Czarne serce

Janusz Anderman
#
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków, maj 2015
    123 x 197
    284 strony
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-08-05516-8

Fragment najnowszej powieści Janusza Andermana Czarne serce opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego.

Copyright: Wydawnictwo Literackie


Potem on szedł w stronę recepcji; za kontuarem stała dziewczyna o przeźroczystej twarzy. Rumuński generał ciągnął za nim torby; kółka zostawiały za sobą na posadzce mokre ślady jak po dziecięcej kolejce wąskotorowej.

Tu, po prawej stronie, na końcu, był za peerelu sklep walutowy. Się miało dolary, się miało whisky, pomyślał.

― Bonżur ― odruchowo powiedział do recepcjonistki i zauważył na jej policzkach dwie czarne pręgi, biegnące od oczu do kącików ust. Podał jej paszport.

― Bonżur ― odpowiedziała. I otworzyła książeczkę, i pochyliła się, i nagle na jasną kartkę kapnęła czarna łza.

― Coś się stało? ― zapytał. ― Dlaczego pani płacze?

― Przepraszam ― powiedziała szybko po francusku i z czułością przyłożyła do czarnego punkcika papierową chusteczkę. Gdy ją odjęła, stygmatu już nie było. ― My tu płaczemy z powodu nieszczęścia. Rozbił się samolot rządowy i teraz nie wiemy, czego się trzymać… Wszyscy zginęli, jeden moment wystarczył. Niechby dziesięciu… Niechby piętnastu nawet, proszę pana… Ale wszyscy? Z prezydentem na samym czele?… No nie… W telewizji mówią, że to pierwszy przypadek w historii. A ludzie mówią, że to niemożliwe, żeby sam z siebie spadł. Że samoloty z prezydentami nie mają najmniejszego prawa spadać i dlatego nie spadają. A nasz wziął i spadł… ― Nagle drgnęły jej ramiona, jakby przeszył ją szloch. Wystukała coś na klawiaturze komputera i podała mu kartę magnetyczną.

― Pokój pięćset pięć ― powiedziała. ― Piąte piętro. Nie miał prawa spaść. A spadł. I żyj tu teraz, człowieku…

Generał pociągnął przed nim do windy torby podróżne. Jeszcze teraz z rękawa jego generalskiego munduru wysnuwała się ledwo widzialna wstążeczka dymu.

Stał przed szerokim oknem; wcześniej rozsunął firanki; i patrzył na rozłożysty plac w dole. Z głębi przedpokoju słychać było szum jak z rozregulowanego radia; to woda lała się do wanny.

Odwrócił się od nieznanego z tej perspektywy widoku i wszedł do łazienki. Spojrzał w lustro i przejechał dłonią po zmęczonej twarzy.

Miał pięćdziesiąt lat. Był francuskim dziennikarzem. Wszystko się zgadzało, ale nie do końca.

Miał pięćdziesiąt lat. Był francuskim dziennikarzem, ale jeszcze dwadzieścia lat temu był polskim dziennikarzem, który pracował w radiu. Bardzo dawno, a wtedy ten obcy plac u stóp hotelu wyglądał zupełnie inaczej, był rozpoznawalny i oswojony.

Francuski tygodnik kulturalny, z którym współpracował, wysłał go do Polski. Szefowie wiedzieli, że ma polskie pochodzenie i doskonale zna język. Chcieli mieć cykl reportaży; literackich reportaży, powiedzieli, poleć trochę tym waszym Kapuścińskim. Z Warszawy, gdzieś z Wajdą w tle. Z Gdańska, najlepiej coś z Wałęsą w tle. Z Krakowa, i żeby się tam zmieściła Szymborska w tle. Miał zarezerwowane hotele i bilet na samolot. Wylądował na Okęciu jedenastego kwietnia. Dzień wcześniej rozbił się we mgle samolot, po omacku podchodzący do lądowania na prymitywnym lotnisku pod Smoleńskiem. Zginęli prezydent i były, nie uznawany przez żadne państwo na świecie, emigracyjny prezydent z Londynu. Później ulica mówiła, że to pewnie jakiś symbol. Właściwie na bank symbol, znak. Ze Smoleńska, gdyby nie katastrofa, uczestnicy lotu odjechaliby do Katynia, by uczcić rocznicę wymordowania przez NKWD polskich oficerów, jeńców wojennych Stalina. Ulica mówiła, że to też bardzo wymowny symbol, znak, znakiem tego. Z biegiem godzin wszystko stawało się coraz bardziej symboliczne, boleśnie symboliczne, i mało kto zastanawiał się nad tym, że ten samolot próbował lądować, bo musiał wylądować. Innym samolotem, któremu cudem udało się usiąść wcześniej, przylecieli dziennikarze i ekipa filmowa. Wizyta w Katyniu miała zapoczątkować kampanię przed wyborami prezydenckimi, które planowane były na jesień. Gdyby prezydent rozpoczął ją nad dołami, do których wrzucono trupy polskich oficerów, także miałoby to rangę symbolu, znaku. Więc samolot musiał wylądować za wszelką cenę. Gdyby odleciał na lotnisko zapasowe, delegacja nie dojechałaby na czas do Katynia i prezydent znów by się ośmieszył. To się zdarzało wcześniej, ale tym razem nie mogło się zdarzyć, tym bardziej że na reelekcję miał nikłą szansę. Piloci zaryzykowali, choć w tych warunkach nie wolno im było nawet myśleć o lądowaniu. Dlaczego zaryzykowali? Z własnej woli? ― pytała ulica. ― No nie ― odpowiadała sama sobie. Musieli dostać taki rozkaz, wiadomo. Jak to we wojsku, nie podskoczysz.

Ale tak mówiła tylko część ulicy. Inna część mówiła co innego. I on miał się teraz tym zająć. Pierwotny plan był już nieaktualny. Wałęsa? ― usłyszał przez telefon z redakcji. A na cholerę nam teraz Wałęsa. Przecież Wałęsa żyje, to nam nie ucieknie. Katastrofą się zajmij, ładnie o tym napisz. Garść informacji o tej Warszawie dorzuć, żeby był koloryt lokalny, wiesz. Czytelnik musi się dowiedzieć, co tam w tej Warszawie jest. Jakieś zabytki; muszą być jakieś zabytki czy coś. Budowle może jakieś, te rzeczy.

Przez kilka dni chodził na Krakowskie Przedmieście, gdzie gromadziły się tłumy; mrowie ludzi. Polował na częste momenty, kiedy ktoś wypowiadał się do kamery. Kamer było mnóstwo; wystarczyło którąś wypatrzyć, przebić się przez ciżbę jak najbliżej i włączyć bardzo czuły dyktafon, który miał w kieszeni. To bardzo ułatwiało pracę; wcześniej, gdy zagadywał ludzi wprost, spotykał się z nieufnością. A ktoś pan jest, pytali, od kogo, z jakiej gazety, może z żydowskiej gazety wrednej? Jak tak, to spierdalaj pan! Kiedy się przyznał, że jest z Francji, nie mógł się uwolnić od ogarniętego szaleństwem przechodnia.

― Pan powie całemu światu, jaka jest prawda. Ruskie zabili, Pucin. Mieliśmy największego prezydenta, od tysiąca lat z górą taki się nam nie przytrafił i dlatego był solą w oku przysłowiową, innej prawdy nie ma… Pucin! On był w zmowie z naszym rządem, znaczy nie z naszym, bo on, rząd, przez Ruskich przywieziony w teczce i na ich pasku chodził, chodzi i chodzić będzie, niech się cały świat dowie na obu półkulach jednocześnie. Jak zaplanowali, tak i zrobili. Wspólnie strącili ten samolot i teraz jeden drugiego będzie krył! Nasz premier, znaczy nie nasz, bo on w ruskim kieracie chodzi, i u Niemca też chodzi w kieracie, winny, zakrwawiony krwią na rękach! To świat musi wiedzieć, panie! Świat musi zareagować! Bez dwóch zdań! Jak im się raz udało, dalej będą strącać samoloty. Wiele samolotów spadnie z przywódcami światowymi na pokładzie. Krwawe żniwo się rozpocznie, jak amen w pacierzu! No to w interesie świata jest, żeby to wyjaśnić i prześwietlić dogłębnie ― gorączkował się mężczyzna i dla pewności trzymał go za rękaw. ― Niech pan redaktor pamięta, tylko prawda nas wyzwoli, taka jest prawda! My tu wszyscy w Polsce wiemy, jak było. Zmowa jedna wielka poszła, bo nie mogli ścierpieć świętej pamięci prezydenta, z którym cały świat musiał się liczyć! I się liczył, choć nie w smak jemu, znaczy światu, było! Taka to jest polityka światowa, nie upilnowaliśmy go… A on, biedny, jakby coś przeczuwał, bo ostatnimi czasy jakiś smutnawy był, markotny. Dało się zobaczyć na telewizji. Jakby go coś tkało, tknęło, że zamach szykowany jest… A Pucin chciał przekaz przekazać Polsce jasny, znak: każdy jeden, co mnie podskoczy, skończy tak samo! Pod Smoleńskiem! W ruinach i zgliszczach samolotu pasażerskiego, statku powietrznego znaczy! Takie mamy obecnie perspektywy. Pan zawiadomi świat, panie! W panu nadzieja! Inaczej oni nas wszystkich wyginą, wygubią! Wszystkich po kolei, nasz dumny szczep piastowy, naród! ― Puścił na chwilę jego rękaw, by zatoczyć ręką łuk i wskazać tłum. On się zdołał wtedy odwrócić i wmieszać w tłum.

Więc potem działał ostrożnie. Stawał nieopodal osoby wykrzykującej do kamery i uruchamiał dyktafon. Udawał ciekawego widza, który kibicuje cudzym słowom, i gromadził materiał. Czasami, gdy ktoś mu się podejrzliwie przyglądał, gorliwie potakiwał w takt wypowiedzi; tak, tak, dopowiadał nawet, tak było, jak ta pani przedstawia. Właśnie tak. I wtedy patrzono na niego z aprobatą. Bo gdy tylko słuchał w milczeniu, nie potrafiąc ukryć zdumienia, budził nieufność. Niby niczym się wśród ludzi nie wyróżniał, ale wyczuwano w nim obcego. Może był lepiej ubrany? Inaczej ostrzyżony? Przecież był stąd, a jednak wystarczyło spojrzeć, by wyczuć obcokrajowca. Nie swojego. Inny zapach.

Zaraz na początku pobytu pojechał na cmentarz; nie wiedział, dlaczego to robi.

Nie chciał więcej takich przygód jak z taksówkarzem z Okęcia, dlatego nie poprosił w recepcji o zamówienie taksówki pod hotel. Wsiadł do samochodu na postoju, na placu Powstańców Warszawy. Niegdyś, przed wojną, był to plac Napoleona, przypomniał sobie. Już nie ma szans, by ta nazwa wróciła.

Zdziwił się, bo za kierownicą siedziała kobieta. Prowadziła w milczeniu i to on zaczął ją zagadywać.

― Nie boi się pani wozić pasażerów? ― zapytał.

― A czego? ― zdziwiła się. ― Mam tu pod ręką gumę z ołowiannym wsadem, mam pistolet na gaz obezwładniający, mam paralizator, mam pojemnik z gazem pieprzowym… ― wyliczała. ― Nożyk sprężynowy… To i czego się bać?

― A nocami?

― Nocek już nie biorę, nie opłaca się. Wie pan, jak parę nas kobitek przyjęli do korporacji, to na mieście poszedł szum, że my dla reklamy firmy świadczymy usługi przewozowe i usługi seksualne w cenie przewozowych, wliczone z góry. I każdy jeden przyprawiony pasażer z łapami się pchał. Trzeźwy też. Od razu, ruszyć człowiek nie zdążył. Znakiem tego a to pistolet na gaz obezwładniający szedł w ruch, a to paralizator szedł w ruch, a to gaz pieprzowy szedł w ruch… Co się tam aktualnie nawinęło pod rękę. Gościu wypadał z pojazdu, zostawał na chodniku i tyle. Żadnego zarobku nie było, tylko straty. I wydatki. A to amunicję z gazem obezwładniającym trzeba było uzupełnić, a to gaz pieprzowy trzeba było zakupić, jak się skończył… Za dnia tak z łapami nie lecą. Zdarzało się, nie chwalący, ale ostatnio to już wcale że nie. Każdy jeden zamyślony siedzi i kombinuje; był ten zamach czy nie było tego zamachu. Bo każdy jeden chce wiedzieć. Ale się nie dowie, wszystko zakryją, żeby naród w potrzasku niewiedzy trzymać, że się tak poetycko wyrażę ― powiedziała i zamilkła.

Stali w korku, niskie kwietniowe słońce wyświetlało na przedniej szybie smugi brudu warszawskich ulic.

Widok cmentarza na Wólce Węglowej zaskoczył go. Poprzednio był tu przed laty i wszystko wyglądało inaczej. Drzewa były jeszcze niskie, mroczne tuje ledwo się wznosiły ponad groby. Teraz się rozrosły i zmieniły perspektywę. Ale pamiętał, że grób jest przy tamtym słupie wysokiego napięcia; obwisłe linie przecinały cmentarz na dwie części.

Ruszył w kierunku stalowej konstrukcji, a gdy był blisko, zboczył z głównej alei i kluczył między grobami. Raz się zatrzymał przy mogile, którą przygniatał granitowy głaz z wykutym dużymi literami napisem: EDWARD STACHURA, 1937, 1979, POETA, WSZYSTKO JEST POEZJA.

To był pisarz, który popełnił samobójstwo. On pamiętał szaleństwo, które rozpętało się po jego śmierci, a właściwie nieco później; opisał ten fenomen dla swojego francuskiego tygodnika; redakcja nie zainteresowała się tematem. W stanie wojennym, gdy wydawnictwa w ogóle nie miały papieru, wydano Stachurę w pięciu tomach, które potem dwukrotnie w wielkich nakładach dodrukowywano, ale i tak trudno było te książki zdobyć. Na poświęconą mu wystawę w Muzeum Literatury młodzi ludzie ciągnęli z całej Polski. Bez wytchnienia pisały o nim pisma młodzieżowe, trwały pielgrzymki do jego grobu. Aktorzy wystawiali monodramy, urządzano cykliczne zjazdy dla legionów natchnionych gitarzystów i nie starczało tam miejsc dla tych, którzy chcieli posłuchać jego piosenek, choć dawniej nie cieszyły się żadną popularnością. W bibliotekach zezwalano czytać jego książki tylko na miejscu, bo nieopatrznie wypożyczone, nigdy już nie wracały.

Kult się wzmagał i dało się słyszeć głosy, że ta kanalizacja nastrojów młodych ludzi jest na rękę władzy i że jeśli kult nie jest sztucznie podsycany, to przynajmniej nikt nie próbuje go ograniczać. Dla mniej wybrednych były zespoły rockowe, których mnóstwo wpuszczono do powszechnie bojkotowanej telewizji stanu wojennego.

Tak, po śmierci stał się autorem słynnym. Stachuriady, Schedy Steda, spektakle, mityngi, spędy i psychodramy. Jego utworów uczono się na pamięć. I ciekawe, że największą popularność zdobyły książki ostatnie, zmącone chorobą psychiczną i zapętlone, od których potem, przed śmiercią, stanowczo się odżegnywał. To nie moje, ja ich nie napisałem, zanotował. Zostały mi przez kogoś podyktowane. Ale do tych właśnie książek lgnęli młodzi czytelnicy. Zatopieni w bezsilnym żalu, że ich osierocił. Piszący o nim wiersze. Krążyły opowieści o próbach samobójczych na jego grobie. Właśnie w tej twórczości, pisanej poza kontrolą autora, odnajdywali siebie.

To wszystko wygasło po osiemdziesiątym dziewiątym roku, nagle. Polska zaczęła się gorączkowo od nowa urządzać i ludzie już nie mieli głowy do literatury. Nie było czasu na takie głupstwa, należało złapać coś dla siebie i żyć. Jak nie tu, to gdzie indziej. Skończyły się problemy z paszportami; paszport każdy trzymał teraz w domu. Jak ktoś miał za mało pomyślunku, by zorganizować sobie stałe zajęcie na miejscu, jeździł na handel. Wywoził towary, przywoził towary; ruch. Albo za granicą zostawał. Kto by miał tyle czasu, by mitrężyć go na czytanie. Tak to było, przypominał sobie; sam dzięki znajomościom w księgarni kupił spod lady to pięciotomowe wydanie. Potem, po paru latach, chyba komuś podarował; już nie pamiętał.

Dwoma palcami podniósł osmaloną skorupkę po zniczu i wrzucił ją do pojemnika; tyle mógł zrobić. A potem odszukał grób Wandy.