Fosa

Sylwia Siedlecka
#
  • W.A.B.
    marzec 2015

    192 strony
    123 x 194
    Okładka: twarda
    ISBN: 978-83-280-1517-3

Fragment najnowszej książki Sylwi Siedleckiej Fosa opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa W.A.B.

Copyright: wydawnictwo W.A.B.

Liza leży pod kołdrą i nasłuchuje. Wydrzyk zaczyna o czwartej nad ranem, tak-tak, krzyczy w gąszczu żyłkowanych liści, aż rozrywa mu brzuszek. Na ścianach domu z sauną, jacuzzi i dziesiątkami kamerek pulsujących czerwonymi guziczkami wiszą poroża saren, lisów i zajęcy. Nagie i otulone futerkiem głowy obserwują pokój oczami ze szkła. Dom zbudowało osiemnastu Ukraińców. Żona jednego z nich jest już umówiona na opiekunkę dziecka Lizy, które urodzi się za rok, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Ukrainki są czułe, dobrze opiekują się dziećmi.

W menu ślubnym zamówili: trzy dania ciepłe, butelkę wódki na głowę, wino słodkie, wino musujące, sok pomarańczowy, wodę. Roladki z łososia ze szpinakiem, tatar przygotowany tuż przed spożyciem, żeby nikt nie zachorował na salmonellę, wykrochmalone białe obrusy z haftami w anioły i strzępiaste chabry. W ogrodzie domu weselnego zostanie rozstawiony namiot z łakociami i owocami. Na paterach będą oblane lukrem serniczki, bezy fikuśnie spiętrzone w wysokie kopuły i czekoladowa fontanna, w której można maczać kawałki kandyzowanych pomarańczy albo ananasów. Trzy dania główne: jedno to rulon z sarniny zapiekany w białym sosie z ryżem i szafranem. Na stołach będą stać wysokie wazony z rżniętego szkła: w każdym biała róża owinięta gałązką asparagusa. Lato jest dobre na ślub, ale jedzenie szybko się psuje. Zwłaszcza w ogrodzie. Kelnerzy muszą pamiętać, żeby odpędzać muszki, które siadają na owocach, najczęściej na słodkich, miękkich gruszkach i rozciętych na pół owocach mango, które kuszą je kleistym miąższem.

Obok Lizy śpi Arek. Pod prześcieradłem, którym jest przykryty, widać delikatny, pulsujący ruch, jaki wykonuje jego serce. Arek oddycha głęboko. Ale Liza powinna wstać, ma długą listę spraw na dzisiejszy dzień. Powietrze ciągle jest rześkie, chociaż trochę już czuć nadchodzącą falę gorąca. Liza przeciąga się. Arek powiedział: twoje ciało jest zbudowane z wysokogatunkowego białka i miłości. Mniejsza o to. Najważniejsze, że ciało zwykle nie zawodzi i jest na zawołanie. Ale dzisiaj, kiedy Liza widzi, ile jest do zrobienia, stawia opór i wsącza senność w każdą komórkę, żeby przedłużyć bezruch. Jej szerokie kości policzkowe, biodra jak brama do willi, duże usta i zęby, które potrafią zmiażdżyć najtwardszy orzech włoski, nabierają ciężaru, jak napęczniałe od wilgoci. To dzisiaj. Przed oczami pojawia się suknia z koronki i powietrza, model à la Jackie Kennedy, jak cukrowa wata, aż chce się polizać. Trochę zbyt opięta w biodrach, jak wszystko, co Liza na siebie wkłada. Sukienka wisi na żyrandolu, wyprasowana i gotowa na wieczór. Kiki będzie musiała pomóc Lizie ją włożyć, bo koronek jest tyle, że można się w nich udusić. Przed trzeba też sprawdzić, czy gdzieś nie została szpilka albo igła od fastrygi, bo krew źle schodzi z jedwabiu.

**

Strzałki są małe. Strzałki są więzieniem. Liza może zamknąć oczy i jechać na pamięć, zna fakturę miasteczka, wszystkie zapadnie, szczeliny i wybrzuszenia. Dom szczelnie przylega do domu. Nawet gdy podnieść głowę, widać, że sznury drutów, łańcuch i trakcje kolejowe łączą budynki w krwiobieg. Liceum, szyld, pustostan, fontanna wypluwa żółtą wodę: monety wrzucone na szczęście rdzewieją i zatykają wąskie kanaliki. Kamienice na rynku rzucają o poranku ciężkie, szare cienie o wyraźnych konturach, psy powoli liżą żółtą sierść, a stare kobiety z włosami splecionymi w siwe węzły grzeją się w półcieniu już od paru godzin, bo nie mogły spać całą noc. Dziesiąta rano. Liza zna tu wszystko, ale nie kocha niczego. Arek nie jest stąd, dlatego kocha wszystko, co tutejsze. Jego miłość przejawia się w fotografowaniu starych murów obronnych, planach budowy muzeum (kto wie, może mojego imienia – powiedział kiedyś), zażyłości z wójtem i miejscowymi przedsiębiorcami.

Wspaniale zachowany odłamek, mówi Arek, jakby jakiś pieprzony pocisk sprzed stu lat miał znaczenie. Jak można nie kochać tego miejsca? pyta.

Połowę życia spędziłam w pokojach z numerem na drzwiach, odpowiada Liza.

Więc dlaczego teraz nie możesz pokonać więcej niż trzydzieści kilometrów? Moglibyśmy jeździć po świecie, zobaczyć piramidy, Las Vegas, mroźną północ, mówi Arek wpatrzony w horyzont.

Już mi wystarczy, mówi Liza. Może to nie choroba, tylko wyczerpany limit.

W starym pokoju Lizy, z tapetą w brudnozielone sowy, jest książka znanego pisarza, który zatrzymał się w miasteczku na kilka dni i napisał o nim jeden rozdział w swoim dziele Małe ojczyzny:

Z lotu ptaka miasto jest strzałką, jakby istniało tylko po to, żeby pokazać drogę do innego miejsca. Kiedyś żyli tu ludzie mówiący zupełnie innym językiem, twardym i ziarnistym. Zbudowali domy z czerwonej cegły, obejścia i szkoły. A potem z dnia na dzień zniknęli, ale domy zostały, a do nich wraz ze swoimi kurami i pierzynami wprowadziło się plemię osadników o twarzach szerokich i łagodnych. Osadnicy uprawiali zboża, zbierali jagody i hodowali bydło, co robią do dziś. Stworzyli Państwowe Gospodarstwo Rolne, w którym wszystko robili razem. Wspólne posiłki, sztućce, ośrodek zdrowia, przedszkole. Wybudowano bloki, ściany były cienkie jak opłatek, ale nikt nie miał nic do ukrycia, więc nie bano się podsłuchu.

Ale Liza nie lubiła tej książki, nie ma w niej wielu rzeczy, które dla Lizy były ważne. Znany autor nie napisał o tym, że kiedy Liza była kijanką w brzuchu matki, Strzałki kwitły, a ich serce, fabryka wyrobów azbestowych, dawała życie wielu mieszkańcom. Szary obłok gęstego pyłu otulał miasto, zasłaniając czarną nieskończoność nieba. W fabryce wytwarzano najbardziej nowoczesne pokrycie dachowe. Eternit. Wszystkie domy i obejścia były przykryte srebrzystoszarym płaszczem. O świcie samochody ciężarowe wyjeżdżały spod fabryki z ciężkim ładunkiem, żeby zawieźć go do najdalszych zakątków kraju. Eternit nie płonie, jest odporny na mróz, chroni jak zbroja. Aeternitas znaczy „wieczność”. Wieczne miasto, mówiono i nikt się nie śmiał, bo miasto naprawdę kwitło i rozrastało się. Zbudowano kolejne bloki, a nawet kemping nad jeziorem za miastem, gdzie można było wypić piwo kuflowe i kupić smażoną kiełbaskę podawaną na papierowej tacce. Wtedy jeszcze przyjeżdżał cyrk i wycieczki z zaprzyjaźnionego radzieckiego miasta Asbiest na Uralu.

I skończyło się. W telewizji pojawił się mężczyzna z czarnymi włosami, które tworzyły nad czołem sztywną czapę. Cerę na policzkach miał dziobatą, jakby w dzieciństwie przebył ciężką ospę. Stał na tle gmachu ministerstwa i mówił, jakby czytał z kartki:

Azbest jest substancją trującą, zostawia w płucach kryształki, które twardnieją i po latach płuca zamieniają się w dwa ogromne kamienie.

Później ten mężczyzna przyjechał do Strzałek raz czy dwa, skórę na twarzy miał jak pikowana wersalka. Zamknięto fabrykę miesiąc później, po prostu pewnego dnia ośmiuset ludzi zostało w domu, zamiast iść do pracy. Wkrótce urząd pracy powiedział, że mogą przekwalifikować się na fryzjerów. Trzystu poszło na darmowy kurs, w czternastotysięcznym miasteczku było wkrótce trzystu wykwalifikowanych fryzjerów, większość z wielkimi rozbitymi dłońmi, pełnymi starych odcisków. A azbest kazano zdejmować z dachów, z ciał już się nie dało. Mało kto pamiętał o miasteczku, pominięto je nawet na niektórych mapach kraju. Wielu ludzi z fabryki wyjechało usuwać azbest z domów w Paryżu, Londynie i Amsterdamie, bo tam dużo wcześniej uznano, że jest trujący, ale nikt oprócz Polaków, Słowaków i Ukraińców nie chciał się podjąć tej niebezpiecznej pracy.

Ale jak za to płacą, matkoboska, mówili ci, którzy wyjeżdżali ze Strzałek jeden po drugim.

Jak mnie nie zabiło tu, to i tam mnie nie ruszy, mówili, zanim zniknęli w autobusach. Za chwilę miały ich wywieźć do pięknych miast, w których czekała na nich praca i nieskazitelnie błękitny strój roboczy.

Niby praca jak praca, ale inaczej, mówili. Bardzo inaczej. Oni na Zachodzie mają wszystko bardzo rozwinięte. Zdejmujemy ten azbest w maskach i w ubraniach ochronnych, lekarz też przyjeżdża, mówili, wyjmując z torby podróżnej plastikową miniaturkę wieży Eiffla.

Po zamknięciu fabryki w Strzałkach długo było źle. Aż do momentu kiedy przyszedł Arek. Pojawił się nagle i zaintrygował wszystkich. Ujął go rozpad, widoczny w materii miasta i w ludziach. Jakby azbest wniknął w ich skórę, zabarwił ją na szaro i tak zostawił ludzkie ciała, stężałe i twarde. Arek kupił wielkie chlewnie i hale, które od lat stały puste, dodał nowe kontenery z falistej blachy, która lśniła w słońcu jak zbroja. Powstały tam zakłady mięsne znane w całym kraju. Potem odnowił martwe bloki z rachitycznymi balkonikami, na których kwitły liszaje i pelargonie, a w środku żyli ludzie pozbawieni nadziei. Do Arka należą teraz lasy, żwirownie, łąki i nieużytki, a niektórzy mówią, że także ludzie, bo co drugi dorosły mieszkaniec miasta pracuje w zakładach mięsnych. Zakłady utrzymują wiele rodzin, które wcześniej żyły ze zbierania jagód i makulatury, a nawet ze sprzedaży własnych ciał. Dwukrotny złoty człowiek miasteczka i jeden raz srebrny. Dziś Liza zostanie jego żoną.