1945. Wojna i pokój

Magdalena Grzebałkowska
#
  • Agora
    kwiecień 2015
    165 x 240
    420 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 9788326822155

Fragment najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej 1945. Wojna i pokój opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

Copyright: Wydawnictwo Agora

Wiosna 1945

Klara Maxara jeszcze nie urodziła Moniki. Na razie jest marzec i brzuch Klary zaczyna się dopiero zarysowywać pod fartuchem. Martwi się.

Czuje, że wojna się kończy. Zimą do wsi przyszli uzbrojeni Polacy. Mówili, że idą na zachód, żeby być w Berlinie przed Sowietami, którzy pewnie niedługo dotrą do Ellguth Hammer. Zabrali świnie z chlewów, pełne słoiki ze spiżarni, kazali zaprząc konie, wsiedli do sań i pojechali dalej. Klara czeka więc teraz na Rosjan.

Pierwszy radziecki czołg wjeżdża do wsi 19 marca. Miażdży mostek nad rzeką Steinau i rozbijając bramę, pojawia się na podwórzu rodziny Thomallów (ich syn Robert w przyszłości ożeni się z Eriką Maxarą, córką Klary). Spod pancerza wyskakuje kilku żołnierzy, wbiegają do domu Thomallów i zaraz stamtąd wychodzą z naręczami pierzyn. Upychają je przez właz i ruszają dalej.

Ludzie z Ellguth Hammer zapamiętają te dni jak najgorzej. A szczególnie kobiety. Frau komm – niesie się po wsi. Kobiety smarują twarze sadzą, garbią się, ubierają się w łachmany. Rodziny zamykają je w komórkach i drzwi zastawiają szafami. Chowają w stodołach w sianie. Wszystko na nic. Oko sowieckiego żołnierza umie wypatrzyć młodą dziewczynę w brudnej staruszce. Doświadczenie każe mu odsuwać meble. Anę gwałci dziesięciu. Inna kobieta, której mąż jest na wojnie, zachodzi w ciążę. Urodzi chłopca. Dziecko umrze po trzech latach.

Córki Klary są za małe, ona w ciąży, gwałt je omija. Żołnierze zabierają jedynie złote kolczyki z uszu Eriki i kradną z kufra białe pantofelki, w których miała iść w maju do komunii.

Zaraz potem, zimnego, wiosennego dnia, wysiedlają całą wieś do sąsiednich miejscowości, bo przez Ellguth Hammer ma iść front. Wracają po dwóch tygodniach. Frontu tutaj jednak nie będzie.

Erika idzie do komunii pod koniec maja, w białej sukience uszytej przez wujka, krawca z Berlina. Na głowie ma wianek. Jej stopy są bose.

Lato 1945

Ktoś powiadamia milicję w Niemodlinie, że po Łambinowicach biega szaleniec. Czesław Gęborski jedzie z oddziałem na miejsce. Jest tu pierwszy raz. Idzie w milczeniu między rzędami baraków jednego z największych obozów jenieckich III Rzeszy. (Historycy policzą, że przez Lamsdorf przeszło 300 tysięcy jeńców. Około 40 tysięcy jeńców, głównie obywateli ZSRR, zmarło w Lamsdorf z głodu, chorób i wyniszczającej pracy).

Jego ludzie słyszą głos, zaglądają do baraku. Gęborski będzie wspominał: „Znaleźliśmy potwornie zarośniętą, brudną kobietę, która straciła zmysły. Zawinęliśmy ją w koc, poczym wsadziliśmy do gazika i przywieźliśmy do Niemodlina. Niestety, nie umieliśmy się z nią obchodzić. Po prostu wykąpaliśmy ją, ostrzygli, położyli na łóżku i po prostu za dwa dni zmarła. Po wydawanych okrzykach można się było zorientować, że kobieta jest Polką z powstania warszawskiego”.

Po raz drugi do byłego obozu jenieckiego w Łambinowicach Gęborski przyjeżdża w połowie lipca. Ma zorganizować tu obóz dla Niemców przeznaczonych do wysiedlenia.

Postanowienie o tworzeniu miejsc odosobnienia dla Niemców w województwie śląsko-dąbrowskim podjął w czerwcu wojewoda, generał dywizji Aleksander Zawadzki. Jego słowa w czyn nakazuje przekuć starosta powiatu niemodlińskiego Władysław Wędzicha. Na stanowisko komendanta proponuje zasłużonego i doświadczonego w tej dziedzinie milicjanta Czesława Gęborskiego. Na uruchomienie obozu daje mu dwa tygodnie.

Lipiec 1945

Gęborski wybiera teren oddalony o kilka kilometrów od kompleksu obozów jenieckich. Nieduży plac (300 metrów długości i 150 metrów szerokości), gdzie dawniej mieścił się budynek koszar, zabudowania gospodarcze i kasyno oficerskie Wehrmachtu. Stąd jest najbliżej do wsi, więc łatwiej dowozić wodę, której na terenie obozu nie ma. Bliskość zabudowań daje też poczucie bezpieczeństwa. „Obóz nie posiada żadnej łączności ze światem, nie ma ani światła, ani telefonu sam położony wśród setki wymarłych baraków, otoczony prócz tego olbrzymiemi lasami, najbliższy posterunek milicji 8 km w Fyrlandzie” – Mieczysław Paciorek z Wojewódzkiego Urzędu Informacji i Propagandy, dobry znajomy Gęborskiego, napisze raport pokontrolny z Łambinowic.

Jest jeszcze jedno – obóz jeniecki Lamsdorf, ciągnący się kilometrami, chyba napawa Gęborskiego zgrozą. W części obozu przeznaczonej dla jeńców radzieckich na pryczach leżą trupy w mundurach. Znajomy lekarz wyjaśni, że ich ciała nie rozłożyły się, tylko uległy mumifikacji, wskutek braku tłuszczu w tkance. Jeńcy poumierali z głodu. Jest tu też barak – warsztat szewski, pełen butów, zelówek, tysięcy podkówek i gwoździ. W innym znajduje się biuro obozu z setkami legitymacji i fotografii więźniów. Stosy książek, składy amunicji, skrzynie z pociskami. Nad wszystkim unosi się trupi odór. Kiedy obóz zacznie już działać, Gęborski nakaże wykryć źródło fetoru. „Zleciłem wziąć kilku Niemców i sprzęt, to jest łopaty, rydle i dwóch wartowników, żeby zakopali te padłe konie lub krowy, które wytwarzają ten odór. Po jakimś czasie przybył jeden z wartowników i powiedział, że jest tam olbrzymie cmentarzysko pomordowanych ludzi”.

Nowy komendant pracuje szybko i wydajnie. Obóz Pracy w Łambinowicach powstaje w kilkanaście dni. Wybrane baraki każe otoczyć drutem kolczastym, w kilku z nich planuje uruchomić warsztaty i garaże. Sienniki i koce znajduje na miejscu. Resztę potrzebnych rzeczy nakazuje przynieść z dawnej części obozu przeznaczonej dla jeńców brytyjskich, bo tamte baraki są w najlepszym stanie i nie ma tam zwłok na pryczach, więc nie istnieje zagrożenie epidemią.

Przy organizacji obozu pracują wyznaczeni przez milicję strażnicy (kilkunastu) i około 40 mężczyzn, z różnych powodów osadzonych w areszcie niemodlińskiego urzędu bezpieczeństwa.

Gęborski chce, żeby jego strażnicy (docelowo będzie ich około 80) wyglądali porządnie. „W południowej części obozu był stos mundurów angielskich, oczywiście podniszczonych, kilka zakrwawionych. Kazałem te mundury pruć, szyć i poszyłem mundury dla całej załogi” – zezna po latach.

Strażników dobiera przypadkowo. Proponuje pracę nieznajomym na ulicach Niemodlina, szuka ich w komisariatach milicji, gdy załatwiają swoje sprawy, prosi, żeby zawiadamiali krewnych, że na Ziemiach Odzyskanych czeka posada, zawiadamia znajomych z okolic Dąbrowy Górniczej. Żaden ze strażników nie ma średniego wykształcenia, prawie każdy w czasie wojny stracił kogoś bliskiego, był więźniem obozów koncentracyjnych, został wywieziony na roboty i czuje się pokrzywdzony przez Niemców. Są przeważnie młodzi, niektórzy nie skończyli jeszcze 18 lat.

Sam komendant ma 20 lat (lub 21). Na swojego adiutanta wybiera 18-letniego Ignacego „Ignaca” Szypułę, który mówi dobrze po niemiecku. Gęborski nie zna tego języka.

Regulamin obozu Gęborski pisze z głowy. Przełożeni radzą mu jedynie: „Znasz obozy niemieckie, przebywałeś w nich, więc wiesz”.

Pod koniec lipca do Łambinowic jako pierwsi trafiają mieszkańcy wysiedlonej w całości wsi Bielice. W lutym 1946 roku, jako jedna z ostatnich, zostanie wysiedlona wieś Łambinowice. W sumie przez obóz przejdą ludzie z około 150 miejscowości, liczba osadzonych jednorazowo będzie się wahała od 600 do 1200 osób.

Oprócz nich osadzonymi będą osoby podejrzane o przynależność do organizacji nazistowskich, żołnierze armii niemieckiej wracający z niewoli (w większości Ślązacy), strażnicy obozu jenieckiego Lamsdorf i ludzie podejrzani o dokonanie zbrodni na ludności polskiej. Obóz w założeniu przesiedleńczy będzie miał charakter represyjny.

Ostatniego dnia sierpnia 1945 roku z Ellguth Hammer do obozu trafia Klara Maxara z czwórką dzieci, sąsiadami, znajomymi i ludźmi, których spotyka co niedzielę w kościele.

Sierpień 1945

Obozy dla Niemców powstają w całym kraju. Jest ich na pewno kilkaset, niektórzy historycy będą w przyszłości podawać liczbę nawet 1300. Podlegają różnym instytucjom: NKWD, wojskowym władzom radzieckim, Głównemu Zarządowi Informacji Wojska Polskiego, Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, władzom wojewódzkim, powiatowym czasem miejskim. Mieszczą się w dawnych hitlerowskich obozach koncentracyjnych (na przykład w części obozu Auschwitz), w dawnych obozach jenieckich, na terenie warszawskiego getta lub tworzone są od nowa. Najbardziej znane są obozy w Świętochłowicach, Toszku, Łambinowicach, Jaworznie i Potulicach.

Dziennikarze „Życia Warszawy” w czerwcu 1945 roku odwiedzają Centralny Obóz Pracy w Warszawie, stworzony na terenie niedawnego Konzentrazionslager Warschau, który mieścił się w getcie (dziś w tym miejscu stoi Muzeum Historii Żydów Polskich). Są zachwyceni. Niemcy mają tu lepsze warunki niż ktokolwiek w zrujnowanej Warszawie w tym czasie. Dostali do dyspozycji ogródek „pełen zieleni, krzewów i drzew”. W miejscu olbrzymiego dołu, gdzie podczas wojny miano chować ciała pomordowanych Polaków, władze obozu urządziły klomb z godłem państwowym. Tam, skąd ekshumowano ciała 24 osób, jest teraz ogródek warzywny. Niemki mieszkają w czystych, pobielonych budynkach. W jednej z sypialni reporterzy zauważają na stole wazon z kwiatami. „Zapytujemy obecną na sali więźniarkę o wyżywienie i inne szczegóły z życia obozowego. Jest zadowolona. Oczywiście – w domu najlepiej. Ale ona rozumie, że za błąd swój musi odcierpieć”. W podobnych warunkach żyją mężczyźni. Obłożnie chorzy trafiają do szpitala, potem mogą nabierać sił w obozowym parku. „Bić więźniów nie wolno. Za to grożą surowe kary. Również nie wolno lżyć zatrzymanych lub im uwłaczać”.

Czy dziennikarze ulegli propagandzie władz obozu, które pokazały im to, co chciały, czy napisali artykuł z własnej woli, wymyślając to, czego nie widzieli? Nie wiadomo.

Wiadomo tylko, że w czerwcu na terenie tego obozu zakopano 400 zmarłych więźniów niemieckich.

Bardziej realne jest wrześniowe sprawozdanie dziennikarza „Życia Warszawy” z wrocławskiego obozu: „Na wschodnim przedmieściu Wrocławia długie czarne baraki. Za ogrodzeniem z kolczastego drutu – tysiące wynędzniałych postaci. To ci, którzy chcieli całą ludzkość skrępować takim właśnie drutem. Przedstawiciele niezwyciężonej armii oczekują tu rozstrzygnięcia swego zasłużonego losu”.

1959 i 2000

Wszystkiemu, co byli więźniowie obozu pracy w Łambinowicach mówią w opolskiej prokuraturze i przed sądem w Opolu, Czesław Gęborski zaprzecza. To reakcjonistyczne brednie i pomówienia!

Jesień 1945

O szóstej rano wrzask strażników. Klara Maxara otwiera oczy. Śpi na dole piętrowego łóżka. Nad nią jej dzieci: Erika, Ursula i Oswald. Najmłodsza Monika sypiała z nią. Ale już jej nie ma. „W połowie września zmarła moja 5-tygodniowa córka. Przyczyną śmierci był głód” – Klara później zezna.

To zwykła rzecz w baraku, w którym mieszka kilkaset matek z dziećmi. Ostatnio jednej kobiecie z tego samego powodu zmarło troje dzieci. Niemowlętom i małym dzieciom nie przydziela się osobnych porcji. Więzień Jan Wancke: „Żona moja zmarła w tym obozie z głodu i wycieńczenia, ponieważ mając przy sobie dzieci chciała je wyżywić, a mając na uwadze to, że wyżywienie było złe i mało, więc po prostu sama musiała sobie odmawiać jedzenia”.

Do picia zdarzała się herbata z trawy rosnącej na terenie obozu, ale jest koniec września i dawno już najdrobniejsze rośliny zostały wyskubane do gołej ziemi, więc zostaje sam wrzątek. Krewna Klary z innej wsi, która nie trafiła do obozu, przynosi im żur w blaszanej bańce. Zdarza się, że zupa trafia z rąk wartownika w ręce Klary. Przeważnie jednak zjadają ją strażnicy. Tak jak jedzenie z paczek przynoszone dla innych więźniów.

Klara sprawdza, czy zardzewiała puszka po konserwie, która służy za miskę, leży schowana pod siennikiem. Pierwszego dnia w obozie zabrano im wszystkie osobiste rzeczy, także sztućce. (Mówiono potem o jednym człowieku, że schował w kieszeni łyżkę i widelec. Zastrzelono go na miejscu). Dzieci Klary, wzorem innych, wygrzebały skądś tę puszkę, została pewnie po jeńcach obozu Lamsdorf. To skarb rodziny Maxarów.

Wrzask się powtarza. Klara podnosi się z pryczy, patrzy na dzieci. Chodzą po nich wszy, z rozdrapanych ran sączy się ropa, rozgniecione przez sen pluskwy zostawiły po nocy krwawe plamki na twarzach. „Erika – matka potrząsa ramieniem najstarszej córki. – Chodź ze mną do ubikacji”. Lepiej iść we dwie. Strażnicy czasem dla zabawy strzelają do kobiet, które biegną do ubikacji. (Mówiono potem, że jedna ciężarna, siedząc na desce latryny, zwierzyła się nieznajomej obok, że chyba wkrótce będzie rodzić, bo wyraźnie czuje ruchy dziecka. Zginęła od strzału na miejscu, z zadartą spódnicą i opuszczonymi majtkami, w połowie zdania). Klara ma nadzieję, że nad matką z dzieckiem idącymi do toalety strażnicy się zlitują.

W nocy sika się do wiadra, bo obowiązuje zakaz wychodzenia z baraków. Regulamin pozwala na strzelanie do każdego, kto znajdzie się na placu. Słychać wtedy w ciemnościach pojedyncze strzały. Bywa, że pijani strażnicy celują w cienkie ściany baraków, kule przeszywają deski. Można umrzeć we śnie.

Klara Maxara stara się wychodzić z baraku jak najrzadziej. Ale czasem jest poranny apel i wyjść musi. „Śpiewać, hitlerówy!” – wrzeszczą strażnicy. Ich hatte einen Kameraden – dzieci i ich matki śpiewają pieśń pogrzebową niemieckich sił zbrojnych (Klara Maxara potem się dowie, że tę samą pieśń w tym samym czasie śpiewali mężczyźni z baraków męskich i młode dziewczyny z baraków kobiecych). „Maszerować, szwaby!” – nogi w marszu wyciąga Klara, jej córki i syn, jej sąsiadki i nieznajome. „W górę sukienki!” – strażnicy mają czasem ochotę na żarty. Więc spódnice i suknie idą w górę. Koniec apelu.

Potem najlepiej siąść na pryczy. I tak przeczekać do wieczora. Bywa, że strażnicy zapędzają kobiety z baraku rodzinnego do sprzątania obozu. Potem się wraca i przez brudne okienko obserwuje życie na zewnątrz.

Nikt tu się nie myje, bo woda jest tylko do picia. Nikt nie pierze, bo jedyne ubrania wciąż nosi się na sobie. Wietrzenie rzeczy nie jest możliwe, bo brakuje sznurków do wieszania. Wykorzystywanie drutów kolczastych z ogrodzenia do tego celu jest surowo zakazane i grozi śmiercią. Wszyscy wiedzą, jaki los spotkał na początku września Martę Preussner z Ellguth Hammer, krewną Maxarów.

Gertruda Kuboń zezna: „Marta wyszła z baraku na podwórze. Po pewnym czasie powróciła, zatrzymując się w progu. Zauważyłam wówczas, że jest postrzelona i z piersi płynie jej krew. Powiedziała do swojej córki:  – Anna, Ignac mnie przestrzelił i on mnie chce całkiem zabić za to, że powiesiłam szmaty na drucie”. Anna Wieczorek, córka Marty, doda: „W tym momencie usłyszałam: – Cholero, chodź z powrotem! Matka moja na to wezwanie odwróciła się i poszła, ja wróciłam na salę. Usłyszałam strzał. Po upływie dziesięciu minut do baraku przyszedł Ignac i powiedział: – Czy są tu krewni tej zastrzelonej? Niech idą się pomodlić. Na to wezwanie poszłam z dwiema ciotkami na plac. Tam zostałyśmy dotkliwie pobite przez Ignaca, Antka i innych strażników. Później się dowiedziałam, że matkę moją drugi raz postrzelono w głowę”.

1945

Wszystkiego przez okno z baraku Klara Maxara jednak nie może zobaczyć.

Być może nie wie, że woda jest przywożona ze wsi beczką po gnojówce. Że po chleb i ziemniaki dla obozu jeździ wóz zaprzężony w ludzi (konie są tylko do dyspozycji komendanta). Że pole wokół Łambinowic uprawiają więźniowie, którzy poganiają swoich sąsiadów uwiązanych do pługów i bron, tak jak dawniej poganiali bydło. Że jedni więźniowie pracują przy naprawie butów, inni są krawcami albo naprawiają zepsute traktory i auta, które potem wymienia się na jedzenie.

Że przez obóz przechodzi codziennie kolumna pogrzebowa. „Nie zawsze, ale często widzieliśmy ośmiu do dwunastu grabarzy, wieźli codziennie dwukołowymi wózkami zamordowanych, zagłodzonych i zmarłych na choroby do zbiorowych mogił na cmentarz obozowy” – będzie wspominał po latach Lothar Goerlich, jeden z osadzonych.

Pewnie nie przychodzi jej do głowy, że na teren odkrytych w lipcu masowych grobów jeńców obozu Lamsdorf „Kotleten Fryc” wysłał kilkadziesiąt podległych mu Niemek. Kobiety gołymi rękoma, bez choćby chustek na ustach, zmuszone były do ekshumowania zwłok. Ciała mężczyzn, ułożone w kilku warstwach, były w stanie rozkładu. Więźniarki nurzały ręce w mazi, zapadały się w niej po kolana. Podczas pracy obserwowali je zaproszeni dziennikarze. Tygodnik „Przekrój” w sierpniu 1945 roku zamieścił fotografie Niemek przy ekshumacji. „Cyniczne uśmiechy niedowierzania zastygły na ustach ludności niemieckiej, kiedy zaczęto odkopywać groby. Każda łopata wbita w ziemię natrafia na ciała i szkielety jeńców, zagłodzonych przez niemieckich zbrodniarzy” – reporterzy podpisali zdjęcia. Ekshumacje powtórzą się jesienią i pod okiem komisji radzieckiej będą trwały do zimy. Tym razem do prac zapędzeni zostaną osadzeni. Czesław Gęborski przyzna: „Zdarzało się, że więzień przypadkowo wpadł do takiego grobu i z uwagi na to, że zwłoki były już rozłożone – stanowiły taką potworną maź – tonął w tym”.

Klara nie widzi też ze swojego okna, jak Ignac, prawa ręka komendanta, gna przez plac dwóch staruszków z sąsiedniej wsi. „Przez całą drogę bił ich łańcuchami po karkach. Łańcuch miał owinięty dookoła prawej ręki. W pewien czas później obaj zmarli” – powie osadzona Anna Mike. Choć Ignac tak naprawdę najbardziej lubi bić bykowcem znalezionym na terenie obozu jenieckiego.

Klara nie wie o piwnicy pod kuchnią, gdzie odbywają się codziennie, bez sądu, egzekucje mężczyzn podejrzanych o przynależność do SS lub NSDAP. Że po ucieczce jednego więźnia ginie dziesięciu wybranych losowo. Że po wieczornym apelu mężczyzn kilku z nich nie wraca już do baraków. Ostatni schodzący z placu są zabijani za opieszałość.

Klara nie będzie chciała uwierzyć w historię człowieka, któremu komendant i jego adiutant odcięli na żywca nogę piłą do drewna. Ani w to, że strażnicy przychodzili nocami do baraków młodych, bezdzietnych kobiet.

Dopiero potem się dowie, że Ignac kazał położyć się na drodze któremuś z więźniów i przejechał po nim bryczką zaprzężoną w siwego konia. Że ktoś widział, jak kilku mężczyzn zagnano na drzewo, a innym kazano je ściąć. Że za zabicie królika zastępcy komendanta odpowiedział mały chłopiec. „Ignac zapytał, kto zabił królika, to niech się przyzna, bo jeżeli nie, to wszystkie zebrane kobiety rozstrzela. Rzeczywiście, przed nami, w odległości około sześciu metrów, stał na ziemi karabin maszynowy odwrócony lufą do szeregu stojących kobiet. Podbiegł do niego chłopak, gdzieś w wieku około 9 lat, i powiedział, że on wie, kto zabił tego królika. Wówczas Ignac kazał wszystkim kobietom rozejść się do baraków, ale jednocześnie stojący obok strażnik, którego nie znałam, chwycił tego chłopaka za szyję i spodenki i bił nim o ziemię” – zapamięta więźniarka Paulina Wancke.

1945

Komendant się zakochuje. Narzeczona Jadwiga Gęborys ma miłą aparycję, nieco pulchną buzię i figlarne loczki. Jest córką przedwojennego robotnika, obecnie niemodlińskiego restauratora. Młodsza od Czesława o dwa lata (lub rok), pochodzi z Warszawy. Skończyła szkołę powszechną, w wieku 16 lat wyszła za mąż, w powstaniu udziału nie brała. Po wojnie wyjechała z rodzicami na Ziemie Odzyskane.

Gęborski dzieli życie między miłość a obowiązki. W dzień zarządza obozem, bierze udział w wysiedleniach, zdobywa jedzenie dla więźniów, organizuje ich transport do Niemiec. Wieczory poświęca Jadwidze. Nigdy nie nocuje w obozie. Ignacy Szypuła odwozi go po pracy bryczką do Niemodlina i rano zabiera do Łambinowic. W obawie przed napadem ze strony niedobitków niemieckiej armii wybierają różne drogi dojazdu.

Czy Czesław opowiada Jadwidze o życiu w obozie? Żeby rozbawić dziewczynę mówi o więźniarkach, które stoją na placu apelowym z zadartymi spódnicami? O nakładaniu niemieckim wieśniakom żołnierskich hełmów na głowę i waleniu ich kijami tak długo, aż pocieknie krew po twarzach? O synach zmuszanych do śpiewania i deptania po swoim ojcu, aż ten umrze? O tym, że kopanie więźnia butami w ostrogach jest tak męczące, aż trzeba go na końcu zastrzelić?

A może chroni ją i nic nie mówi. Może nie chce, żeby usłyszała, co pijani strażnicy podczas przepustki w restauracji jej ojca opowiadają, czym naprawdę zajmuje się Gęborski? Czy dlatego właśnie wysyła Jadwigę do Dąbrowy Górniczej? Narzeczona wprowadza się do rodziców Czesława i czeka na niego, załatwiając jednocześnie rozwód z pierwszym mężem (Jadwiga wyjdzie za Czesława dopiero 22 lipca 1954 roku).

Nie będą mieć swoich dzieci. Ale w przyszłości adoptują dziewczynkę z niemieckiego sierocińca (czasem Gęborski będzie podawał, że to córka żony).

Dziwne, bo Czesława Gęborskiego przepełnia czysta, czarna nienawiść do Niemców. Ale nie jest w tym odosobniony. To czas, gdy słowo Niemcy oficjalnie jest pisane z małej litery. Polscy urzędnicy, kolejarze, dziennikarze, nauczyciele, dzieci, staruszki i strażnicy Obozu Pracy w Łambinowicach nienawidzą wszystkiego, co germańskie.