Okularnik

Katarzyna Bonda
#
  • Muza
    maj 2015
    130 x 205
    848 stron
    oprawa: miękka ze skrzydełkami
    ISBN: 978-83-7758-980-9

Fragment najnowszego kryminału Katarzyny Bondy Okularnik opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza SA.

Copyright: Muza SA

Las nocą jest tylko czernią. Korony drzew skutecznie osłaniały ich od wiatru. Nie słychać było nic prócz ciszy i typowych puszczańskich pohukiwań sowy bądź stąpania przemykającej w oddali zwierzyny. Piotr zaparkował przy wycince drzewa, dalej musieli dojść na piechotę. Uzbrojeni w latarki i mapę, na której Sasza oznaczała drogę dojazdową, by następnego dnia przywieźć tutaj śledczych, dotarli do zagajnika zwanego Pod Płaczącą Wierzbą. Już z oddali Załuska dostrzegła brzozowy krzyż. Bielał na tle ciemności. Piotr podszedł i podniósł kawałek drewienka. Wyjął z kieszeni młotek. Przybił prawosławną poprzeczkę.

– Ludzie myślą, że to miejsce straceń. Przychodzą się tu modlić. Poniekąd mają rację – rzekł. – Tyle że ten, kto tutaj spoczywa, nie zasługuje na modlitwę. Ale to moja opinia i ja ją podzielam.

Sasza marzła. Zbyt lekko ubrała się na tę pogodę. W dzień doskwierał upał, ale noce były jeszcze chłodne. Szczękając zębami, wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie domniemanego grobu. Pozostawała jednak wciąż sceptyczna.

– Chce mi pan powiedzieć, że to tutaj?

Piotr skinął głową i wskazał chatę w oddali.

– To się stało tam.

Gospodarstwo było otoczone starym zbutwiałym płotem. Z daleka wyglądało na opuszczone.

– Teraz mieszka tam Dunia – dodał.

– Ona wiedziała od początku?

– Raczej tak – odparł wymijająco. – Myślę, że w końcu jej powiedzieli, bo kiedy ja wyznałem prawdę, nie chciała mnie wysłuchać. Ważne dla nich było, żeby nie domagała się poszukiwań i czuła współwinna. Strach przed współodpowiedzialnością zapewnia zmowę milczenia. Tak, myślę, że wiedziała. Może ją pani sama spytać.

– Już mówiłam, jak na mnie reaguje – przypomniała Sasza. – Milczeniem.

– Wtedy, po tym wszystkim, odwróciła się ode mnie. Po prostu zaczęła mnie unikać. Nie pozwoliła nawet zobaczyć syna. Jakbym nie był go godzien.

Piotr podszedł do solidnego dębu. Bez trudu zdrapał z kory wierzchnią warstwę mchu, aż wreszcie ich oczom ukazał się nieduży prawosławny krzyż.

– Nie wiem, kto go wyrył. Taki sam był w miejscu odkrycia zbiorowej mogiły furmanów. Ktoś przychodzi i regularnie go poprawia. Nie ja. I nie Dunia – powiedział Piotr. – Ktoś inny natomiast regularnie wyrywa ten krzyż i wrzuca go do rowu. Jakby dawał znak, że nie ma na tych terenach miejsca dla ruskich. Rozumie pani, dla niektórych to synonim: prawosławny równa się ruski, a Białorus to jeszcze gorzej, bo komunista.

– Ludzie lubią upraszczać rzeczywistość – zauważyła Sasza. – Dzięki temu się w niej nie gubią. Stąd ostatnio tyle marszów narodowców. Cała Polska boryka się z tym problemem. Nacjonaliści, zwłaszcza ci najbardziej radykalni, wręcz faszyści, wyrośli na kontrze do poprzedniego systemu. Obecny ustrój na to zezwala. Każdy ma prawo manifestować swoje poglądy. Byle nie robił krzywdy innym. Ale na to jest już osobny paragraf.

– Możliwe – przyznał Piotr z przekąsem. – Ciała tych dwóch skur... leżą na głębokości sześciu metrów, może więcej. Gdybym dziś miał wybór, wyjechałbym wtedy za granicę. Podpisał lojalkę i wypieprzył do Francji, Anglii czy choćby Australii. Jak najdalej stąd, od mojej ojcowizny. Może one by żyły. Miały pecha, że spotkały mnie. Ale nie da się cofnąć czasu.

Sasza poświeciła i przyjrzała się glebie. Była czarna, pozbawiona trawy. Jeden z młodniaków był wykorzeniony. Leżał obok, jak wyrwany w ogródku chwast.

– Wygląda na zoraną. – Podniosła pytająco głowę. – Ktoś grzebał w tej ziemi.

– Osobiście przekopałem ten dół dwa miesiące temu. Wyjąłem jedną głowę i przekazałem policji – wyjaśnił. – Dlatego jestem pewien, że reszta szczątków nadal znajduje się w tym miejscu. Nigdzie indziej.

Sasza się skrzywiła. Poczuła wstręt do starego, a po chwili strach, że znajduje się z brutalnym mordercą w środku głuszy całkiem sama. Jaką miała pewność, że powiedział jej prawdę? Gdyby ją zaatakował, nie miałaby żadnych szans. Bondaruk nie był zniedołężniałym starcem. Wciąż żylasty, gibki i na tyle silny, by bez trudu ją obezwładnić, zatłuc i zakopać pod tym krzyżem. Komu przyszłoby do głowy szukać jej ciała w starym powojennym grobie, za jaki uchodziło to miejsce? Ręka w gipsie nie poprawiała sytuacji.

– Niech się pani nie boi – zaśmiał się, jakby czytał w jej myślach. – Tam są tylko kości. Tylko tyle zostanie z nas po śmierci. Jeśli mam być szczery, nie wierzę w duchy. Ale czasem, kiedy tu przychodzę, te obrazy wracają.

Przyłożył dłonie do nosa, zaciągnął się i wzdrygnął.

– Znów go czuję – powiedział. – Nie pamiętam szczegółów. Nie potrafię odtworzyć przebiegu zdarzeń. Jak to detalicznie przebiegało. Rozumie pani: co, po czym i gdzie.

– Afekt fizjologiczny – mruknęła Sasza i zdiagnozowała: – Chwilowa utrata przytomności i wyparcie w samoobronie, by móc dalej żyć. Całkiem popularna reakcja.

Skinął twierdząco głową.

– Nawet mi się to nie śni. Ale nigdy nie zapomnę tego metalicznego zapachu krwi. I jej słonego smaku w ustach. A potem zapach szpitala. I ta cewka.

– Po co pan wykopał tę czaszkę? – natychmiast zmieniła temat.

Piotr się zawahał. Nie odpowiedział od razu. Odezwał się chrapliwie dopiero po dłuższej chwili.

– Chcę, by pani ujawniła to miejsce. Może pani powiedzieć, że wydedukowała to jakąś swoją metodą. Profilowanie geograficzne? Jasnowidzenie? Przeciek? Cokolwiek przyjdzie pani do głowy. Tylko niech pani nie miesza do tego Duni. Ani mnie – dodał.

– Jak to? – zbiesiła się Sasza.

– Sądzi pani, że grób esbeka wykopałem sam? W latach siedemdziesiątych?

Sasza wpatrywała się w niego w oczekiwaniu.

– Mówił pan, że ktoś posprzątał. Nie minęło pół godziny, a zmienia pan zeznania.

Zmrużył oczy, zdenerwował się, ale uspokoił ją gestem.

– Chatę posprzątano, a zwłoki na siedem lat zamurowano w jednym z garaży starego szpitala zakaźnego. To tam pracowała wtedy Dunia i moja matka również. Kiedy wybudowano nowy szpital, a ten teren sprzedano, musiałem przemieścić ciała, żeby robotnicy ich nie znaleźli. Dół na sześć metrów pomogli mi wykopać ludzie z pobliskiej wsi. Związkowcy z tartaku, których hołubiłem. Większość już nie żyje, ale mają dzieci. Byłem dla nich jak batiuszka. Nawet lepiej. Dorobili się. Może nawet ojcowie nie ujawnili im, skąd we mnie tyle dobroci. Kto posprzątał miejsce zbrodni, tego nie wiem. Pewnie wysłali jakichś posługaczy z esbecji, może milicji. Ale nowy grób kopałem tymi rękami. Każdy, kto mi pomagał, wiedział, kto tutaj leży i kto odebrał mu życie. Mieli mnie za bohatera, który zgładził bestię. Tak właśnie wyglądają tajemnice w prowincjonalnych miasteczkach. Każdy wie, ale nikt nie powie.

– A może to byli ci, których akta dał mi pan dziś jako esbeków, komunistów? Chce pan zrzucić na nich odpowiedzialność?

Piotr uśmiechnął się chytrze.

– Może to byli jedni i ci sami ludzie.

– Więc dlaczego działa pan na ich niekorzyść? Dlaczego chce pan mnie obciążyć tą wiedzą?

Piotr zawahał się, a potem wyjął zza pazuchy zawiniątko.

– To dokumenty zamordowanych wozaków, których prochy do dziewięćdziesiątego piątego roku spoczywały w ziemiankach koło Puchał Starych, gdzie Rajs z oddziałem dokonali na nich egzekucji. Pięćdziesiąt lat czekały na ekshumację. Przez pięćdziesiąt lat nikomu nie było na rękę, by zawiadomić władze, choć komuna upadła już w osiemdziesiątym dziewiątym. Wśród wozaków są bracia Załuscy.

– Już pan mówił.

– Duni nazwisko rodowe to Załuska.

Sasza roześmiała się jak z dobrego żartu.

– Wie pan, ile osób w Polsce nosi takie nazwisko? A ilu na świecie, na emigracji?

– A ilu z nich zdrabnia swoje kosmopolityczne imię Aleksandra na Sasza?

W tym momencie zobaczyli światło od szosy. Ktoś jechał autem. Piotr chwycił Saszę za rękę, zasłonił usta i siłą ukrył ją wśród drzew. Nie była w stanie wydać żadnego dźwięku. Kiedy światła się oddaliły, a Bondaruk ją puścił, wściekła natychmiast wyskoczyła na drogę z krzykiem i zaczęła machać rękami. Zaczęła rozpaczliwie dzwonić do Romanowskiej.

– To nie była policja – mruknął Piotr.

– A kto?

– Powinna pani pomówić z Dunią – upierał się Bondaruk.

Już wytrzeźwiał i wygląda na starszego, niż był. Dotarli do wozu, otworzył drzwi.

– Lepiej będzie, jeśli odwiozę panią do hotelu – powiedział. – Mnie już pewnie szukają. Musze się meldować, a opuściłem areszt domowy. O pozory tutaj trzeba dbać, bo one są najważniejsze.

Ruszyli.

– Nurtuje mnie jeszcze jedno – odezwała się Sasza po chwili. – Kto fizycznie dokonał zbrodni na pana kobietach? Musiało to pana dręczyć przez lata. Zakładając, że oczywiście mówi pan prawdę i także ich grobu nie ma w tej głuszy.

– Pani mi nie wierzy? – upewnił się Piotr. – Po tym wszystkim, co pani powiedziałem?

Sasza nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła. To nie był moment, by stać po którejkolwiek ze stron. Czuła się zbyt skołowana.

– Kto to zrobił? – powtórzyła twardo. – Lub kogo pan podejrzewa?

– Ludzie mówili, że Stepan miał córkę z pierwszego małżeństwa. Mieszkała w szkole z internatem. Rzadko przyjeżdżała do domu.

– To Stepan nie był gejem?

– W tamtym czasie gejów nie było – przerwał jej Piotr całkiem poważnie. – To była dewiacja, choroba psychiczna, którą należało leczyć. Każdy gej jak najszybciej znajdował sobie małżonkę. Mówiłem, że Stepana „zrzucili z helikoptera” po szkoleniach w Moskwie. Nikt do końca nie znał jego życiorysu.

Mówiono, że pochodzi stąd, ale kto to może wiedzieć na pewno. Zresztą to był klasyczny stalinowski aparatczyk. Drobnica, żaden wielki komunista, który zasługiwałby na rozmowę z Torańską. W dniu, kiedy Stepan zginął, Irma miała siedemnaście lat. Nigdy jej nie widziałem. Spotykałem się z Dunią, raczej potajemnie, a ona z rzadka wspominała o pasierbicy. Nie były w dobrych stosunkach, ale jej matkowała.