Usypać góry. Historie z Polesia

Małgorzata Szejnert
#
  • Znak
    Kraków, marzec 2015
    416 stron
    oprawa: twarda
    ISBN: 978-83-240-3287-7

Fragment książki Małgorzaty Szejnert Usypać góry. Historie z Polesia opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.

Copyright: wydawnictwo Znak

Panna Boyd jedzie na Polesie

Louise Arner Boyd, nazywana przez amerykańskich reporterów Królową Lodu lub Dianą Arktyki, jedzie na Polesie packardem z własnym kierowcą. Wóz i szofera Percy’ego Camerona, który pracuje dla niej od dwudziestu lat, zabiera z rodzinnej rezydencji pod San Francisco. Jest rok 1934.

Czy Boyd wiedziała, jakie drogi będą ich niosły?

Pojechałam do Sklepu Podróżnika w Warszawie kupić dawne mapy Polesia. Nie dawały Cameronowi wielkich możliwości. Potwierdził to przewodnik dra Michała Marczaka wydany w 1935 roku: dróg bitych jest w województwie poleskim siedemset dziesięć kilometrów, a trzy powiaty wschodnie: piński, łuniniec­ki i stoliński, wcale ich nie mają. Autorzy raportu Towarzystwa Rozwoju Ziem Wschodnich ostrzegają, że jeśli tempo inwestycji drogowych utrzyma się na dotychczasowym poziomie, Polesie poczeka sto czterdzieści lat na taką gęstość utwardzonych szlaków, jaką ma Polska centralna.

Louise Boyd chce założyć w Pińsku bazę wypadową. Słusznie! Wymieniony przewodnik podaje, że jest tam hoteli trzynaście, a przedsiębiorstw z pokojami umeblowanymi pięć. Warto zwrócić uwagę na Hotel Angielski przy ulicy Kościuszki 2, Hotel Warszawski przy Kościuszki 35, hotel Wenecja przy ulicy Nabrzeżnej 62. Z innych źródeł wiadomo, że Hotel Angielski posiada wanny. Wodę niewątpliwie przynoszono ze studni.

A jeśli Percy, jadąc bezdrożami, uszkodzi packarda?

W Pińsku można go odholować do warsztatów marynarki wojennej. W Prużanach podejmie się reperacji ślusarz mechanik Stanisław Mączyński (ma aparat do spawania metalu), a w Berezie Kartuskiej należy zgłosić się do Kalmana, zaułek Rynkowy.

*

O Louise Boyd sporo napisano. Niektóre teksty zabarwiono feministycznie.

W San Rafael koło San Francisco, w Gate House, który stanowił część jej dóbr rodzinnych, otwarto muzeum; chętnie odpowiada ono na mejle. Przedmioty należące kiedyś do Boyd pięknie zestawiono: obok teatralnej lornetki, inkrustowanej złotem i masą perłową, czarna lorneta polowa, obok srebrnego kompletu piknikowego z rytym monogramem – ciężki kufer podróżny.

W Bibliotece Narodowej w Warszawie zachowała się jej książka Polish Coun­trysides. Photographs and Narrative (Polskie krajobrazy. Fotografie i opisy) wydana w 1937 roku w Nowym Jorku przez American Geographical Society (Amerykańskie Towarzystwo Geograficzne). Zawiera opis podróży, około pięciuset zdjęć, klucz tematyczny i geograficzny do nich, mapy i indeks. Nigdy nie wyszła w całości w Polsce, jest rzadkością biblioteczną i antykwaryczną.

*

Zbierałam wiadomości o Louise Boyd i coraz więcej czytałam o Polesiu w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy tam była. Z czasem zaczęłam zamawiać w bibliotekach i archiwach kopie ciekawych druków, rękopisów i dokumentów, sięgających głębiej lub całkiem współczesnych. Fotografowałam zmikrofilmowane gazety, chociaż ukośny ekran wyświetlarki zniekształcał obraz. Te wiadomości nie miały już związku z wyprawą Boyd.

Krajoznawcy zachwyceni Polesiem zachęcali na przykład, by odwiedzić grób Owidiusza. Nieszczęsny poeta, wygnany z Rzymu, miał spoczywać w kurhanie przy ujściu Cny do Prypeci, koło Kożangródka, chociaż według licznych źródeł historycznych pochowano go w Tomis, dzisiejszej Konstancy, nad Morzem Czarnym. Tam też wystawiono mu pomnik. Legenda o grobie Owidiusza nad Cną pojawiała się tak uparcie, że skłaniała do zastanowienia – może Polesie chciało wygnańcowi, ofierze tyranii, ofiarować taki spoczynek, jaki nie był dany wielu jego mieszkańcom, zesłanym, poległym, zamordowanym lub zaginionym.

Według krajoznawców, Herodot miał pisać o morzu poleskim i wymieniał ludy nad jego wodami: Budynów, Getów i Neurów. Odnalazłam ten fragment w Dziejach. Budynowie mieli bardzo niebieskie oczy i ogniste włosy. Budowali z drewna. Getowie wierzyli w nieśmiertelność dusz, ale łatwo dali się ujarzmić potężnemu królowi Persów. Neurowie byli czarodziejami. Raz do roku każdy z nich na kilka dni stawał się wilkiem, a potem wracał do dawnej postaci. „Ja wprawdzie w te ich baśnie nie wierzę – zapewniał Herodot – niemniej tak oni utrzymują i na to przysięgają”.

*

Zgromadzone lektury, rozmowy o Polesiu na Białorusi i w Polsce prowadziły do intrygujących bohaterów różnych narodowości, stanów i czasów. Byli wśród nich białoruski polityk i polski senator Roman Skirmunt, zamordowany w swych dobrach przez Białorusinów, i profesor Aleś Smalańczuk z Grodna, badający pamięć o tej tragedii; Napoleon Orda – dokumentalista ginącego świata zamków, pałaców i świątyń – i jego wielbiciel redaktor Anatol Krejdicz z gazety „Czerwonaja Zwjazda” w Janowie Poleskim; więzień łagrów Kazimierz Świątek, który potem, już jako kardynał, wybrał sobie nędzną kwaterę przy najbardziej błotnistej ulicy Pińska; brytyjski generał Adrian Carton de Wiart, maniak polowań, wieloletni gość ordynata dawidgródeckiego Karola Radziwiłła; Stanisław Wysłouch, wzorowy gospodarz Perkowicz; profesor Fiodor Klimczuk, tłumacz Nowego Testamentu na język swej wsi Symonowicze, i jego przyjaciel lingwista Wiaczesław Werenicz; Nina Łuszczyk, autorka zadziwiającego pamiętnika spisanego własnym językiem; rodzina wędliniarzy Miniuków z Motola, wsławiona kopią Mony Lizy w sukni z kiełbasy krakowskiej; Rachel Weizmann, także z Motola, która urodziła piętnaścioro dzieci, matka pierwszego prezydenta I­zraela i babka siódmego; Wasil Kuźmicz Dziamko, ojciec wielkiej rodziny zielonoświątkowców z okolic Stolina; Jekatierina Siewierina i Swietłana Łaziuk, strażniczki zbiorów Muzeum Białoruskiego Polesia; nowy rabin piński i deweloper Mosze Fima z Manchesteru; archiwista Edward Złobin, który spisał kolejne nazwy wszystkich pińskich ulic, od kiedy powstały do dzisiaj, i wielu, wielu innych, żywych lub umarłych.

Czy to możliwe, żeby Owidiusza na Polesiu ktoś po prostu wymyślił?
W Żalach układanych w Tomis tak opisywał klimat tego miejsca:

Śnieg leży długo, bowiem deszcz i słońce
jego twardości dać nie mogą rady.
To wiatr północny w skałę go zamienił,
a zeszłoroczny – nowy puch pokrywa,
by wespół dotrwać do następnej zimy
.

Polesie miało klimat dużo ostrzejszy niż Tomis, a Tomis – dużo ostrzejszy niż Rzym. Owidiusz opisuje rzeczywistość czy chłód wygnania? Jeśli ktoś chce dowodzić obecności poety na Polesiu, może przytaczać te wersy.

Ale czy można pomijać bezlitosny głos urzędnika Banku Polskiego ­Kazimierza Kontryma, który w 1829 roku odbył podróż po Polesiu dla zbadania stanu jego gospodarki: Dlaczegożby nowym argonautem zostawać miał Owidiusz, kiedy o tutejszych stronach nic nęcącego nie głoszono? Zapewne nie z przymusu, bo tu oręż Rzymian nie sięgał, zapewne też i nie dla ciekawości, bo z niego nie był Strabon ani Pliniusz; nie badał ani krajów, ani ludzi, ani natury. Poetą był i nic więcéj. (...) Czyż ten pieszczoch i leniwiec miałby niezmiernie trudną i niebezpieczną podróż przedsięwziąć na Polesie, zwłaszcza karmiąc się bezustanną nadzieją odwołania swego do Rzymu?
Uwaga, którą skierowałam z początku na Louise Boyd, rozpraszała się coraz bardziej.
Skoro jednak zaczęłam od Amerykanki, pojedźmy za nią do Kudrycz.

Louise Boyd była ambitna, odważna, a nawet szalona, ale na pewno nie sentymentalna. Jej najczulsze zdjęcie z Polesia przedstawia chleb upieczony w Kudryczach na liściu kapusty. Na spodzie bochenka rysują się żyłki i chrząstki. Ręce, które go trzymają z zachowaniem należnego szacunku, są ciężkie i spracowane.

Wioska Kudrycze leży dwadzieścia pięć kilometrów od Pińska, tam gdzie przed wojną rozciągał się wielki przestwór bagien i żadna komunikacja, poza wodną, nie była możliwa.

Doktor Marczak cytuje w przewodniku słowa profesora Stanisława Kulczyńskiego, wybitnego badacza flory polskiej: Na południowy wschód od Pińska, w samem sercu Polesia, u zbiegu rzek Prypeci, Piny, Styru i Jasiołdy, rozpościera się ­jedno z największych bagnisk na Polesiu, tzw. „morze pińskie”. Bezkresną tę równinę, obejmującą około dwieście pięćdziesiąt tysięcy hektarów powierzchni, przecina zagmatwany splot rzek i strumieni, wśród których drogi szukać umie jedynie doświadczony rybak tamtejszy. Wiosną, wezbrane rzeki pokrywają tę równinę jednolitą taflą wód, latem zjawia się na „morzu pińskim” nieogarnięty łan trzcin i szuwarów. Jednostajność krajobrazu, jego rozległość w połączeniu z nieprzezwyciężonemi trudnościami fizycznemi, z jakiemi spotyka się wędrowiec usiłujący przedrzeć się przez tę ­pełną topielisk plątaninę wysokich traw i szuwarów, budzą uczucie nie tylko piękna, ale i surowej grozy.

Osuszanie błot, które po wojnie objęło na Białorusi ponad półtora miliona hektarów (na prawie trzy miliony hektarów ich powierzchni), sprawiło, że – według współczesnej mapy – można do Kudrycz dojechać na kołach.

Na północy wioskę omywa Jasiołda, tworząca niezliczone łuki i pętelki; podobnie obłąkany bieg mają Styr i Prypeć. Współczesna mapa nie pokazuje mostu ani przeprawy, jakby za Jasiołdą kończył się świat.

*

Jedziemy starym samochodem Witala Jaŭtuchowicza, który doskonale zna teren. Czasem mnie wozi. Opiekuńczy i ciekawy, ma w naszych wyprawach własny interes – obserwuje pola i prace rolne. Wie, które tereny są obiecujące. Jeśli orze tam właśnie traktor kołchozowy, Wital powróci za parę dni i obejrzy bruzdy. Chętnie pokaże mi znaleziska.

Mijamy podmokłe łąki pełne żółtych kwiatów, okrągłych kęp, kolorowych traw. Myślałam, że zwalniamy, żeby popatrzeć, ale to wóz Witala odmawia współpracy. Za chwilę może stanąć na dobre, a droga jest pusta i nikt nas nie weźmie na hol.

W 1934 roku Louise Boyd badała pobieżnie ruch na Polesiu. Na ruchliwej drodze Różana – Prużany naliczyła w ciągu godziny, między pierwszą a drugą po południu, pięćdziesięciu dwóch pieszych, osiemdziesiąt dwie furmanki i pięć rowerów. Przez następną ­godzinę badała ruch na dalszym odcin­ku traktu, na północny zachód od Prużan. Naliczyła pięćdziesięciu siedmiu pieszych, sześćdziesiąt sześć furmanek, ­szesnaście rowerów, jeden samochód i jeden motocykl.

Percy prowadził ostrożnie, ale już sam widok packarda płoszył ludzi i konie, tym silniej, im dalej od miast. Ludzie najpierw się bali, potem gromadzili zaciekawieni. Konie uciekały z drogi na pole, ciągnąc furmanki, albo stawały dęba nad maską. Już po powrocie do Ameryki Louise zanotowała następujące dane statystyczne: w 1935 roku Polska miała na tysiąc mieszkańców siedem dziesiątych ­samochodu, Szwecja ponad dwadzieścia dwa samochody, Niemcy prawie dwanaście, Czechosłowacja prawie siedem i pół, Rumunia prawie dwa.

Na drogach Polesia czuła się jak w Stanach na początku wieku. To było nawet przyjemne.