Zuza albo czas oddalenia

Jerzy Pilch
#
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków, czerwiec 2015
    123 x 197
    134 strony
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-08-05543-4

Fragment najnowszej powieści Jerzego Pilcha Zuza albo czas oddalenia opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

Copyright: Wydawnictwo Literackie

Boże mój, Zuza… Mam sześćdziesiąt sześć lat, trzy małżeństwa i masę przygód za sobą, kobiety były zawsze moją pasją i moim szaleństwem, celem życia. Żyłem dla zwierzęcego, a może boskiego daru dotyku, ale nigdy nie byłem w takiej pasji, w takim szaleństwie i w takim zachwycie jak z tobą. Dotykanie twoich nóg, pleców, ramion jest aktem uniesienia ducha, wymodloną redukcją świadomości. Po cóż ma mnie być więcej? Chcę istnieć o tyle, o ile – Panie Boże – dotykam jej biodra.

Jest – początkiem miłości, błędem dotyku, ciałem w obłędzie. Dziewczyna mi się podoba, pragnę jej dotykać. Starcze urojenia? Kto bierze w ramiona kobietę o czterdzieści lat młodszą, trudno, żeby nie miał uciechy. Nawet jak ma sto dwadzieścia. Kto prowadzi dziennik, trudno, żeby tego nie odnotował. Stary satyr i młodziutka nimfa – uparcie eksponujące ten motyw starożytne ludy wiedziały, co czynią. Młodsze, dużo młodsze partnerki mają godną uwagi zaletę: nie naruszają samotności. Są tak zasklepione w nieskończonym życiu, że rzeczy skończone nie mają do nich dostępu. Możesz być terminalnie chory, możesz mieć – właśnie – sto dwadzieścia lat, one i tak nie zwrócą na twój rychły koniec uwagi.

Nie z racji wyrzutów sumienia, ale z racji dziwacznej pychy ta kwestia raz po raz wraca. Jaka kwestia? Kasy. Zgoda – nikt nie lubi wydawania pieniędzy, zwłaszcza nikt nie lubi wydawania pieniędzy na darmo, a nawet przeciw sobie, bo przecież zawsze jest poczucie niesmaku, lęk przed chorobą i kac egzystencjalny. (Zwykły też – przeważnie coś wypić trzeba). Otóż ja nigdy nie miałem żadnego lęku, niesmaku, ogólnoegzystencjalnego ani zwykłego kaca. Przeciwnie, zawsze mi się wydawało, że za parę groszy otrzymuję absolut – ciało kobiece. Kręciło mnie ono, kręciło nawet, jak było nieco sfatygowane, kręciło mnie, że płacę jego właścicielce, kręciło mnie, że płacą jej inni, kręciło mnie, że uprawia seks z innymi. Oczywiście za pieniądze – gdyby obcowała z nimi za darmo, ergo z entuzjazmem, rychło zdechłbym ze zgryzoty. A raczej z obojętności i nudy. Ja nie potrzebuję kobiety wiernej i oddanej. Ja potrzebuję niewiernej i wyuzdanej. Wychodzę na tym jak Zabłocki na mydle; żadna z tych, na których mi prawdziwie zależało, nie była mi wierna. Ale dopóki była, to była. Nie znam bardziej dławiącego zakręcenia. Ale tylko ta jedna perwersja ożywiała i rozjaśniała nurty ciemnej i gęstej starczej krwi. Inna rzecz, że nigdy nie byłem pasjonatem wyuzdań, nie szukałem zabaw z jakimiś, pożal się Boże, rekwizytami, pozycji zaprzeczających prawu grawitacji ani innych cudów – jakkolwiek to brzmi – na kiju.

8

Ciągle mi się wydawało, że jest. Dbałem o to, by kobiety, z którymi byłem – były ze mną w sensie ścis­łym. To znaczy na okrągło, przez dwadzieścia cztery godziny bez przerwy. Wspólne spacery, obiady i czytanie gazet. Wspólna fizjologia, te same choroby, ten sam zapach ciała, jednaki rytm oddechu.

Teraz piętnuje się takie związki. Nie można wchodzić sobie na głowę, to czysta toksyka, nawet w amoku miłosnym nie wolno tłumić potrzeb drugiego człowieka, najbardziej kochająca się para musi dbać o margines – i to spory margines – wolności etc., etc.

Otóż albo jesteśmy parą, albo nie. Jak jesteśmy, to nie tylko włazimy sobie na głowę, ale też na ramiona, piersi, tułów, ręce, nogi, płuca, nerki, serce, też na flaki, mózg, ślepą kiszkę. Do zesrania, uduszenia, utraty wszystkiego – swoistości, indywidualności i wolności zwłaszcza. Nie ma dystansu, respektu i innych klęsk – jest wzajemne pożeranie siebie. Jeśli szczerze kochasz, w zasadzie cię nie ma. Twoje ciało po katastrofie, którą jakimś cudem przeżyłeś, zmieszane z jej szczątkami – co jest czyje? Twoja dusza z tamtą połączona nie zna dokładnie swoich granic. Konieczny nie tylko dwuosobowy sedes, ale i trumna. Prawdziwa miłość ma wysoką temperaturę i z lekka cuchnie rozkładem. Prawdziwa miłość to szaleństwo – para szaleńców pielęgnujących nie­zależność? Ani szaleństwa, ani miłości, ani niezależności. „O każdej dobie będę ja przy tobie” – oto dewiza tych, co po staremu wierzą w niezapomnianą utratę zmysłów, rozumu i przytomności. Albo miłość, albo wolność. Moje byłe znają tę poezję; Zuza poznała zaledwie wstęp, i to niecały. Zasypiałem w fotelu, budziłem się i byłem pewien tak jak zawsze: ktoś jest przy mnie. Z kuchni dochodził jakiś szelest, nic dziwnego, ktoś przecież ze mną mieszka. Kto? Nie jestem pewien, w której fazie życia się obudziłem.

9

Starzy rabini powiadają: liczy się tylko pierwsza żona, reszta to zawracanie głowy. Zapewne mają rację. Dwie moje następne żony to było tragiczne nieporozumienie. (Nie następne po Zuzie, tylko po pierwszej i drugiej; Zuza jest ostatnią miłością, Nulla była pierwszą – a po niej dwa fiaska). Raz uwierzyłem, że magia urody przezwycięży wszystko, za drugim razem nadziałem się na niby słusznie wykombinowane przeciwieństwo – niestety tak zwana więź intelektualna, czyli niekończące się rozmowy, również nie przezwyciężała wszystkiego; też nie ocalały, nie pomagały, nie uzupełniały, nie leczyły i Bóg wie czego jeszcze nie robiły. W istocie i wbrew założeniom druga była ładna i wszystko inne przestało znaczyć. Zawarliśmy też coś w rodzaju precyzyjnie sporządzonej umowy handlowej. To a to za to, a to a tamto za to. Poza tym święty spokój. Zawsze marzyłem o takim układzie. Okazuje się, nie znam się na ludziach. W pierwszym przypadku ciężko wyjść z łóżka, w drugim ciężko pójść do łóżka.

Natomiast pierwsze małżeństwo to był wyczyn. Zarówno w sensie jakości, długości, namiętności, jak i wszelkich innych okoliczności. Dziś już prawie nikt tak nie żyje, wtedy wieczność była bez miar. Zaczęliśmy wcześnie – w drugiej licealnej, czyli koło 1964 roku, a rozwodziliśmy się trzydzieści lat później, gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych. Byłem gotów do startu jeszcze wcześniejszego. Nulla wpadła mi w oko od razu pierwszego dnia, gdy stłoczonych na dziedzińcu nastolatków z groteskową pompą przyjmowano do szkoły średniej. Szczerze mówiąc, niepodobna było nie zauważyć wysokiej, zgrabnej, długowłosej blondynki otoczonej wianuszkiem koleżanek, które wyglądały ładnych parę lat młodziej, czy raczej należałoby powiedzieć: infantylniej. Nulla była już kobietą, one jeszcze nie. Ona znała sekrety makijażu i rozjaśniania włosów wywarem z rumianku, im takie kunszty zdawały się grzechem. Znała smak alkoholu, papierosów i nie tylko. One uważały to za zbrodnię. Nie założyłbym się, że była dziewicą, i przyjąłbym każdy zakład przeciwny. Nie byłem jej ulubieńcem. Wyglądałem nieco niedojrzale, miała chłopaka w dziesiątej klasie – nic poważnego, ale był. Kiedy się zorientował, że lada chwila go nie będzie, walkę podjął przykrą i czasochłonną. Nulla wygrała łatwo, nie kochała go. Rzecz w tym, że mnie też nie kochała. Ale byłem do przyjęcia. Teść mnie lubił, nie tylko dlatego, że – jak się okazało – kibicowaliśmy tej samej drużynie piłkarskiej; z czasem dochodziłem do wniosku, iż powiedzieć: „lubił”, to nic nie powiedzieć; nie nadużyję zasady braku patosu, jeśli wyznam, iż mimo moich licznych upadków nigdy nie stracił we mnie wiary. Tak się jakoś składało, że jeśli idzie o najbliższych, najbliżej był zawsze on.