Piąty beatles

Mariusz Czubaj
#
  • W.A.B.
    Warszawa, maj 2015
    135 x 202
    320 stron
    oprawa: miękka
    ISBN:
    978-83-280-1513-5

Fragment najnowszego kryminału Mariusza Czubaja Piąty beatles opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Copyright: Wydawnictwo W.A.B. / Grupa Wydawnicza Foksal

Pierwsza pochodziła od „Ruska”. Zidentyfikowali ciało. Patryk Kodym. Mówi to panu coś? Bo powinno. Wiadomość pochodziła z godziny czwartej rano. Najwyraźniej Rusiński nie zmrużył oka. Albo pojawiły się okoliczności, które nie dały mu zasnąć.

Kodym. Patryk Kodym. Skąd...

Poderwał się i usiadł na łóżku, przytrzymując dłońmi materac. Patryk Kodym. Oczywiście.

Drugi telefon był z Katowic. Dzwonił Gawlik, naczelnik wydziału kryminalnego i jego szef. Prosty przekaz. Heinz ma udać się na lotnisko i nadzorować, na razie nieoficjalnie, przebieg śledztwa. Jestem prawie pewien, usłyszał głos przełożonego, że sprawa powędruje do nas, do Katowic. Trudno było w tym nagraniu uchwycić jaśniejsze tony. Głos należał do kogoś, kto zerwał się z łóżka bardzo wcześnie rano. Został postawiony na baczność. I wyprowadzony z równowagi na cały dzień. Wiadomość była z piątej pięćdziesiąt.

Heinz nie dziwił się nerwowości szefa. Nazwisko Ludwika Kodyma, przedsiębiorcy, który uchodził za wzór nowoczesnego polskiego kapitalisty, otwierało wiele drzwi i mogło zamknąć niejedną karierę. Należenie do grona ludzi ustosunkowanych sprowadza się do posiadania równie wpływowych znajomych, a Ludwik Kodym potrafił ich pozyskiwać. Umiał także przekuwać pomysły w wielomilionowe kontrakty, a następnie w zyski.

– Widzi pan, nie lubię, gdy nazywają mnie biznesmenem. Wolę takie określenia jak „wizjoner” albo „kreator” – tłumaczył, opierając rękę na ramieniu profilera. W dłoni trzymał oszroniony kieliszek z wódką.

Poznali się zimą podczas balu charytatywnego. Heinz grał z zespołem. Na szczytny cel można było wylicytować dla siebie jakiś utwór. Coś w granicach rozsądku, czyli z klasyki rocka. Żaden Bajm czy disco polo. Wówczas mignął mu gdzieś młody Kodym. Na głowie miał bejsbolówkę, rozmawiał chyba dłużej z perkusistą o jakichś rytmicznych kwestiach.

– Mój syn – powiedział wizjoner i kreator w jednym, poprawiając bordowy krawat – nie ma biznesowej żyłki. To artystyczna dusza. Ale pan powie, komendancie, pan się zna na muzyce, czy ten cały rap to w ogóle sztuka?

Heinz awansował wówczas, na kilka godzin, na komendanta. A teraz o piątej pięćdziesiąt dzwonił Gawlik, który najwyraźniej martwi się, by nie skończyć jako posterunkowy. Nawet jeśli w tych obawach jest wiele przesady, Kodym może napsuć nieco krwi.

Mały Kodym. Może to jednak nie on? Przypomniał sobie tatuaż. Szansa, że ludzie nagminnie dziargają sobie takie trzy litery, nie należała do dużych.

Trzecie nagranie. Mała Pocahontas. Daj znać, kiedy wracasz. Zrobię coś do jedzenia. Odsłuchał wiadomość jeszcze raz. Pokręcił głową. Rzadka chwila troskliwości. Nie będzie tego kasował. Godzina? Siódma pięćdziesiąt.

O ósmej trzydzieści „Rusek” nagrał się raz jeszcze. Jesteśmy na miejscu. Zaraz zaczynamy. Samochód czeka na pana. Brzmiało to jak ponaglenie. Coś w stylu: pospiesz się, tyle że na miękko.

Zjadł śniadanie na stołówce. Zadzwonił do Pocahontas. Tak, sprawy się nieco skomplikowały. Mam na głowie trupa. Ludwika Kodyma znasz pewnie, może nawet leczył jakieś neurozy u tak wziętej terapeutki jak ty. Aha, nie leczył? To wszystko przed tobą. Więc ja tu mam ciało młodego Kodyma, najpewniej młodego Kodyma, i nie wiem, co z tego wyniknie.

Odebrał kluczyki i odnalazł na parkingu czerwonego renaulta. „Rusek” się spisał. Do kluczyków dołączona była mapka, którą narysował. Renault skręcił w lewo, minął hotel Gromada, a potem Heinz pogubił się na rondzie. Zupełnie jakby był w Paryżu, a nie w Pile. Zrobił trzy okrążenia, wybrał pierwszy zjazd i zatrzymał się.

– Rondo Matwiejewa? – Dziewczyna patrzyła na niego ze zdziwieniem. – To właśnie tu. Wszyscy w mieście tak mówią, przyjęło się.

Podziękował i ruszył z piskiem opon. Odbił w prawo i przejechał obok Ars Medicalu. Przy wjeździe na lotnisko minął się z radiowozem. Zatrzymał policyjne auto, wyjaśnił, kim jest, i zapytał o drogę. Jeszcze ze dwa kilometry. Kierunek na godzinę dziesiątą. Hangaroschron numer dziesięć. Niedaleko stadniny. Niedaleko. Na lotnisku wojskowym odległości są pojęciem względnym, a przekonał się o tym, gdy dojechał do pasa startowego. Rzeczywiście gigant. I nic dziwnego, że urządzają tu sobie wyścigi. Sam miał ochotę ustawić się i wcisnąć pedał gazu. Gdy zbliżył się do ogrodzenia z bali, którymi wydzielony był teren stadniny, zatrzymał się. Po wczorajszym grillu nie było śladu. Wszystko posprzątane, ani jednej puszki po piwie. Sterylnie jak w magazynie, gdzie zostało znalezione ciało.

Dotarł na miejsce i przywitał się z dwoma technikami, których poznał wczoraj.

Podszedł do „Ruska”. Na twarzy mężczyzny widać było ślady nieprzespanej nocy. A w jego zachowaniu już po chwili dało się wyczuć rezerwę. Powściągliwość, która była nowym tonem, nieobecnym wczoraj.

– Wyjaśnijmy coś sobie. – Heinz chwycił Rusińskiego za łokieć i odciągnął na bok.

Wyjaśnili. Najpierw zaproponował, by mówili sobie na „ty”. A potem wrócili do sprawy, która w ciągu kilku godzin znacznie się skomplikowała. Zapętliła się podwójnie. Raz: ofiara to syn znanego faceta z Katowic. Dwa: najpewniej śledztwo przejmie ekipa ze Śląska. Chyba że poszlaki i ślady będą prowadziły tu, do Piły.

– Mało wiemy, ale na razie nic na to nie wskazuje – mruknął „Rusek”.

Był także punkt trzeci.

– Chciałbym, byśmy się dobrze zrozumieli – powiedział Heinz. – To dochodzenie nie jest mi wcale na rękę. A znając życie, będę brał w nim udział. Już biorę udział. Wiesz dlaczego?

„Rusek” wiedział doskonale. Ofiara: syn wpływowego biznesmena. Będą naciski, ponaglenia, raportowanie, meldowanie, dziennikarze, łowcy sensacji. W takich sytuacjach trudno stworzyć coś na kształt kordonu sanitarnego, odciąć się od zgiełku, przygotować bez drżenia rąk taki preparat, który trafi pod policyjny mikroskop.

– I tak najważniejsze jest to, co zrobimy tu. – Wskazał magazyn. – To, co zastaniemy na miejscu, będzie decydujące. A to – skinął na Rusińskiego – już twoja działka.


Raz jeszcze obszedł hangaroschron. Dopiero teraz, za dnia, dostrzegł, że pokryty był kolorami maskującymi. Obok cyfry „10” czyjaś ręka namalowała białą farbą napis: „Dopóki śmierć nas nie rozłączy”.

No właśnie. Każda śmierć oddziela od żywych. Ale zabójstwo przypomina też naczynia połączone. Ten chłopak spotkał kogoś na swojej drodze, a potem... Kogo spotkałeś? Gdzie? Kiedy i jak?

– Jak ustaliłeś tożsamość? – zapytał.

– Zacząłem przeglądać bazę zaginięć. – „Rusek” potarł przekrwione oczy. – Sam nie wiem... Widocznie czułem, że kroi się coś grubszego. Wyskoczył na samej górze, świeży przypadek. Zgłoszony dwa dni temu.

– Ktoś potwierdził, że to Kodym?

– W drodze jest jego matka.

– Matka?

– Też się zdziwiłem. Okazało się, że ten biznesmen, Ludwik czy jak mu tam, wczoraj poleciał do Londynu. Też już wie. Przerwał rozmowy i wraca do kraju. Dzwonił do mojego szefa. Ona jest już w drodze... – Zawahał się.

– Co jest?

– Obawiam się, że nie unikniemy spotkania. To znaczy... – Skubał nogawkę spodni jak uczeń przyłapany na jakimś wykroczeniu.

– Wolałbyś, żebym wziął to na siebie?

„Rusek” przytaknął.

– Teraz to i tak już twoja sprawa.

Obyś się mylił, pomyślał Heinz. Nie powiedział jednak nic.

Stanął w wejściu i podobnie jak wieczorem, omiótł magazyn spojrzeniem. Na środku stał nadmuchany basen, nad nim, na długim kablu, tliła się żarówka. Zasadnicza różnica polegała na tym, że w magazynie nie było ciała.

Technicy zakończyli pracę. Pomieszczenie było czyste. Na stole, na krześle, na tworzywie, z którego wykonano basen, żadnych paluchów. Natomiast na betonowej wylewce zobaczył plamę, której wczoraj z pewnością nie było.

– Tylko ten trzonek spod zlewu i to. – Jeden z techników wyjął opisaną torebkę foliową.

– Co to jest? – Heinz zmrużył oczy. Dopiero po chwili wypatrzył kawałek przezroczystego plastiku. Mała płytka o długości półtora centymetra i mniejszej szerokości.

– Nie wiemy – odpowiedział jeden z kryminalistyków. – Nie wiemy, czy ma to jakiś związek ze sprawą. Znaleźliśmy to, o, tu. – Wskazał punkt przy tylnej nodze stołu. – Plus to zdjęcie, które wczoraj pan widział. – Kiwnął głową w stronę basenu. – Tyle tego.

– Żarówkę, kabel sprawdziliście?

Technik popatrzył na Heinza urażony.

– Na wszelki wypadek pytam – mruknął profiler.

Nie takie rzeczy się zdarzały, pomyślał. I wciąż się zdarzają.

Magazyn był sprawdzony, ale Heinz poprosił o komplet rękawiczek. Przeciągnął palcem po kolebiącym się stole. Przyjrzał się pod światło. Na blacie powinien osiąść kurz, ale tu go nie było. Tak samo postąpił z siedzeniem i oparciem kolebiącego się krzesła. Palec lateksowej rękawiczki pozostał biały. Podobno jest jakiś popularny program w telewizji: chodzi babka po mieszkaniach i robi test rękawiczki. Do ciebie też przyjdzie, powiedziała mu niedawno Pocahontas. Mimowolnie uśmiechnął się.

Kucnął i uważnie przyjrzał się podłodze. Tym razem nie poczuł bólu w stawach. Pochylił się jeszcze bardziej, jego nos znajdował się tuż nad ziemią. Heinz czuł stęchłą woń zimnego betonu, nic ponadto. Poruszał się na kuckach i doszedł tak do basenu. Uniósł głowę i spojrzał na zwisającą żarówkę.

Wstał, otrzepał dżinsy na kolanach i ruszył na prawo. Obejrzał zlew, chwycił za gałkę od kranu. Nawet nie drgnęła. Spróbował raz jeszcze. Znów nic. Zmarszczył brwi. Rdza zrobiła swoje. Nikt by tu niczego nie zwojował.

Wyszedł przed magazyn. Na dworze było znacznie cieplej niż w środku. Kilkadziesiąt metrów od hangaroschronu zatrzymała się czterosobowa grupka rowerzystów i przypatrywała się radiowozom.

– Wejdźcie do środka – polecił technikom – a ja zamknę drzwi. Stańcie przy basenie i krzyknijcie coś po dziesięciu sekundach, wrzaśnijcie, jakbyście wzywali pomocy. Nie oszczędzajcie gardeł.

Zatrzasnął metalowe drzwi, które nie były do końca szczelne. I pewnie zamknięte na łańcuch i najtańszą kłódkę. Żadna przeszkoda. Między dwoma skrzydłami była półcentymetrowa szczelina.

Nasłuchiwał. Pięć, siedem sekund. Wreszcie rozległ się stłumiony, matowy krzyk. Wyciszony, ale słyszalny. Zadowolony kiwnął głową. Otworzył drzwi i wypuścił techników ze środka.

Odeszli kilka metrów i we czterech stanęli przy radiowozie. Dwóch zapaliło papierosy, a dwóch nie. Za kierownicą siedział znudzony policjant. Może nawet przysypiał.

– Nasz nieznajomy, zakładam, że to mężczyzna, musiał mieć obmyślane to miejsce – powiedział Heinz. – Nie przyjechał tu na chybił trafił. To byłoby niedorzeczne.

Słuchali go w milczeniu.

– Ma namierzony hangaroschron, pewnie oglądał taki już kiedyś. Zabezpieczenie magazynu pokonałoby dziecko. Zresztą i tak w środku nic nie ma. Mówiłeś – zwrócił się do „Ruska” –
że tego nikt nie pilnuje?

– Jeśli chce pan wynająć hangaroschron, tak jak tamci od koni – wtrącił technik, który palił – zatrudnia pan firmę ochroniarską. I oni strzegą tylko tego miejsca. Reszta ich nie interesuje.

– No właśnie. Czyli nasz facet podjeżdża. Rozumiem, że na ślady opon nie ma co liczyć?

– Było sucho ostatnio. Nie mamy nic.

– Więc podjeżdża. Ma ten swój basen. I chłopaka. Ale co z wodą? Ten kran nie działa. Jak to rozwiązuje? Przecież nie przywiezie tysiąca butelek z mineralną.

Strząsnął z papierosa popiół, który od razu został zabrany przez podmuch wiatru.

– Ma kłopot. A jest przywiązany do pomysłu z basenem. Co byście zrobili na jego miejscu?

– Wypożyczyłbym kegi. Albo jakieś inne beczki – powiedział „Rusek”.

– Co zrobiliście z wodą z basenu?

Milczeli.

Będzie jedną ekspertyzę mniej. Mniej o jedną dodatkową szansę. Niewielką, ale zawsze. A cała zabawa polega na szukaniu szans nawet tam, gdzie są one iluzoryczne. Heinz westchnął. W sumie nie ma się co czepiać. Chemik najpewniej i tak nie znalazłby żadnej interesującej substancji, która mogła naprowadzić na ślad.