Palec, który wskazuje na księżyc
Olga Tokarczuk
2009-06-19Uświadomienie sobie własnego języka, ze wszystkimi jego zaletami, pożytkami, ograniczeniami i dziwactwami, przypomina efekt długotrwałej psychoanalizy. Ujawnia bagaż, który niesiemy wszyscy – nie z powodu własnych win i zasług, ale dlatego, że urodziliśmy się w jakimś miejscu, czasie czy formie. W pewnym sensie język jest więc literackim fatum. Fatum, które uświadamia nam, iż w języku tylko do pewnego stopnia możemy być sobą ( a „bycie sobą” wydaje się być ważnym postulatem naszej kultury), podlegamy zaś temu, co od nas większe, potężniejsze i na co nie mamy wpływu.
Nic dziwnego, że filozofowie porzucili ostatnio Boga, Byt, Dlaczego Raczej Coś Niż Nic, a zajęli się Językiem.
Pisarze często popełniają błąd, traktując język jako obszar swojej własnej wolności, jak wielki pierwotny ocean, w którym niczym pierwsze aminokwasy formułują się nasze indywidualne myśli i sposoby ekspresji. Jednak wygląda na to, że osie krystalizacji zostały ustalone i nie mamy na nie wpływu. W język jest się wrzuconym. Ja zostałam wrzucona w polszczyznę. Urodziłam się i wychowałam na zachodnich ziemiach Polski, przyłączonych do reszty kraju po wojnie i zasiedlonych przez powojenną mieszankę polskich kultur i dialektów. W tym tyglu, jak uważają językoznawcy, powstała wzorcowa polszczyzna. Podobno mówimy na Dolnym Śląsku polskim standardem. Nie mam żadnych naleciałości gwarowych, żadnego akcentu. Nie znam na tyle dobrze żadnego innego języka, żebym mogła go traktować jako język literatury, którą piszę. Jestem jednojęzyczna. Nie mogłabym pisać w innym języku. Potrafię skomunikować się w dwóch innych, ale jest to komunikacja uproszczona i w pewnym sensie bolesna. Mogłabym być umieszczona w Sevres pod Paryżem, tam, gdzie trzyma się wszelkie wzorce, jako przykład osobnika doskonale polskojęzycznego. Tkwię w polszczyźnie jak mucha w bursztynie.
Język polski należy do wielkiej grupy języków słowiańskich i – w konsekwencji – indoeuropejskich. W piśmie zaczął kształtować się dosyć późno, bo w XII wieku. Przyjęcie chrześcijaństwa z Rzymu, nie zaś z Bizancjum, miało ogromne znaczenie – pozwoliło polszczyźnie wejść w obszar kultury łacińskiej i przyjąć alfabet łaciński ( jak wiemy, niektóre języki słowiańskie oparły swój alfabet na grece – np. rosyjski czy bułgarski). Dopiero w roku 1270 w Księdze Henrykowskiej powstałej właśnie na Dolnym Śląsku zapisano pierwsze zdanie po polsku i to w dość interesującym kontekście. Tekst łaciński opowiadał mianowicie o jakimś Boguchwale, który – co wydało się współczesnym tak niezwykle, że aż domagało się zapisania – pomagał żonie w mieleniu ziarna. To on właśnie wypowiedział pierwsze słynne zdanie: Day ut ia pobrusa a ti pożiwai, co znaczy we współczesnej polszczyźnie: „Pozwól, ja to zrobię, a ty odpoczywaj”.
Położenie geograficzne Polski – między silnymi sąsiadami w środku Europy, w bliskości różnych kultur – powodowało, że do polszczyzny przesiąkało wiele obcych słow. Jest niezwykłe na tle innych języków, że polska leksyka zawiera około 70 procent wyrazów zapożyczonych z innych języków. Jest to więc język składak, język patchwork, tygiel i miszung. Braliśmy słowa od sąsiadów – z powodu interesów, jakie z nimi prowadziliśmy, wojen, podróży, mód i fascynacji. Niemcom zawdzięczamy bogate słownictwo techniczne. Każda nowinka przesiąkała do nas przez naszych zachodnich sąsiadów, z nimi też mieliśmy wiele problemów – osadnicy niemieccy na ziemiach polskich stanowili zawsze silną ekonomicznie i dobrze zorganizowaną grupę. W XIV wieku stanowili na przykład 80 procent patrycjatu krakowskiego, co skłoniło polskiego króla do zastosowania wobec nich swoistego testu językowego – wyszukiwał nielojalnych Niemców, którzy podnieśli bunt w Krakowie, każąc wymawiać im następujące słowa: soczewica, koło i miele młyn. Tych, którzy nie potrafili ich poprawnie wypowiedzieć – karano. Wraz z królową Boną przybyło do Polski wiele wyrazów włoskich, głównie z dziedziny architektury, muzyki, wojskowości i przede wszystkim – kuchni. W XVII wieku odbył się desant francuszczyzny. Duży wpływ miał także język rosyjski i inne języki wschodnie. Możemy się nawet pochwalić wpływami tureckimi i węgierskimi. Łacina zasiliła język polski wyrażeniami związanymi z nauką, pojęciami abstrakcyjnymi i religijnymi. W XV i XVI wieku modna była czeszczyzna i było dobrze popisać się w towarzystwie znajomością czeskiego. W ciągu wielu lat zaborów prowadzono aktywną i bardzo intensywną germanizację i rusyfikację. Dziś – jak wszędzie na świecie – ofensywę przypuściła angielszczyzna.
Podoba mi się ta otwartość polszczyzny na obce słowa – nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo; w szalonym wirze, który tworzy, najbardziej egzotycznie brzmiące wyrazy zostają poddane potężnym młynom polskiej gramatyki, doczepia się do nich swojskie końcówki i magluje je odmianą przez przypadki. To język, który zasysa wiele ze świata wokół, to język wiecznie głodny.
A przecież ten patchworkowy język pełnił niezwykłą i paradoksalna rolę – w długich latach podległości zaborcom stał się ostoją tożsamości narodowej, a literatura, która w nim powstawała była jedynym miejscem przetrwania polskiej kultury. O mówienie po polsku walczono, za mówienie po polsku umierano.
Funkcję pomocnych psychoanalityków wobec pisarza pełnią często tłumacze – zadają najbardziej zadziwiające pytania. Należałoby je zapisywać, zachowywać i wydawać co jakiś czas w osobnych nakładach, żeby czytelnicy mogli docenić cud pisania i trud tłumaczenia. I w ogóle cud języka. Dzięki tłumaczom to, co wydawało mi się oczywiste i powszechne, traci swą wewnętrzną spójność, staje się nieoczywiste i zupełnie lokalne. To właśnie oni zwrócili mi uwagę na tych kilka właściwości polszczyzny, które poniżej opisuję. Podobnie jest ze znajomymi obcokrajowcami, tymi odważnymi ludźmi, którzy postanowili nauczyć się polskiego. Często skarżą się, że polska gramatyka składa się głównie z wyjątków, że muszą uczyć się trudnych reguł, które natychmiast zostają zakwestionowane ogromną liczbą wszelkich możliwych wyjątków. To prawda – do polszczyzny lepiej jest chyba podchodzić intuicyjnie albo uczyć się na pamięć. Jest to język, który wielką wagę przywiązuje do tradycji i form historycznych, jest to język-muzeum, pełen skamielin, których nie da się poddać prostym zasadom pragmatyzmu. Skomplikowana odmiana nie tylko dodaje i odejmuje końcówki, ale zmienia same rdzenie słow. Mamy czas przeszły dokonany i niedokonany, co demaskuje nawet najlepiej mówiącego po polsku Niemca. W ortografii istnieje kilka takich samych dźwięków zapisywanych jednakże w inny sposób, ponieważ w przeszłości wymawiano je różnie i te znaki zostały w języku jako pamiątka, siejąc panikę wśród uczniów gimnazjów.
Język polski nie jest ani językiem logicznym ani pragmatycznym. Jego gramatyka jest wymagająca i chwilami szalona, a ortografia trudna. Mimo leksykalnej plastyczności, utrzymuje z nielogicznych (może więc sentymentalnych) względów stare tradycyjne formy gramatyczne i ortograficzne.
Jest to też język tradycyjny jeszcze z innego powodu – jest męskocentryczny. Spośród trzech rodzajów, którymi dysponuje, daje uprzywilejowaną pozycję rodzajowi męskiemu. Rzeczowniki rodzaju męskiego, żeńskiego i niejakiego inaczej odmieniają się przez osoby, przypadki i czasy. Panuje wśród nich jeszcze wiele wyjątków. O mężczyznach powiemy, że poszli. O kobietach – że poszły, lecz już o grupie mieszanej, składającej się z kobiet i mężczyzn, zawsze trzeba będzie powiedzieć „po męsku” – poszli. Zasada ta działa także wtedy, gdy w grupie powiedzmy sześćdziesięciu kobiet znajdzie się jeden mężczyzna – jego obecność każe użyć nam męskiej formy dla całej mieszanej grupy – poszli. Kobiet, dzieci i zwierząt będzie dotyczyła w tym przypadku forma żeńska. Dla mężczyzn zarezerwowana jest ta uprzywilejowana – męska. Oczywiście samo słowo człowiek – podobnie jak w innych językach – jest rodzaju męskiego. Mówiąc więc ogólnie o człowieku, z grona ludzi będziemy gramatycznie wykluczać kobiety (i dzieci). Ta patriarchalność odbija się także w nazwach zawodów. O ile inne języki dobrze sobie tym poradziły (jak na przykład niemiecki), to w polszczyźnie wciąż są z tym kłopoty. Żeńskie nazwy zawodów brzmią po polsku jak zdrobnienia męskich, co często sprawia niepoważne wrażenie i ukrywa zapewne głębokie deprecjonujące znaczenie. Kobieta profesor – profesorka, brzmi jak mały profesor mężczyzna (profesorek).
Z męskocentrycznością polszczyzny wiele razy zmagałam się jako pisarka (forma żeńska od „pisarz”). Nie da się bowiem pominąć w polszczyźnie płci piszącego, kiedy używa się pierwszej osoby. Płeć jest natychmiast widoczna w czasownikach czasu przeszłego, a w teraźniejszym dezawuuje ją żeńska forma przymiotników. Nie można od tego uciec. Miała kłopot tłumaczka, która przekładała książkę Jeanette Winterson, gdzie konsekwentnie użyta pierwsza osoba czasu teraźniejszego skutecznie ukrywała płeć narratora/ki, co było istotą tej powieści. Nie można było wybrnąć „z płci” i arbitralnie trzeba było przyporządkować jej/mu rodzaj – w tym przypadku żeński. Na marginesie wspomnę, że po polsku „mother tongue” to – „father tongue”, „język ojczysty”.
Polszczyzna, podobnie jak inne języki słowiańskie, ma ogromny potencjał słowotwórczy, w szczególności potrafi stworzyć wielką rozmaitość zdrobnień, co sprzyja wszelkim językowym grom. Dla mnie to przejaw ciepła języka, kategorii pominiętej w podręcznikach gramatyki. Jest to cecha języka, która w niepowtarzalny i magiczny sposób czyni świat przytulnym i bezpiecznym. Nikogo w Polsce nie dziwią słowa ludowej piosenki o żołnierzu idącym na „wojenkę” z „szabelką” u boku, na ukochanym „koniku”. Sposobów zdrabniania jest wiele i każde ludzkie imię można poddać temu zabiegowi. Podobnie jak prawie każdy rzeczownik i przymiotnik. Dziś, zadaje się, ta piękna możliwość zdrabniania przekroczyła wszelkie miary i jesteśmy świadkami infantylizacji polszczyzny.
Do II wojny światowej Polska była krajem wielokulturowym i wielojęzycznym. Tam, gdzie polszczyzna spotykała się z innymi językami, wrażliwością i mentalnością – tam była najbardziej twórcza. Nie jest wcale przypadkiem, że prawdziwi mistrzowie języka polskiego brali się z kresów polszczyzny. To fascynująca i niepowtarzalna proza Brunona Schulza powstała na styku polsko-żydowsko- ukraińskim. To obrazowa poezja Czesława Miłosza, który pochodził z Wileńszczyzny; to absolutnie bajkowa i – niestety chyba nieprzetłumaczalna – polszczyzna Bolesława Leśmiana i Juliana Tuwima z pogranicza żydowsko-polskiego.
Giętki, plastyczny, niejasny, niezbyt precyzyjny, tradycyjny i gramatycznie nieobliczalny... Bardziej stworzony chyba dla intuicji niż logosu, bardziej dla poezji niż naukowej rozprawy. Mam wrażenie, że niezbyt dobrze czuje się w intelektualnym dyskursie czy w realistycznym linearnym opowiadaniu zdarzeń. Woli formy otwarte, wieloznaczne. Jest czuły na groteskę i absurd. Podatny na patos. Nic dziwnego, ze mamy dobrze znaną i cenioną w świecie poezję. Jest to język, w którym wiele wolno, język, który bardziej szkicuje świat, niż go opisuje, język-impresjonista zdolny wyrazić wrażenie, nastrój, przeczucie, otwarty na skojarzenia, budujący obrazy. Podobno Flaubert upierał się, że język ponosi fiasko, gdy zaczyna tworzyć obrazy; wtedy wymyka się sam sobie, wyślizguje się w anachronizm. Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Język jest najpotężniejszy tam, gdzie wychodzi poza siebie i staje się twórcą alternatywnego świata, kiedy jak iluzjonista wyciąga z kapelusza rzeczy, o których nie umielibyśmy nawet pomyśleć. Polszczyzna jest dla mnie językiem archaicznym, który odpowiada światu sprzed jego zróżnicowania, kiedy wszystko zdawało się być bardziej zwarte, zmysłowe, kiedy balansowało na przeczuciach i „co” było ważniejsze niż „jak”. Język traktuję jako – weźmy to wschodnie porównanie – palec, który wskazuje na księżyc. Nie zatrzymuję się na języku.
Ciekawe, na ile moja wrażliwość, moja percepcja i myślenie zostały sformatowane przez trudną, mało precyzyjna, lecz bardzo obrazową polszczyznę. Czy potrafiłabym wyrazić to, na czym mi tak bardzo zależy w pisaniu – przeczucie, nastrój, niepokój w innym języku? Może powinnam być wdzięczna za to językowe fatum?
Polski należy paradoksalnie do tzw. małych języków, mimo iż mówi nim na świecie jakieś 50 milionów ludzi (licząc łącznie z wielką polską emigracją). Jest językiem lokalnym, peryferyjnym, a na dodatek trudnym, odstrasza od siebie wielu. Zaletą takich „małych” języków – zwłaszcza, gdy się zna te „duże” – jest możliwość schronienia, ucieczki w język, zamieszkanie małego wydeptanego obszaru niedostępnego dla reszty świata. Znam z przeszłości to doświadczenie schowania się w polszczyźnie na wielkich światowych lotniskach, daleko za granicami kraju, kiedy można było być pewnym, że nikt nas, mówiących po polsku, nie zrozumie. Dziś jest już inaczej. Ogromna emigracja Polaków w ostatnich latach pozwoliła polszczyźnie rozprzestrzenić się wraz nimi szeroko po świecie, ale nie sądzę, że mogłoby to przyczynić się do ogólnego rozprzestrzenienia się jej wśród obcokrajowców. Prawdopodobnie będziemy dzielnie uczyć się angielskiego i to będzie nasz sposób komunikacji z resztą świata. Znakiem przekroczenia granicy stanie się bar przy pierwszym parkingu i pytanie kelnera, czy kaweczka ma być z mleczkiem. Lub też powitanie polskiego konduktora, który wesoło zawoła: Bileciki do kontroli!
Tekst wykładu Olgi Tokarczuk przygotowany na otwarcie II Światowego Kongresu Tłumaczy Literatury Polskiej (czerwiec 2009)
Powrót |