Zielona wyspa

Igor Ostachowicz
#
  • Wydawnictwo W.A.B.
    marzec 2015
    320 stron
    142 x 202
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-280-1493-0

Fragment najnowszej książki Igora Ostachowicza Zielona wyspa opublikowany dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

Copyright: Wydawnictwo W.A.B.

Skończyła się przebierać, przesunęła szklaną taflę drzwi i wyszła z domu. Owiało ją ostre mokre powietrze. Może to i turystyka, ale tuż za drzwiami przywitał ją ogromny, rozkołysany, stalowy ocean i jego organiczny, mokry zapach.  Szum. Gigantyczne chmury tuż nad głową. Od białych po ciemnoszare. Nic, tylko przestrzeń i własne życie. Czas można pominąć. Oddychać głęboko. Dostarczać czyściutki tlen do szarych komórek i zdrowieć na umyśle. Oczyszczać się z toksyn, złości i żalu. Zamieniać w łagodnie uśmiechniętego Buddę. Tylko szczupłego. Więc może w Krysznę albo naszego przystojnego Boga byłoby lepiej, tyle że w tych sprawach to już kompletnie nie była zorientowana. To znaczy Kryszna – w ogóle zero, a Ten Nasz tak piąte przez dziesiąte raczej. O Buddzie pisała jej przynajmniej niedoszła przyjaciółka. Przez jakiś czas. Zanim się znudziła. Nawiedzona laska – nie lubiła takich. Prawie cały tydzień długich oświecających tekstów i wysyłania zdawkowych, drętwych odpowiedzi. Nic dziwnego, że zniknęła. I tak długo wytrzymała. Może najbardziej to pod tai-chi podchodzi. Tu jej widza też niestety nie przedstawiała się najlepiej. Chociaż powinna, bo przecież chodziła na kurs. Tylko że późno dołączyła do tej grupy. Teoria była pewnie na początku. Nie skończyła go nawet, przeniosła się na pilates, bo był w lepszych godzinach. I w ogóle kiedy to było…
Szła w stronę urwiska, obejmując się za łokcie. Wynajęła to wszystko na ponad dwa tygodnie. Minimum czternaście, maksimum dwadzieścia dni, w zależności od warunków pogodowych dla helikoptera. Trochę długo, myślała z niepokojem. Miała na sobie popielaty, gruby sweter na guziki, z kieszonkami, kapturem, wygodny i ciepły, chociaż dopasowany i krótki. I dżinsy.
Bądź bezwzględny dla bliźniego swego jak dla siebie samego, mawia słusznie jej mąż. Robert jest niedobry dla ludzi i pewnie dzięki temu bogaty, mimo to pomyślała o nim kiedyś: papierowy tygrys, i z czułością próbowała mu przygłaskać koguty sterczące na głowie. Są ludzie, którzy się go naprawdę boją, na przykład pracownicy, dla niej pozostał papierowy.
Woskowa twarz. Nawet nie smutna. Poważna. Obojętna. Wciąż miała przed oczami swoje odbicie w lustrze.
Skąd mi się to wzięło? – zastanawiała się.
Nie chciała być taka. Widziała nieraz kobiety o podobnych twarzach. Patrzące beznamiętnym wzrokiem na kolorowe atrakcje centrum handlowego. Przeglądające menu sieciowej kawiarni okiem surowego recenzenta. Wolałaby biec roześmiana w promieniach słońca przedzierających się przez jej rozwiane włosy. Z szalonymi iskierkami w oczach spoglądać w obiektyw.
Pieniądze to magia. Dzięki nim można nawet odpocząć. Zamknąć oczy. Czary-mary i otworzyć je w takim miejscu jak to. Gdzie samotny spacer w stronę przepaści jest czymś naturalnym. Czymś godnym. Godnym pozazdroszczenia.
Jak to było z tym Buddą? Próbowała sobie coś przypomnieć, ale w głowie pojawiały się tylko różne zdjęcia i rysunki, plątanina kółek i regularnych wzorów, uśmiechnięte figurki, kolory jak z Little Pony. Tak naprawdę to kojarzył jej się ten cały Budda z psychologiem. Szarlatanem. Uśmiechnęła się. Właściwie to nawet nie wiedziała, czy skojarzenie jest trafne, ale on też mówił o harmonii i chciał, żeby było okej.
Gapiła się na chmury.

2.
bezczelny punkcik. Rosnąca drobinka. Rusza się. Pulsuje między szeroką zieloną podstawą a niekończącym się, ciężkim od wilgoci niebem.
To człowiek – pomyślała z oburzeniem i niedowierzaniem.
jedno spojrzenie w bok i już?
To niemożliwe.
Tak od razu? Miało być inaczej. Zawsze jest inaczej niż miało być. Ale tak szybko? I tutaj?
Ktoś tu jest. Musiał tu być przed nią. Niewybaczalne. To wymaga wyjaśnienia.
Zanim gula goryczy urosła na dobre w jej krtani, człowiek zniknął za jednym z pagórków. Czas skurczył się raptownie. Z wielu samotnych dni, które pachniały wiecznością, zostały jej na razie minuty irytacji i niepewności. Nie dopuszczała do siebie myśli, że ta powiększająca się plamka, która przecież właśnie zniknęła, może okazać się zjawiskiem nieusuwalnym.
Mały falstart, to wszystko, próbowała się uspokajać.
Odwróciła się plecami do lądu i spojrzała na ocean. Stała na krawędzi wysokiego urwiska. Kolory się zmieniły. Niebo i chmury nabrały szarości, morze zmatowiało, wszystko razem zaczęło się zlewać.
Nieskończona szarość, pomyślała, wypychając językiem policzek. Zieleń wyspy za plecami odczuła jako anomalię. Stała na krawędzi.
Wspaniałe, myślała, głęboko wciągając powietrze, kryształowe i dzikie. Hulanie na wolności mi służy – pozwoliła sobie na nutkę romantyzmu.
Burzył jej wszystko ten człowiek. „Ty nie wiesz, jacy są ludzie”, powtarzali jej od wieku prenatalnego rodzice. Nagrania z Mozartem, „ty nie wiesz, jacy są ludzie”, Mały Książe czytany na głos, „ty nie wiesz, jacy są ludzie”, ucho taty przyssane do brzucha: „Jesteś tam, kochanie?”. Ty nie wiesz, jacy są ludzie.

–  Na pewno generalnie nie są romantyczni – bąknęła do siebie.
Po co chcieli moich narodzin, skoro tak się bali?
Mogłaby ich wydać: oni się boją ludzi. Kiedyś tak nawet krzyknęła, pokazując na nich palcem w sklepie. Oni się boją ludzi, powtarzała, aż kupili jej wreszcie Barbie. Chociaż nie było ich stać. Nieboraki. Tacy kochani…
Nie wie dokładnie, jacy są ludzie ani jaki jest ten tu konkretnie. To poważny problem, jednak w tej chwili akurat bez znaczenia, bo nawet gdyby dziwnym zbiegiem okoliczności to George Clooney szedł z silnym postanowieniem, że musi się ustatkować i znaleźć odpowiednią dziewczynę, nie zmieniłoby to faktu, ze ona po prostu miała tu być sama.  I dysponować przeogromną porcją nieposzatkowanego czasu tylko dla siebie. Zapłaciła za to dużo pieniędzy. Leciała do Londynu, gdzie o mało się nie zgubiła. Przez trzy godziny udawała kompatybilną cząstkę kosmopolitycznego tłumu. Zaliczyła nawet mały podryw. Stary dziad, taki trochę w stylu lat osiemdziesiątych, któremu się wydaje, że czas się go nie ima. Szczerzył porcelanowe żeby i starał się patrzeć na nią z błyskiem w oku. Był stary. Powiedział, że słowo „terminal” kojarzy mu się ze śmiercią. A śmierć z czyśćcem. A czyściec zaś, który jest jedynym wiary katolickiej do niego trafiającym, wyobraża sobie właśnie jako wielki terminal. Miejsce pełne zmierzających dokądś ludzi, których nie rozumie i którym jest zupełnie obojętny.  Czytała to już gdzieś w necie. Nawet sama napisała to swojej buddyjskiej koleżance, bo tak jej jakoś pasowało tematycznie. Od siebie dodała jeszcze, że ci wszyscy ludzie, w przeciwieństwie do niej, doskonale wiedzą, gdzie iść, i w ogóle się nie gubią.
- To naturalne, że w twoim wieku myślisz dużo o śmierci – powiedziała z wyrozumiałym uśmiechem – ale nie zapominaj o życiu. Przed tobą może być nawet dziesięć wspaniałych lat. – Żałowała, że Robert tego nie słyszy. Może i jest złamasem, za to uwielbia okrutne żarty, byłby z niej dumny. – Mój dziadek na przykład – zmyślała jeszcze dla dobicia – założył fanklub Doris Day i jest liderem bardzo pozytywnej grupy rówieśniczej.
Nawet nie udawał, że go to bawi, popatrzył z wyrzutem, anglosaskim poczuciem wyższości, powiedział, że w porządku, chociaż nie wyglądało, że tak uważa, i się odczepił.
Sprawnie popijała kawę z kubka, bez cienia niepokoju zanurzona w swoim e-booku. Potem miliard lat świetlnych na kosmicznej leżance przez ocean, cztery godziny do przesiadki, kawa, e-book, znowu samolot. Królowa przestworzy, tak powinni nazwać te ofertę. No i w końcu helikopter. Pilot o imieniu Mike oraz kobieta z biura podróży, czy raczej od właściciela nieruchomości, o imieniu Ines. Ciemnowłosa i korpulentna. Jej zadaniem była była prezentacja oraz informacja, czyli gadanie. Przez całą drogę usta jej się nie zamykały. Jedną ręką pomagała Mike’owi, ciągnąc wózek z tym, co ze sobą przywieźli, drugą gestykulowała, żeby gadaniu dodać ekspresji. Na miejscu pokazała, gdzie lodówka, gdzie kibel i jak się rozkłada leżak.  Przeprosiła za brak wygodniejszych leżanek, ale „cóż, nie ma tu zbyt wielu okazji do opalania, za to jest sporo deszczu”, leżaki łatwo się składa i chowa. Demonstrowała składanie i chowanie leżaka, nie pomijając najdrobniejszych i najbardziej oczywistych szczegółów. Z taką samą dbałością instruowała, jak obsługiwać piekarnik i telefon satelitarny. W razie problemów z prądem lub ogrzewaniem pod żadnym pozorem – jej palec wskazujący poruszał się jak wycieraczka samochodowa – nie można wchodzić do pomieszczenia gospodarczego i majstrować przy generatorze.

– Jakby co… – Podeszła bokiem do telefonu, przestawiając nogi jak podstarzała baletnica. - …dzwonimy. – Dla przypomnienia podniosła i położyła z powrotem zafoliowaną instrukcję.
Oboje, każde niezależnie od siebie, opowiedzieli jej o prądzie morskim, który opływa wyspę. Słyszała już o nim w biurze podróży, przeczytała na stronie, w informatorze, usłyszała od gościa, który próbował jej wcisnąć dodatkowy ekwipunek za ciężkie pieniądze. Wryło jej się w pamięć, podobnie jak wiele tego typu informacji, powtarzanych w kółko przez każdego z przekonaniem, że odkrywa przed nami nie wiadomo co. Procedura zabawiania. Nudziarze.
Ines stała z nią na zewnątrz i pokazywała paluchem w różne strony. Zamierzała nadawać tak długo, aż pilot wypakuje z wózka cały prowiant, uzupełni zapasy paliwa w generatorze, posprawdza, czy wszystko działa. Magda lubiła dokładne informacje, instrukcje, dlatego dość długo była wdzięcznym słuchaczem. Nie lubiła za to pitolenia bez sensu. Nachyliła się and przytarganymi przez siebie walizkami i zaczęła oczyszczać kółeczka. Wydłubywała ziemię, trawę, drobne kamyczki.
Musi robić na dwa etaty pomyślała o pilocie, kryzys, wskazała przyczynę i stwierdziła, że biedni zawsze maja gorzej. W mundurze i kurtce Mike prezentował się zupełnie nieźle. Szczupły, szpakowaty, niczego sobie facet. Dopiero, kiedy cos podnosił z wózka, jego niezgrabne ruchy zdradzały wiek.  Nie powinien się na to godzić, myślała jak związkowiec, traci cały szarm. Kryzys ocierała ze złudzeń. Stary suchelec. Przyglądała mu się okrutnie. Zaobserwowała, że nosi pomału i po trochu. Jeśli w zgrzewce jest osiem puszek, to ją rozrywa  i nosi po dwie, polana do kominka po jednym. Przynajmniej ma prace. Z piwem na starej werandzie nie wyglądałby lepiej.
Denerwowało ja trajkotanie Ines. Powtórzona po raz kolejny informacja o prądzie morskim i przedstawiona konfidencjonalnym tonem tajemnic legendarnej mocy pobudzania płodności przez tę wyspę, o czym tez była wzmianka w katalogu. Wspólne uprzejme zabijanie czasu. Wolę sama zabić czas pomyślała zadowolona z siebie.
–  Proszę – jęknęła.
Ines tylko na nią łypnęła. Poprawiła szalik i gadała dalej.
–  Mogłabyś się przymknąć? Proszę – powtórzyła.
Niepewny miks uśmiechu i skrzywienia w odpowiedzi.
–  Oczywiście.
Stały chwile w meczącym milczeniu.

–  Pójdę mu pomóc. Gdybym była potrzebna, proszę zawołać – oświadczyła Ines i sobie poszła.
Niedługo potem odlecieli, życząc jej udanego pobytu.
Zrobiło się pusto. Trochę jak dawno temu, gdy rodzice wychodzili gdzieś na dłużej i zostawiali ją samą w domu. Zastanawiała się, co by tu spsocić.