamknąć dwunastkę.

Przyjrzała się mojej minie i wybuchnęła śmiechem.

– Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.

Nie było w tym nic śmiesznego. Popatrzyła na rozciągnięty szkielet, nad którym symulowałem pracę.

– Ten szkielet… Jesteś pewien, że ten człowiek został złożony w ofierze? – spytała.

– Nie.

Podniosła na mnie oczy.

– Jestem pewien – mówiłem dalej – że leżał związany na ołtarzu i ktoś wbił mu w pierś ostrze, które szerokością i grubością odpowiada brązowemu sztyletowi, temu, który leżał obok. Nie jestem pewien, czy to zrobił ten, którego nazywacie kapłanem, ale jest to bardzo prawdopodobne. Nie jestem też pewien, w którym miejscu ten kapłan dokładnie stał, kiedy wbijał sztylet, bo ta idiotka Vasso zabrała kości z ołtarza, zanim obejrzałem wzajemną pozycję obu szkieletów. I nie jestem też pewien, czy to była ofiara dla bogów, czy zwykłe morderstwo.

Pola uniosła obie ręce obronnym gestem.

– Nie obrażaj się, Mario. Tego nikt nie może być pewny, nie po trzech i pół tysiąca lat. Ale wszystko na to wskazuje, prawda?

Podniosła się i zaczęła krążyć po pracowni.

– Wiesz, ile w sumie znaleziono na Krecie pozostałości ofiar ludzkich z okresu minojskiego? – Wyciągnęła w moim kierunku dwa palce. – Tyle. Fournou Korifi z okresu wczesnominojskiego i Knossos z późnominojskiego. To znalezisko z Knossos jest zresztą nie do końca pewne…

Zaschło mi w gardle.

Podszedłem do biurka Vasso i wychyliłem duszkiem zostawioną szklankę wody.

– W Knossos – powiedziałem – ludzkie kości reprezentowały co najmniej cztery osobniki, to kalkulacja na podstawie kości długich, bo czaszki poskładano z fragmentów tylko dwie. Wszystko to były dzieci. Na siedemdziesięciu dziewięciu kościach zaobserwowano ślady nacięć. Czyli prawdopodobnie kanibalizm.

Pola przystanęła i oparła się o stół.

– A może to pochówek wtórny – powiedziała, odgarniając włosy. – W Manice też znaleźli takie kości, z wczesnohelladzkiego, nie pamiętam, kto tam kopał. Najpierw też myśleli, że kanibalizm, a potem doszli do wniosku, że to był rytuał pogrzebowy, na przykład nacinanie ścięgien, żeby usadzić ciała w pozycji kucznej.

– W Manicie ślady nacięć były przy główkach kości długich. – Opadłem na krzesło przy biurku Vasso. Nie byłem pewien, czy zdołam dotrzeć do mojego bez drżenia nóg. – A w Knossos na całych kościach, a głównie w miejscach przyczepów mięśni.

– To może oczyszczanie kości. – Pola pochyliła się do przodu i oparła łokcie na kolanach. – Boże, ale mnie bolą plecy od tego kucania na wietrze. Bo na Krecie ciągle to robią, wiedziałeś o tym?

– Kucają na wietrze?

Byłem gotów zrobić wszystko, żeby znowu usłyszeć jej śmiech, ale nie wiedziałem, że to takie łatwe.

– Nie – odparła, kiedy skończyła się śmiać. – Pochówki wtórne. Po roku kobiety z rodziny idą na cmentarz i wydobywają kości z grobu, żeby je złożyć w rodzinnym ossuarium.  A jeśli tkanki miękkie nie są rozłożone, to kości trzeba oczyścić, bywa, że i doskrobać nożem. Pomasowała sobie kręgi lędźwiowe.

– Kreta to w ogóle jest skansen. Dla archeologa kopalnia wiedzy. Wiesz, że ta wielkopiątkowa procesja, o której mówiła wczoraj Chrissa, przypomina procesje minojskie? – Podrapała się po nosie. – To w sumie ma sens, bo chrześcijaństwo kontynuuje przecież masę pogańskich rytuałów. I tu, i tu chodziło o złożenie ofiary, tylko chrześcijanie nazwali ją Jezus Chrystus.

Tęskniłem za tobą, chciałem powiedzieć. Ale wolałem sprowadzić rozmowę na bezpieczniejszy grunt.

– Te dziecięce kości z Knossos nie zostały znalezione w ossuarium – pouczyłem ją. – Ani w grobie. Zostały znalezione w pomieszczeniu kultowym, w towarzystwie licznych naczyń, a w kilku były muszle jadalnych ślimaków. Po prostu ktoś zrobił sobie z dzieci gulasz.

Pola skrzywiła się.

– Czyli uważasz, że przypadek z Knossos jest pewny?

Pokiwałem głową.

– A nasz?

– Już to mówiłem. Spałaś?

Zamiast się rozzłościć, zwyzywać mnie, trzasnąć drzwiami i wyjść, a w najlepszym wypadku odwrócić się tyłem, znowu się uśmiechnęła.

– Poczekaj, zanotuję, zanim zapomnę szczegóły.

Zesztywniałem.

– O to ci chodziło? Ta cała gadka o pozostaniu przyjaciółmi miała ci dostarczyć więcej materiału porównawczego do pracy naukowej?

– To też – przyznała. Uśmiechnęła się, ale w jej oczach nie pojawiły się bursztynowe iskierki i zwątpiłem, czy jeszcze kiedyś je zobaczę. – Ale jest jeszcze coś.

– Zamieniam się w słuch.

– Uwielbiam z tobą pracować, Mario. Naprawdę mi tego brakowało. Ty po prostu wiesz wszystko, co?

– Wszystko, co dotyczy kości, tak.

I tym razem roześmiała się głośno.

– Skromności też ci przez ten rok nie przybyło.

Zakręciła się dokoła na krześle.

Nic nie powiedziałem. I tak miałem wrażenie, że za dużo gadam.

Pola westchnęła i znowu się przeciągnęła. Jej piersi zarysowały się pod bluzą. Przełknąłem ślinę.

Podniosła się. Podeszła. Położyła dłoń na oparciu mojego krzesła. Pochyliła się. Wyjęła jakąś książkę spośród papierów na biurku Vasso. Przekartkowała, odłożyła. Wróciła na swoje krzesło. Dopiero wtedy wciągnąłem powietrze.

– Szkoda, że nie mamy dostępu do tego, co Kalokairinos wykopał w dziewięćdziesiątym dziewiątym. Podobno znalazł jeszcze jeden szkielet. To znaczy jego byłby pierwszy, a nasze kolejne. Ale nic nie opublikował. – Złączyła ręce nad głową i wyciągnęła się w górę. – Ten cholerny wiatr. Dostanę tu reumatyzmu. Galanaki trzyma wszystkie wykopane materiały pod kluczem w magazynie i pewnie do końca świata nikt tego nie zobaczy.

– W magazynie – powtórzyłem jej słowa.

Rozejrzałem się. Regały zasłaniały wszystkie ściany pracowni, pomiędzy półki zdołały się wcisnąć tylko okna i drzwi. Dwoje drzwi. Jednymi wszedłem. Drugie, te, za którymi poprzedniego dnia zniknęła Vasso ze sztyletem w pudełku, były zamknięte. Ktoś wbił w nie gwóźdź, a na gwoździu, na sznurku przewleczonym przez dwie dziury nierówno wywiercone w górnych rogach, zawiesił tekturową tabliczkę.

A–po–the–ke – przesylabizowałem napis.

Odwróciłem się do Poli.

– To chyba nie apteka, na wypadek gdyby kogoś rozbolała głowa.

Na ustach Poli pojawił się kolejny uśmiech.

Szarpnąłem za klamkę.

Drzwi były zamknięte na klucz.

– Jeśli chcesz tam wejść, musisz poprosić Galanaki. Do magazynu wstęp tylko za zgodą efora. Ale ona ci nie pozwoli. – Pola pokręciła głową. – Robert prosił ją  już tyle razy…

Przyjrzałem się drzwiom. Miały tylko jeden zamek, yale, który można otworzyć spinką do włosów. Pod warunkiem, że ktoś potrafi i ma pod ręką spinkę.

Usłyszałem, jak Pola przesuwa krzesło i szeleści papierami. A potem jej głos:

– Pójdę już, Mario.

Szarpnąłem głową, aż poczułem gorący prąd w karku.

– Może ja też.

Podniosła otwarte dłonie do góry.

– Długo się nie widzieliśmy. I fajnie, że spędziliśmy dzisiaj trochę czasu razem. Ale ja też muszę kilka rzeczy przemyśleć. W samotności. – Okręciła się na pięcie. – Widzimy się jutro.

Skinąłem głową, bo znowu coś dziwnego porobiło się z moją śliną i nie mogłem nawilżyć podniebienia.

Pola podeszła do drzwi wejściowych, otworzyła je i zamknęła za sobą.

Drzwi.

Magazyn.

Zamek.

Obróciłem się, obejrzałem zamek raz jeszcze, a potem przymknąłem oczy. Chwilę potem je otworzyłem.

Vasso zaniosła do magazynu sztylet. Dhimitra i Aliki pewnie przynosiły z magazynu ceramikę, która zawalała stoły. Klucz musiał być gdzieś pod ręką.

Na przykład w szufladzie pani Jestem-Najważniejsza-Na-Całym-Świecie-Z-Przyległościami.

Podszedłem do biurka Galanaki i pociągnąłem za szufladę. Szarpnąłem kilka razy, ale bez rezultatu.

Obszedłem biurko i spróbowałem tego samego z szufladą Vasso.

Zazgrzytało i poleciałem do tyłu. Po kamiennej posadzce rozsypały się skuwki od długopisów, spinacze, zszywki i poszarzałe na krawędziach karteluszki. Klucza nie było. Tak samo nie było go na zagraconym biurku Vasso, w szufladzie Roberta ani na żadnej z półek w zasięgu wzroku.

Wyjąłem z szuflady Vasso spinacz z grubego drutu, rozgiąłem, zrobiłem na końcu haczyk i zacząłem grzebać nim w zamku. Nie udało się ani przy pierwszej próbie, ani przy trzeciej, ani przy piątej. Nie miałem pojęcia, jak się robi takie rzeczy, wcześniej widziałem to tylko w telewizji, gdzie wszystko wydaje się znacznie łatwiejsze.

Za szóstym razem w zamku coś się poruszyło. Nie zdążyłem się ucieszyć. Za moimi plecami rozległ się brzęk, a ja omal nie dostałem zawału, bo nie słyszałem kroków.