Pani Stefa

Magdalena Kicińska
#
  • Wydawnictwo Czarne
    maj 2015
    133 × 215
    272 strony
    ISBN: 978-83-8049-087-1

Fragment książki Magdaleny Kicińskiej Pani Stefa opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

Copyright: Wydawnictwo Czarne

Słowo „przyjemność” nie pada, kiedy mówią o Wilczyńskiej. Przyjemność wywoływałaby uśmiech, a on też im do niej nie pasuje.

– Nie żeby się nie uśmiechała – tłumaczy Szlojme. – Zdarzało się jej uśmiechać, zdarzało i śmiać. Tylko że ten śmiech nie był u siebie. Był u Stefy gościem, który przychodzi z daleka i nie wie, co ze sobą zrobić.

Dziwnie było widzieć, jak się śmieje.

Dobrze było widzieć, jak się śmieje.

– Zrozum nas: duże, głęboko wciśnięte oczy, wielki nos, zmarszczone policzki, krótkie kosmyki włosów okalające twarz, czarny pieprzyk, brwi zmarszczone. Wysoka, przysadzista, w czarnej sukni. W ręce zawsze ten pęk kluczy, ciężkich, brzęczących.

Żadna sceneria dla „przyjemności”. Ale któregoś dnia Szlojme dzwoni, wyraźnie ucieszony.

– Było coś! Te mikroskopy, o których ci mówiłem. Któregoś wieczoru widziałem, jak wnosi jeden po schodach, do siebie. Popatrzyła na mnie zawstydzona i odtąd mieliśmy tajemnicę.

Cieszy ją jeszcze podsuwanie dzieciom do czytania podręczników do botaniki z dużymi planszami. Cieszy opowiadanie o odkryciach Darwina. Albo gdy w 1921 roku w Gocławku (wtedy podwarszawskim) powstaje ośrodek kolonii letniej „Różyczka” i może zabierać dzieci na spacery, pokazać łąkę, mówić: „tu w dzień pasą się krowy” (jedna z dziewczynek o takim właśnie nazwisku oburza się: „podam panią do sądu!”). Więc tłumaczy jeszcze, co to krowa, rzeka, las. Niektóre tyle drzew widzą po raz pierwszy w życiu.

Podobno lubi też rozmawiać po francusku, a kiedy się denerwuje, mamrocze w nim pod nosem, żeby dzieci nie zrozumiały.

(Czy wtedy, gdy planuje wydatki, i widzi, jak topnieją środki z magistratu?)

Na początku lat dwudziestych Towarzystwo „Pomoc dla Sierot” prosi o pomoc władze miejskie, nie chce utrzymywać się tylko z datków i dobrej woli darczyńców. Szuka nowych sposobów pozyskania pieniędzy. Z kolonii letnich odpłatnie będą korzystały inne zakłady. Na dodatkowo wydzierżawionym kawałku ziemi zakładają gospodarstwo rolnicze. Po kilku latach powstanie tam internat dla dzieci, które czekają na miejsce w Domu, i wychowanków opóźnionych w nauce, a w 1928 roku jeszcze przedszkole (będzie nim kierować była bursistka Ida Merżan).

(Dopisać – przypomina sobie Wilczyńska? – do planu dnia: doglądanie przedszkola, odpowiadanie na pytania młodych pracownic, czas na wyprawienie do „Różyczki” w lecie setki dzieci, podzielenie na tury, wyposażenie, wyjazd z nimi).

Dzieci na początku nie mogą się odnaleźć poza Krochmalną. Icek Cukierman, wychowanek Domu Sierot, przeniesiony później do Gocławka, wspominał: „jedynym, co nas łączyło z Domem Sierot, były cotygodniowe przyjazdy pani Stefy, których oczekiwałem z niecierpliwością”.

*

Szlojme:

– Wymagała od wszystkich dużo, od siebie najwięcej.

Sara Kramer, wychowanka Domu, wspominała Betty Lifton: „Bardzo tęskniłam za swoją mamą. Kiedy odwiedzałam ją w soboty, bardzo ciężko było mi później wrócić do Domu. Moja mama zawsze była mamą, ale gdybym z nią została, moje życie potoczyłoby się inaczej. Nie dostałabym od niej tego, co dostałam od Stefy”.

Hanna Dembińska też mieszkała w Domu. O Stefie powiedziała: „Cokolwiek dla mnie zrobiła i tak nie była moją matką. Myślę, że była o nią zazdrosna”.

Seweryn Nutkiewicz: „Korczak i Stefa to mniej niż rodzice i więcej niż rodzice. To wychowawcy. […] Ojciec patrzy na dziecko subiektywnie, […] wychowawca […] obiektywnie. Prowadzili nas nie od początku i nie do końca. W rodzinie dziecko styka się na co dzień z realnym życiem. Dom na Krochmalnej był światem zamkniętym”.

Wspomnienie bez podpisu: „Korczak zjawia się na krótko, dzieci wtedy biegną do niego ze swoimi sprawami, wciągają do zabawy, a on nie odmawia. Stefa była matką domu, często z konieczności surową, i nie trudno zrozumieć, że spośród 107 wychowanków i inni mogą mieć do niej żale. Była twarda i zdarzało się, że kogoś ukarała za nic. Dali nam ciepło, ale to było ciepło wychowawcy, tylko wychowawcy. Ale ojcem, matką może być każdy. Wychowawcą cudzych dzieci tylko nieliczni”.

Ida Merżan zapamiętała: „Zażartowałam kiedyś, gdy mnie spytano, ile pani Stefa ma dzieci: 50 dziewczynek, tyluż chłopców, 20 bursistów i jedno starsze, najtrudniejsze, bo zbyt samodzielne – Korczaka”.

Jochewed Cuk: „Korczak to był ten ukochany tata, Stefa była złą mamą, która jest zawsze, 24 godziny na dobę”.

Samuel Gogol: „Nie wydaje mi się, żeby była zimna. Dom nie mógłby istnieć bez tej niezwykłej pani o poważnej twarzy. Każdy szczegół ją interesował. Doktór nie zajmował się tymi sprawami: ubranie, czyste ręce, porządek. Sądzę, że zastępowała nam i matkę, i ojca, przecież ktoś musiał nas prowadzić silną ręką. W moich wspomnieniach Dom Sierot to pani Stefa, a pani Stefa – to Dom Sierot […]. Jeżeli chodzi o sprawy materialne, głównie ona zajmowała się nimi. Żebym miał spodnie, żebym włożył pantofle, o to dbała pani Stefa. Nie mówiło się o tym, to było samo przez się zrozumiałe [wyr. – M.K.]”.

*

W anonimowej ankiecie Ady Poznańskiej-Hagari w latach osiemdziesiątych mówili jeszcze:

„Była jak matka, ale taka, co trzyma mocno”.

„Potrafiła tak krzyknąć na dziecko, że je przestraszyła”.

„Jako dziecko uważałem, że Doktór był lepszy, lecz z perspektywy myślę, że udział Stefy w moim wychowaniu nie był mniejszy”.

„Doktor był bardziej wrażliwy, czuły. Ona musiała być twarda”.

„Korczak był jak matka, ojcem była Stefa”.

„Gdy była na mnie zła, nie rozmawiała ze mną i nie odpowiadała. Rozumiałem, że jest zła, ale nie rozumiałem, o co”.

„Kiedy dziewczynki zaczynają miesiączkować, dba o nie szczególnej. Przydzielała dodatkową kąpiel. Przeprowadzała rozmowę. Wstydziłam się. Stefa wytłumaczyła mi dokładnie, co się dzieje”.

„Były dzieci, których nie lubiła. Mnie wyrzuciła z Domu za nic”.

„Dlaczego mnie tak kochała, przecież byłam okropna?”

„Kiedy skończyłam siedem lat, urządziła mi urodziny, chociaż nie było u nas takiego zwyczaju. Pytała, kogo lubię, i zaprosiła te dzieci. Był poczęstunek, piosenki. Miałam wspaniałe urodziny”.

„Byliśmy chorzy, leżeliśmy w łóżkach. Korczak zbadał i stwierdził, że już jesteśmy zdrowi. Zostaliśmy w łóżkach. Czekaliśmy, aż pani Stefa wróci i pozwoli wyjść”.

„Spotykałam się z chłopcem potajemnie. Stefa weszła i zapaliła światło. Później przychodziła za każdym razem sprawdzać, czy jestem w łóżku. Jeśli Stefa była jak matka, to dlaczego nie wierzyła mi?”

„Powiedziała: wiem, że w tej metodzie jest błąd. Lepszy jest bezpośredni kontakt z dzieckiem. Ale nie zmieniła tego”,

„Kiedyś dostałem od niej policzek, nie pamiętam za co. Byliśmy sami. Powiedziałem: Też mam ręce i mogę oddać. Spojrzała zdumiona i – objęła mnie. Nie przeprosiła, ale przytuliła mnie, wiedząc, że popełniła błąd”.

„Nie było z nią dyskusji”.

„Nie lubiłem jej”.

„Kochałem ją”.

*

Oschła, twarda, nieugięta, szorstka, niesprawiedliwa.

(Szlojme:

– Robiła różnice. Jedne dzieci lubiła bardziej od drugich. Te zdolne, ładne, więcej).

Zasadnicza, pamiętliwa. Takie słowa powtarzają się we wspomnieniach wychowanków, czasem układają się w listę ciągle jeszcze nieprzeterminowanego żalu albo akt oskarżenia: nie była taka jak Korczak.

Ale obok nich, a czasem równolegle, pojawiają się i inne: zamiast niesprawiedliwa – szczera, nie surowa – wymagająca, nie zbyt poważna, tylko pragmatyczna i życiowa. Pamiętają (jeden, trzeci, piąta) jej twarz nad łóżkiem, kiedy byli chorzy. Rękę na czole, kiedy gorączka. Pocieszanie po pędzlowaniu gardła jodyną.

*

List z drugiej połowy lat trzydziestych, który Wilczyńska pisze do byłej, dorosłej już wychowanki (nie zachowało się jej nazwisko):

Kochane moje dziecko, ani Cię nie będę pocieszała, ani perswadowała. Ani Ci to nie pomoże, że Julek martwi się z Tobą, że Ci inni współczują. Nikt i nic nie potrafi pocieszyć w takim wypadku. Tylko czas i praca zrobi swoje. Widzimy to dookoła u innych ludzi, którzy podobne straty przeżyli. Wiem to ze swojego doświadczenia, kiedy różnych bliskich na cmentarz odprowadzałam.

Ludzie nic nie pomogą. Każdy tylko sam ze swoim bólem. I nikt mu ująć nie może, nikt pocieszyć, nawet najbardziej kochający człowiek.

To trudne, co Ci mówię, dziecko kochane, ale tak jest. I nawet myśl, że przecież będziesz miała kiedyś inne dziecko, nawet i to teraz dla Ciebie nie będzie pociechą.

Dobre tylko jedno, że masz przy sobie takiego Julka, a on ma Ciebie.

Chcę bardzo Cię zobaczyć, ale doprawdy nie wiem, jak to będzie. […]

Mocno, mocno całuję Cię jak wtedy, kiedy byłaś mała i miałaś zmartwienie.

*

Szlojme:

– Dom dostawał od darczyńców wejściówki. Do kina, do cyrku. Poszłem do cyrku w pierwszym roku swojego pobytu na Krochmalnej. Podzieliliśmy się na grupy, ja byłem w tej, którą prowadziła Stefa. Bardzo podobały mi się występy zwierząt, ale akrobaci mnie przerazili. Bałem się, że spadną. Bardzo się bałem. Zmoczyłem spodnie. Stefa pogłaskała mnie i powiedziała: „Szlomku, coś takiego mogło się przydarzyć każdemu”.

*

W 1926 roku Korczak powołuje „Mały Przegląd”, gazetę współtworzoną przez dzieci i dla dzieci, cotygodniowy dodatek do „Naszego Przeglądu”. Zostaje jej redaktorem. Wilczyńska też włącza się w powstawanie gazety.

(Do planu zajęć dopisuje: znaleźć czas na czytanie listów do gazety, wybór pytań od najmłodszych, spotkanie redakcyjne. Odsyła teksty z poprawkami: „ze skrajności w skrajność: tym razem zbyt lapidarnie”).

W jednym z numerów czytam:

Wszyscy przyznają, że Szlojme naprawdę wynalazł „szklane kino domowe”, więc powinien podpisywać się sposobem zagranicznym: Schloym’e. Bo wielcy wynalazcy przeważnie mają dziwne nazwiska.

Chłopcy bardzo zainteresowali się aparatem Schloym’ego, powstały nawet 3 spółki, które pracują i kręcą. Największą spółką, pod nazwą „Kroch – film”, do której należy 16-tu wspólników, zarządzają Heniek, Szymek, Wolf i Mojsie.

Druga spółka nazywa się „Jakób – Cyn – film”, bo na czele stoją Jakóbek i Cynamon, a trzecią, „Kołek – film – man”, kierują Piekołek i Herman.

Prezesem wszystkich spółek jest wynalazca Schloym’e. Oto, w jaki sposób zrobił swój wynalazek:

– W szkole – mówi Schloym’e – wyświetlano przezrocza o roślinach. Ten aparat zawsze mnie interesował. Chciałem mu się przyjrzeć, ale zaledwie zbliżyłem się, chłopcy krzyknęli: „Odejdź – stłuczesz – powiem panu!”.

Dopiero na pauzie, kiedy wszyscy wyszli z klasy, zostałem i zbadałem go. Podczas wyświetlania usiadłem na pierwszej ławce i patrzałem, jak wsuwano i wyjmowano kliszę. Zauważyłem, że silnie światło przechodzi przez kliszę, później przez szkło powiększające, i – obraz pada na ścianę. Już wiedziałem.

Powiedziałem Karolkowi i Sorce, że trzeba zrobić kino. W sobotę Karolek dostał 40 groszy, więc kupił tekturę. Trzeba było zrobić długie czworokątne pudełko. Wycięliśmy z tektury boki scyzorykami (były tępe, dlatego na tekturze pozostały ślady – ząbki). Boki złożyliśmy i Srulek okleił białym papierem. Karolek powiedział, że paskudnie wygląda, zdarł i okleił czarnym papierem.

Szkło powiększające dał mi kolega, więc przykleiliśmy je do otworu aparatu. Z boków zrobiliśmy trzy podłużne otwory na klisze różnych wielkości, ale klisz jeszcze nie było.

[…] Ze starej, podartej koszulki zrobiliśmy ekran, który przybito do dwóch patyków, aby można było zwijać. W ciemnym pokoju zawiesiliśmy ekran, aparat ustawiliśmy naprzeciwko, zapaliliśmy lampkę w aparacie, wsadzono kliszę i czekaliśmy. Na ścianie ukazała się tylko okrągła plama szkła powiększającego. Widocznie przeszkadzało, więc usunęliśmy szkło i zaraz ukazała się na ekranie 5 razy większa niż na obrazku dziewczynka, karmiąca ptaszki. Wszyscy chcieli zobaczyć. To był jakby cud: obrazki ukazywały się na ścianie!

[…] W sobotę o godz. 6.30 odbyło się pierwsze przedstawienie. Zaproszono dzieci z całego domu […].

– To na pewno byłem ja, nie żaden inny Szlomo! Powiem ci, skąd mam pewność. Przecież to od niej się wszystko zaczęło. Dzień był słoneczny, wiosna, rosły wtedy – Szlojme próbuje sobie przypomnieć słowo „forsycja”– te żółte krzaki, zaraz były oba święta, polskie i żydowskie. Znalazła mnie na podwórku. Musiała coś załatwić w Śródmieściu. Zabrała ze sobą mnie i jeszcze dziewczynkę, nazywała się chyba Tobcia. W tramwaju dała nam po cukierku. Dziwnym takim, wyglądał jak kawałek marmuru. Zapytałem, czy chce, żebym sobie połamał zęby. Odpowiedziała: „Sprawdź mnie”. I się śmiała, jak rzadko. Sprawdziłem, marmur jest słodki i można go długo ssać. Tu, w Kraju, szukałem takich cukierków długo, ale nie znalazłem. Może gdzieś w Warszawie są jeszcze? Z tramwaju szliśmy ulicami i trzymała mnie za rękę. Aż zaszliśmy pod sam ogromny pałac, tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, który okazał się domem towarowymi. Chyba wtedy największym w całej Warszawie.

– Dom Braci Jabłkowskich?

– Nie wiem, może, chyba tak. Miał kilka pięter, szerokie schody, ogromne okna. I dział z zabawkami. Moją uwagę szczególnie zwróciły zestawy modeli do składania, Meccano, znana firma. Małe i duże, samochody, statki, różne konstrukcje z metalowych elementów, takich płaskich blaszek z dziurkami, śrubek, nakładek. Na środku sali stał taki wysoki, ogromny model, wydawało mi się, że do samego sufitu. Stałem przed nim z rozdziawioną gębą. „I co na to powiesz?”, spytała mnie Stefa. Powiedziałem, że to najpiękniejsza rzecz, jaką widziałem w życiu. „Nie stać nas, żeby kupić taki, ale Dom dostał w prezencie mały zestaw. Popatrz sobie, żebyś wiedział, co można z tego zbudować, jak to wszystko działa”. Potem, kiedy w szkole rozkręciłem budzik i zadzwonił na lekcji, nauczyciel wezwał ją do siebie, a ona skrzyczała mnie tylko trochę. Dużo, mówiłem ci już, w Domu naprawiałem. Stefa czasem zostawiała mnie samego z zepsutymi sprzętami, nie mówiła, jak co naprawić, po prostu przynosiła niesprawną rzecz. Na przykład pęknięty termometr, z którego trzeba było usunąć rtęć. Mówiła tylko: „Polegam na tobie”. Ty wiesz, co to znaczyło, że ona polegała na mnie? Przecież ze mnie było takie liche nic.