Siódemka

Ziemowit Szczerek
#
  • Korporacja Ha!art
    luty 2015
    256 stron
    125 x 200
    ISBN: 978-83-64057-52-6

Fragment najnowszej książki Ziemowita Szczerka Siódemka opublikowany dzięki uprzejmości Korporacji Ha!art.

Copyright: Korporacja Ha!art

Stanąłeś pod miejskim muzeum, w którym przechowywano osobliwy mebel: komodę z dziurą po kuli, którą Józef Piłsudski chciał sobie wpakować w głowę, tylko nie trafił. Podobnie jak Ty, szanowny Dziadek dostał w Jędrzejowie absolutnej depresji i chciał ze sobą skończyć, no ale mu nie wyszło. Wybrałeś się kiedyś celowo do jędrzejowskiego muzeum zobaczyć tę słynną dziurę, ale obsługa robiła wszystko, aby Ci wytłumaczyć, że z tym strzelaniem sobie w głowę to legenda, że to ściema, że dziura, owszem, jest po kuli, ale przypadkowo wystrzelonej podczas czyszczenia broni, i to nie przez Piłsudskiego, a przez kogoś zupełnie innego, czyli że jak w tym kawale o Radiu Erewań i rozdawaniu samochodów. Pewnie obsługa miała rację, ale nie wierzyłeś jej za grosz, bo doskonale wiedziałeś, jakiego w Jędrzejowie można dostać doła. Wyobrażałeś go sobie, Piłsudskiego, wjeżdżącego tu – co prawda nie na Kasztance, ale samochodem – do tego małego miasteczka, które i tak wyglądało wtedy znacznie lepiej niż teraz, bo przynajmniej na cokolwiek wyglądało, wyglądało jakkolwiek, przynajmniej miało rynek, i to – ho, ho – brukowany, nie to, co gdzie indziej, gdzie koń po pęciny w błocie i w ogóle Elbonia. Tak więc Piłsudski wyjeżdżał, coś tam cholerował, coś burczał pod wąsem z tym akcentem kresowego narzekacza, za nim Strzelcy z manlicherami, spójrz na tego manlichera, zardzewiały jak cholera, szli za samochodem, doszli tutaj z krakowskich Błoń przez opuszczony i bezpański kraj, którego nawet za bardzo nie musiał zdobywać – w Michałowicach, na rosyjskiej granicy, pies z kulawą nogą nie chciał do nich strzelać, gdy obalali słupy graniczne. Teraz przechodzą koło nich marsze rekonstrukcyjne, przez wolną już Polskę, w Michałowicach tylko salutują obalonym słupom granicznym i wpisują się do specjalnej książeczki trzymane w sekretnej skrzyneczce z tyłu pomnika, a później idą wzdłuż tych ogrodzeń z blachy, wzdłuż tych płotów betonowych, przez wolną, kwitnącą Polskę.

Czy wjechał wtedy Piłsudski do Jędrzejowa, a ludzie w Królestwie niespecjalnie mieli ochotę się pchać w niepodległościową awanturę, więc Piłsudski był wściekły i rozczarowany, do końca życia zresztą nie cierpiał Kongresówki, Priwislanii. No i potem, po śmierci, zrobiono mu numer: wpakowano na kolejową lawetę i dumnie przez całą tę znienawidzoną, trywialną Priwislanię przewieziono, przez sam środek obwarzanka, przez polską pustkę, Siódemką przez Radom, Kielce, Jędrzejów, Miechów – do Krakowa. Leżał na tej lawecie i był po dwakroć zapewne martwy. Dobrze, że mu serce choć w tym Wilnie pochowali, w tej zupełnie innej Polsce, tej, która teraz jest całkowicie odmiennym światem, nawet jeśli polskim, to polskim zupełnie inaczej.

Miałeś doła i byłeś głodny.

Snułeś się przez czarny beznadziejny jędrzejowski rynek, myślałeś o Piłsudskim i mijałeś sklep o nazwie „Świeżynka”, z którego tyncor obłaził jak wrzodziejąca rana i z którego witryny bił jak wiejskie techno wielokrotnie powtórzony napis SZOK CENOWY, SZOK CENOWY, SZOK CENOWY, SZOK CENOWY, mijałeś wielkie, kilkumetrowe zdjęcia wędlin na wystawie mięsnego, mijałeś rzędy przerażających, bezgłowych manekinów, wystawionych na widok ludzi jak na pohańbienie, ubranych w tanie chińskie ciuchy, powiązanych ze sobą jak niewolnicy łańcuchami, żeby nikt ich nie zajebał. Widziałeś przytulony do ściany walącego się budynku drewniany warzywniak z napisem CZTERYSTA MILIONÓW, przy czym za cholerę nie było wiadomo CZTERYSTA MILIONOW czego, ale za to na górze do dachu warzywniaka przyczepiony był wielki napis WIEJSKIE JAJA.  Kawałek dalej na czerwonym billboardzie jakaś laska duldała coca-colę z takim zaangażowaniem, że wyglądało na to, że zaraz jej się przełyk rozerwie i cola Niagarą wychluśnie z rozdartej szyi.

Zobaczyłeś kebab o nazwie Kebab Pyramid-Sindbad. Jarzyło z jego wielkich okien pomarańczowe światło: odbijało się od pomarańczowych kafelków w środku, od pomarańczowych stolików i krzeseł, od fotografii piramid, wielbłądów i wszystkiego, co przeciętnemu Polakowi powinno kojarzyć się z Orientem. I broń Boże nie z Al-Kaidą – to właśnie dlatego, podejrzewałeś, w nazwie lokalu sprzed słowa „Kebab” usunięto literki „al”, których ślady nadal na szyldzie były. Do tego – żeby zwiększyć, pomyślałeś, prozachodnią wiarygodność, w barze wisiały plakaty amerykańskich filmów. Były to same filmy drogi: Znikający punkt czy Konwój.

W kebabiarni siedziało kilku kolesiów. Siedzieli tam nie tak, jak się zwykle siedzi w kebabie, tylko jak w zwykłej knajpie, restauracji. Pili piwo, bo w tej kebabiarni piwo było, i jedli, cóż, kebaby – niektórzy na cienkim, inni na grubym. Ci, co na cienkim, pracowicie gryźli i żuli, ciekły im po brodach strugi Obojga Sosów, białego i czerwonego, ostrego i łagodnego, po brodach, palcach i stołach. Inni elegancko wydzióbywali mięso plastikowymi widelczykami.

Bolała cię głowa i byłeś zmęczony. Za pomarańczowym barem stał śniady facet w pomarańczowym stroju. Na głowie miał fez z nazwą lokalu, jeszcze z nieszczęsnym „al”.

– Dobry – powiedziałeś głosem znękanym.

– Dobri. Cio podać?

– Piwo. I kebab.

– Wołowi, kurciaci?

– Wołowy.

– Ośtri, łagodni?

– Ośtri.

– A piwo duzie, małe?

– Duzie.

– No widzi pan – pokiwał głową śniady koleś. – Pan myślisz, że ja nie wiem, kiedy pan mnie przedrzeźniasz. A ja wiem.

– Psieprasiam.

– Prosię. Wie pan – powiedział ze zwykłym polskim akcentem – ja tak sobie jaja robię z ludzi, których pierwszy raz na oczy widzę. Ja, panie kochany, urodziłem się w Algierii, bo ojciec był na kontrakcie i tam mamę poznał, ale od piętnastego roku życia mieszkam w Jędrzejowie.

– Aha – powiedziałeś.

– Abdel, e! – krzyknął jeden z tych, co siedzieli przy piwie, żuli i dzióbali. – Przypierdala się tam ten koleś do ciebie?

– Ależ skąd! – uśmiechnął się Abdel. – To ja się do niego przypierdalam.

Chłopaki zaśmiali się tubalnie, nisko, aż rezonans po stolikach poszedł.

– Usiądź sobie pan, gdzie chcieś – powiedział Abdel. – Kebab ziaraź będzie.

Usiadłeś dwa stoliki od chłopaków. Ten, który krzyczał do Abdela, cienkonosy, cienkouchy i w ogóle jakiś cienkopyski niby chart, odwrócił się do ciebie.

– To jest nasz Arab – odpowiedział. – On jest od nas z miasta. Ani go rusz.

Zasalutowałeś mu piwem.

– Spokój, Arek – powiedział Abdel. – Mówię ci, że jest okej.

– No! – Arek ciężkawo, choć cienki i chudy, wstał i podszedł do Abdela. – No! Piona! Jakby coś, to wiesz!

Abdel, uśmiechając się jakimś dziwnym, mumijnym uśmiechem, przybił z nim piątkę. Arek wrócił na miejsce, śmiesznie kręcąc dupą, co miało być zapewne krokiem zadziornym.

Piłeś piwo i słuchałeś, o czym mówią.

– No więc – mówił jeden z nich, czarny, ciemny, prawie tak ciemny jak Abdel, a jednak miał w twarzy coś tak lokalnego, że aż bolało – wiecie, Międzymorze. Tylko z kim? Bo sami to Ruskim rady nie damy, choćbyśmy się zesrali. Dojrzałość polityczna każe to przyznać.

– A z kim ty chcesz Międzymorze robić? – mówił grubawy koleś w skórzanej kurtce z futerkiem. – Z Czechami nie, bo pizdy. Ze Słowakami nie, bo daj spokój. Z Ukraińcami nie, bo upa, a poza tym oni sami Ruscy. Z Litwą nie, bo Polacy na Wileńszczyźnie, a poza tym małe toto. To co, z Białorusią?

– A z Niemcami nie możemy? – upewniał się Arek. – Nie możemy, nie? Nie to, żebym lubił Niemców. No ale…

– Międzymorze jest przeciw Niemcom i Rosji – wytłumaczył mu ten ciemny jak komu dobremu. – A ty się, Tomek, mylisz – zwrócił się do grubawego. – Właśnie powinniśmy z nimi wszystkimi. I jeszcze z Węgrami, i jeszcze z Rumunią…

– Z Rumunią! – chwycił się za głowę Tomek. – Ty weź mu coś powiedz, Arek. Z Rumunią! Może z Somalią jeszcze!

– Ty, Grzesiek, ale faktycznie – Arek wyglądał na dość zaniepokojonego. – Jak to z Rumunią?

– A normalnie – wtrącił się do rozmowy siedzący z boku wielkolud, który jadł kebaba na grubym, ale bez widelca; do wielkiej paszczęki wkładał go jak kanapeczkę. – Normalnie, tylko trzeba to odpowiednio rozegrać. To się będzie nazywało Korona Rzeczpospolitej. Jest taki tajny plan.

– Kto ma tajny plan? – nie rozumiał Arek.

– Polska ma tajny plan – cierpliwie tłumaczył wielkolud.

– Czyli spisek? – dopytywał Arek.

– No – wielkolud odgryzł i żuł – powiedzmy, że spisek. A co?

– A nic – odparł Arek. – Nie no, trochę zdziwko, bo tajne spiski to raczej przeciwko Polsce zawsze były, to znaczy pierwszy raz słyszę, żeby to Polska miała tajny spisek przeciwko komuś. Ale to dobrze, to dobrze.

Wszyscy zamilkli i zawiesili melancholijnie wzrok na policjancie, który stał zagubiony za oknem i wyglądał, jakby nie miał co ze sobą zrobić i gdzie pójść. W końcu poszedł w prawo i zniknął z pola widzenia. Po chwili jednak pojawił się znów w oknie, pewnie idąc w prawą stronę.

– Ech – powiedział Arek. – Wyobraźcie sobie, jak by to było pięknie, jakby nie było rozbiorów. Polska od morza do morza. Nad Morze Czarne byśmy jeździli pod namioty.

– Albo jakby Stanisław Tymiński wygrał wybory w 1991 roku – rozmarzył się Grzesiek. – Silne państwo, niezależne. Zasoby naturalne zostają w Polsce, polskie banki, polskie wszystko. Samochody polskie, polskie komputery, siły zbrojne.

– Broń atomowa pewnie też by była – dodał Tomek – bo jak inaczej, w sytuacji, ee, geopolitycznej takiej, ee, zapewnić sobie bezpieczeństwo.

– Polska broń atomowa – zgodził się łatwo Grzesiek. – No dokładnie. Co jeszcze polskie?

– Wszystko – odpowiedział Tomek. – Polskie supermarkety, polski Internet, to znaczy polska wersja Internetu…

– …polnet – wtrącił Grzesiek.

– …tak, polnet, poza tym polskie smartfony, w ogóle wszystko polskie. Polska Polska.

– No ale – zastanowił się Arek – to by nie była kopia?

– Kopia czego? – zezłościł się trochę Grzesiek.

– No… – powiedział Arek – To znaczy, te wszystkie rzeczy wymyślono w Niepolsce. A czy w Polsce też by je wymyślono?

– Ale o co ci chodzi? – Grzesiek był coraz bardziej zły. – Coś ty dzisiaj taki, kurwa, ten?

– Nie no – speszył się Arek. – No co…