Kobro

Małgorzata Czyńska
#
  • Wydawnictwo Czarne
    Wołowiec, maj 2015
    133 × 215
    264 strony
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-8049-042-0

Fragment najnowszej książki Małgorzaty Czyńskiej Kobro opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

Copyright: Wydawnictwo Czarne

Rzeźbiarka – myśli niechętnie Ewa Strzemińska, patrząc na kędzierzawą synową. – Bolszewiczka czy burżujka? Tak i tak niedobrze. A najgorsze, że Rosjanka.
Żebyś tylko dzieci nie miała – mówi. – Władkiem się opiekuj.
W domu Strzemińskich w Wilnie mówi się wyłącznie po polsku, Katarzyna niewiele rozumie. Ale te słowa zrozumie i zapamięta. Kiedy w 1948 roku Władysław będzie chciał ją sądownie pozbawić prawa do opieki nad córką, zapisze je w szarym szkolnym zeszycie. Jako dowód przeciwko znienawidzonemu mężowi. I jeszcze: „Gdy przyjechałam do Polski, [Strzemiński – przyp. N.S.] zaczął się popisywać tym, że jest Polakiem, nie chciałam wierzyć swoim oczom”.
Z poczuciem tożsamości narodowej u Strzemińskiego jest pewnie podobnie jak u Józefa Czapskiego, który mówi: „od dzieciń­stwa byłem Polakiem. »Kto ty jesteś? Polak mały« – to było jak najbardziej, tylko byłem zrobiony Polakiem przez matkę, która była pochodzenia austriackiego. I śpiewaliśmy Jeszcze Polska… i Kde domov můj, bo moja matka była urodzona w Czechach i miała także swój patriotyzm czeski. Dzięki temu stała się tak natychmiast Polką. To był klasyczny patriotyzm dziecięcy wszystkich dworów szlacheckich, gdzie nie było mowy o tym, żeby były Legiony, żeby była niepodległość polska. Żyliśmy doskonale: tam był gubernator, tu byli Niemcy. A problemy Polski niepodległej? To była literatura. Ja tego wówczas zupełnie nie czułem”.
Z czasem i Strzemiński, i Czapski staną się bardziej świadomymi patriotami. Strzemiński pójdzie nawet dalej – będzie pisał o swoim poczuciu wyższości wobec rosyjskiej kultury i Rosjan, wśród których przyszło mu żyć.
Władysław nie wychował się wprawdzie we dworze, ale jego rodzina szczyci się pochodzeniem od błogosławionego Jakuba Strzemię. Maksymilian Benedykt i Ewa Rozalia z domu Olechnowicz mają troje dzieci, Władysław jest najstarszy. W chwili jego narodzin Maksymilian ma czterdzieści sześć lat. Wymagający człowiek, apodyktyczny podpułkownik w carskim wojsku. Po przejściu na emeryturę dorabia prowadzeniem buchalterii w kasie pożyczkowo-oszczędnościowej. Umiera w 1919 roku w Mińsku. O Ewie Rozalii nic nie wiadomo. Na jedynym zachowanym zdjęciu widać spokojną kobietę o delikatnej urodzie. Jasne oczy Władysław odziedziczył po ojcu, ma też jego nos i wysokie czoło. Młodszy brat, Walerian, jest podobny do Władka, tylko niższy i bardziej krępy. Nie zachowało się zdjęcie siostry – Jadwigi zwanej Niusią. Jadwiga choruje na gruźlicę. Kiedy Władysław i Katarzyna przyjeżdżają do Wilna na początku 1922 roku, jej stan jest już bardzo ciężki, Niusia umrze przed końcem roku. Tylko ona serdecznie przyjmuje Katię.
Katia traktuje Wilno tylko jako przystanek, etap podróży na Zachód. Władysław chciał dotrzeć do rodziny, która przeniosła się tu z Mińska. Ostatnio widzieli się w 1919 roku. Strzemińscy długo planowali ucieczkę z Rosji. Nika twierdzi, że na opłacenie przewodnika poszła biżuteria, którą Katarzyna dostała od matki na czarną godzinę. Nie wiadomo, którędy przeszli przez granicę. Ponoć przedzierali się przez chaszcze i bagna, a ona niosła prawie cały bagaż. Po drugiej stronie od razu wpadli prosto na polski patrol. Polacy wzięli ich za sowieckich szpiegów, aresztowali i przez kilka tygodni przesłuchiwali w sprawie domniemanej działalności na rzecz Kominternu (Międzynarodówki Komunistycznej).
Władysław Strzemiński wrócił do mitycznej ojczyzny, Katarzyna po prostu poszła za mężem. W Rosji zostawiła rodzinę, przyjaciół i dorobek artystyczny. W walizce ma tylko kilka zdjęć swoich prac. „Kobro nie rozumiała polskości Strzemińskiego – mówi Zenobia Karnicka. – Sama chyba nie do końca wiedziała, skąd jest, jakie są jej korzenie, i nie dbała o to”. Atmosfera w rodzinnym domu męża i na ulicach Wilna podziała na nią jak kubeł zimnej wody. Szybko się przekona, że niełatwo być Rosjanką w Polsce. Kacapka! – krzyczą za nią przypadkowi przechodnie i spluwają dziewczynie pod nogi.
„Tę sprawę – pisała Zofia Baranowicz, recenzując książkę Niki – znam z opowiadań mojej rodziny i wiem, że nie tylko w Wilnie, ale i w Warszawie spluwano na widok ludzi mówiących po rosyjsku i nie było to spowodowane działaniami Piłsudskiego, lecz stukilkudziesięcioletnią niewolą”.
Ale to wszystko jedno, Piłsudski czy zabory, kiedy ktoś musi wysłuchiwać obelg i ścierać z butów ślinę.
W rodzinie męża traktują Katarzynę jak służącą. Teściowa zaprzęga ją do domowych zajęć – może sprawdza, czy Katia będzie dobrze dbać o Władka – spada na nią opieka nad Niusią.
O Paryżu nie ma co wspominać, bo Strzemińskich na razie nie stać na podróż. Władysław znajduje pracę – uczy rysunku na Wojskowych Kursach Maturalnych im. mjr. Łukasińskiego. Jest ambitny, chce działać. Wie, że ma wiele do zaoferowania. Niedługo po przeprowadzce do Polski tworzy projekt dworca kolejowego w Gdyni. Chce pokazać Polakom rosyjską sztukę, a przede wszystkim Malewicza.
Życie artystyczne w Polsce wyraźnie przyspiesza. Strzemiński szybko orientuje się w rozkładzie sił. Krakowscy futuryści i formiści od niedawna mają nowe pismo, „Zwrotnicę”. Kieruje nim poeta Tadeusz Peiper, który dał się już poznać w „Nowej Sztuce”. Zafascynowany zachodnią awangardą, chce choć częściowo przeszczepić ją na polski grunt. Program pisma nie jest wprawdzie jednolity, ale ogólnie chodzi o zwrot. Kierunek? Sztuka teraźniejszości. W pierwszych numerach „Zwrotnica” donosi o nowościach z Paryża – o twórczości Fernanda Légera, purystach i dadaistach.
Strzemiński nawiązuje kontakt z Peiperem i już w trzecim i czwartym numerze zamieszcza obszerny artykuł O sztuce rosyjskiej – notatki, w którym wnikliwie analizuje rosyjską awangardę. Ostro krytykuje Tatlina i sztukę w służbie ideo­logii. „Sztuka powierzchniowa łatwo staje się sztuką powierzchniową bezpodstawną – pisze. – To wykazał Tatlin w projekcie pomnika III Międzynarodówki. Było wiele czczej gadaniny, wszczętej przez przyjaciół Tatlina – wpół literatów – wpół fachowców. Niech się odejmie wartości inżynieryjne i techniczne – co pozostanie? – ruina formy (niezorganizowane nagromadzenie bez systemu i planu); nierozstrzygnięte przeciw­stawienie linii spiralnej i pochyłej. Jako wynik badania Tatlina powstaje twierdzenie: tatlinizm to jest pewien rodzaj zubożenia kubizmu; rozrost jednej części służbowej kosztem innych. Zasługą zaś Tatlina pozostaje, iż podniósł on wartość materiałów dotąd w sztuce nieużywanych i wskazał, iż drogę ku dalszemu rozwojowi sztuki stanowi nadanie im właściwej formy. Lecz to zasługa raczej działacza społecznego lub krytyka niż artysty, przez prace własnoręcznie stwierdzającego rację swych twierdzeń”.
Strzemiński staje oczywiście po stronie Malewicza i suprematyzmu, którego powstanie uznaje za „pierwszy i do tego czasu najpotężniejszy wybuch sztuki konstrukcyjnej”, choć dodaje, że trzeba podjąć próbę „przezwyciężenia jego ograniczeń”.
I nie przestaje myśleć, jak ściągnąć Malewicza do Polski. Przy jego tekście redakcja „Zwrotnicy” zamieszcza następującą notkę: „Autor poniższego artykułu, malarz, wrócił niedawno z Rosji, gdzie brał czynny udział w tamtejszym ruchu artystycznym. W liście skierowanym do naszej Redakcji prosi o zajęcie się sprowadzeniem do kraju p. Malewicza, rodaka naszego, który podobno zajmuje jedno z naczelnych miejsc w rosyjskim świecie artystycznym. Sprawę tę poddajemy uwadze Departamentu Kultury i Sztuki”.
Artykuł Strzemińskiego zwraca uwagę. Styl jest wprawdzie do niczego, ale wyrażone w tekście poglądy uwiodą zapaleńców. Strzemińskich wkrótce zagarnie skupiona wokół charyzmatycznego Mieczysława Szczuki grupa młodych artystów z Warszawy, którzy też interesują się konstruktywizmem, tworzą obiekty z drewna, drutu i szkła, eksperymentują z drukiem i fotomontażem, poszukują. I mają lewicowe poglądy.
W maju i czerwcu 1923 roku wezmą udział w zorganizowanej przez Władysława Strzemińskiego i Witolda Kajruksztisa Wystawie Nowej Sztuki w hallu wileńskiego kinoteatru Corso, a potem założą Blok Kubistów, Suprematystów i Konstruktywistów. Pomysłodawczynią utworzenia Bloku i związanego z nim czasopisma jest Teresa Żarnowerówna, absolwentka rzeźby i malarstwa warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, partnerka – w pracy i w życiu – poznanego na studiach Mieczysława Szczuki. Poza tymi dwojgiem do Bloku należą Henryk Berlewi, Witold Kajruksztis, Karol Kryński, Edmund Miller, Władysław Strzemiński, Aleksander Rafałowski i Jan Golus. Drugą kobietą w grupie jest Katarzyna Kobro, jako trzecia dołączy Maria Nicz. „Żarnowerówna zdradza niezmierną pomysłowość – pisze Strzemiński w »Zwrotnicy« po Wystawie Nowej Sztuki – lecz tego, co może, nie zrobiła. Zbrodnią wprost jest secesyjny szkic architektoniczny i połączenie suprematyzmu i impresjonizmu w »konstrukcji barwnej« (płomień obejmujący konstrukcję suprematyczną)”.
8 marca 1924 roku ukazuje się pierwszy numer czasopisma „Blok” – cztery strony gęsto zadrukowane reprodukcjami prac członków grupy; prezentowane są tam między innymi dwie rzeźby Katarzyny z okresu smoleńskiego. Zdjęcia rzeźb Kobro i teksty Strzemińskiego będą się na łamach „Bloku” ukazywać regularnie. Pierwsza wystawa Bloku, otwarta 15 marca w Salonie Automobilowym Laurin & Klement przy ulicy Mazowiec­kiej 11 w Warszawie, spotyka się z niepochlebnymi opiniami krytyków oraz drwinami i niezrozumieniem ze strony publiczności. Miejsce jest oczywiście nieprzypadkowe – artyści chcą zaakcentować związek swojej sztuki z techniką i nowoczesnością. Pozytywna recenzja Mieczysława Wallisa w „Robotniku” tak odstaje od powszechnej reakcji, że redakcja poprzedza ją następującym komentarzem: „Nasi sprawozdawcy artystyczni korzystają w »Robotniku« z pełnej autonomii. W danym jednak wypadku Redakcja musi się zastrzec, że zgoła nie podziela życzliwości i zainteresowania szanownego swego współpracownika dla owego Bloku, który w oczach naszych jest dziwactwem bez większej wartości”.
O roli popularyzatorów rosyjskiej awangardy, jaką Strzemińscy odegrali w polskim środowisku artystycznym, Andrzej Turowski pisze: „W tamtych latach również malarstwo i rzeźba pary polskich artystów, mimo pojawiających się różnic, było uwikłane w […] spory o rolę faktur, powierzchni i przestrzeni, tak typowe dla twórców rosyjskich. […] To z pewnością dzięki Strzemińskiemu nastąpiło szersze zainteresowanie problemem konstruktywizmu i suprematyzmu wśród twórców polskiej awangardy, czego wynikiem był m.in. przyjazd w 1927 roku do Warszawy Kazimierza Malewicza”.
Na spotkanie z Malewiczem w Polskim Klubie Artystycznym w hotelu Polonia przyjdzie cała awangardowa Warszawa. Na dwóch grupowych fotografiach widać Strzemińskiego, brakuje jednak Katarzyny Kobro.
Katarzyna przegląda brudnopisy artykułów męża. On pewnie chętnie czyta jej obszerne fragmenty: „Co prawda, nie wychodzi rzeźba poza już obmyślone i wykonane w malarstwie koncepcje kubizmu i futuryzmu – stanowi to jednak prawdziwą sztukę nową. Wymienione zadania rozwiązują bracia Stenbergowie, Miedunieckij, częściowo Rodczenko – i inni należący do ugrupowania »konstruktywistów« towarzystwa OBMOCHU. Obok nich stoi najzdolniejsza z młodych rzeźbiarka Kobro, zjawiskiem o znaczeniu europejskim są jej rzeźby suprematyczne. Jej prace są prawdziwym krokiem naprzód, zdobywaniem wartości niezdobytych, nie są naśladowaniem Malewicza, a twórczością równoległą”.
„Najzdolniejsza z młodych rzeźbiarka Kobro” – przynajmniej jeśli chodzi o sztukę, Strzemiński liczy się z jej zdaniem.