Trociny

Jestem komiwojażerem zbędności, moja praca polega na jeżdżeniu po Polsce i spotykaniu się z nieznajomymi ludźmi, z którymi nie mam ochoty się spotykać, spędzaniu z nimi czasu, który ma swoją wymierną cenę, choć żadnych korzyści nie przynosi, a potem wracaniu do Warszawy albo jechaniu gdzieś dalej lub bliżej. Jestem zawodowym pielgrzymem, (...)
więcej >>

Ręka Flauberta

O książce

Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...)
więcej >>

Marian Pankowski

W stronę miłości


Podróż jest pierwszym słowem, które zjawiło mi się nad maszyna do pisania, a tuż potem droga. Ta ostatnia z hurmą pchających się przydawek, długa, nużąca, uciążliwa... (...) Na koniec słyszę tuż pod czołem wojaż. Aaa, nareszcie coś, co przylega do zamówienia. Wojaż. Wielki Johann Wolfgang Goethe wojażował, jasne, oczywiste... Wojażował, żeby zwiedzać obce kraje... Podróżny. I stąd jego Wandererslied, jego braterskie und bald ruhest Du auch... Czas wybrnąć z filologii i zająć się raptularzem. * Nieudana podróż Goethego Oppeln, den 3 August 1790 Z Oppeln wyjechaliśmy tuż przed świtem dyliżansem pocztowym, żeby uniknąć upału. Odnotowuję jakość zaprzęgu. Tak rączych koni nie znajdziesz gdzie indziej, byś ich nie ze świeczką, ale z pochodnią szukał! Te ich muszkuły połyskujące. Same gniadosze, może nie tak gustowne jak bieguny w arcyksiążęcej stadninie, ale za to swą ochotnością wszystkie inne przewyższają. Wiem o tym od woźnicy Szlązaka, który zna się na koniach jak nasz heidelberski botanista Heinz Unkrauter na ziołach. Wschód słońca z jutrzenką na czele opisać chciałem... ale to, co ujrzałem, sprawiło jedynie ulgę, że po ciemnościach, w których świat był pogrążony, światło nastało. I niestety nie potrafiłem wznieść inspiracji. Może dlatego, że przypominała mi się Toskania, owe pagórki, na których winnice i gaje oliwne... i w ogóle kraina wo die Zitronen blühen... Przyczyną była też może pora pożniwna, krajobraz ogołocony ze zbóż rozmaitych, co za jedyny Landschaft... ein Stoppelfeld mają. Tutejsze słowo równie szorstkie i kostropate jak rzecz nazwana. (...) Minęliśmy olszynę i znowu ścierniska po obu stronach drogi, już nie wyboistej, ale piaszczystej i tak sypkiej porą kanikuły, że nasi gwiaździarze, co czasu niewrotnego upływy mierzą zegarem pisecznym, tu by owe klepsydry mogli obficie napełnić! Jeszcze górka, a za nią wioska. Chaty tak blisko, że niemal z dyliżansu wychyliwszy się, można by zapukać... żeby otworzyli mi tutejsi Filemon i Baucis... A potem przybywać tu będą pokolenia twórców, żeby wspominać moje z nimi spotkanie i to, jak do słońca wzniosłem metaforę, że świat, co pod nią, złotolitym się stał. Wjeżdżamy do wioski, a tu pustki. Tylko nasz dyliżans słychać skrzypiący, skwierczący i naszych koni sapanie, kiedy woźnica je ściągnie lejcami. Starozakonni kupcy wysiadają przy karczmie, że potem tam na nas zaczekają. W tej samej chwili śpiew do nas doleciał, nawet niedaleki. Podjechaliśmy, a potem już pieszo. I co się okazało? Wieśniacy, to znaczy żniwiarze nieśli wieniec żniwny dziedzicowi i wesoło śpiewali. Wieniec był wspaniały. Na wzór starożytnych koron w stożek z pszenicznych kłosów uwity, makami, bławatami i kąkolami ubarwiony. Też czerwone jabłka, też orzechy w kiściach tam wplecione, żeby wyrazić wszystką obfitość darów Pomony. Die Herrschaft czekali na ganku niewielkiego dworu. Przyjęli wieniec. I wtedy najstarszy z gromady przemówił. I znowu chór zaśpiewał. Dziedzic dał znak ręką i wszystko ucichło, gwar i śpiewy. Podziękował poddanym za wierną pracę i zaprosił gromadę do tańców. Pierwsi skoczyli młodzi! sam dziedzic zasiadł do stołu z gospodarzami, a pani dziedziczka z niewiastami. Poprosiłem szlachcica polskiego, żeby mnie przedstawił właścicielom majątku. Uśmialiśmy się... bo byli to... nasi koloniści! Wypiliśmy coś tam na stojąco. Konie napojone i wypoczęte. Kupcy już czekali przed karczmą w cieniu lipy. Ruszyliśmy, unosząc w pamięci strzępy słowiańskich śpiewów, dziki wzrok parobków krzesających iskry podkówkami. Kwaśne mleko było znakomite. No i niespodzianka: szlachcic polski von Trembecki wyznał, że jest poetą... i Szambelanem Jego Królewskiej Mości Stanisława Augusta! Kiedy nadmieniłem, że jadę do Krakowa, przytaknął głową, a kiedy dodałem, że także do Wieliczki, zaaprobował gorąco i dodał: - C’est fabuleux! Potem monotonnie samym brzegiem Odry jechaliśmy. Couleur locale przy wodopoju. Tam ujrzałem rybaków, którzy właśnie do brzegu przybili. Proponowali nam ryby, wierzgające sprężyste szczupaki. wielce żałowałem, żeśmy tak oddaleni od miast, bo byłbym dał rybę do zakonserwowania, żeby potem w szklanej gablotce w moim Lesezimmer płynięcie swe zatrzymała i żywioł żywych wód mi przypominała. * Grymaśny redaktor Wielce Szanowny Panie Profesorze, Odpisuję faksem na faks. Przede wszystkim, żeby gorąco podziękować za tak szybką i cenną reakcję. Nasz redakcyjny tłumacz przełożył tekst „na gorąco”. Słuchaliśmy z przyjemnością tej pięknej prozy... Po czym posypały się uwagi, najczęściej z ust naszych młodych pracowników. Bardzo pozytywnie oceniono grymaśne spojrzenie Goethego na krajobraz pożniwny, jego narcyzowate żale, że to jednak nie jego ukochana Italia. Również obraz rybaka z ogromnym, rzucającym się szczupakiem bardzo nam przypadł do gustu... Tej jakości, niestety, nie posiada opis dożynek i dworu. jeden z kolegów redakcyjnych nazwał opis korony splecionej z płodów ziemi... „martwą naturą”. I że brak tej scenie dynamiki. Zdziwiło nas też dworskie przyjęcie na stojąco i to... kwaśnym mlekiem. Gdzie się podziała słynna polska wódka? Również dziwi scena pokłonu żniwiarzy, ich polskie śpiewy, za które koloniści dziękowali chyba... po niemiecku? Jednym słowem wydało nam się, że woźnica powinien był raczej wybrać tradycyjny zajazd na postój. A gdyby się nadal upierał przy dworze, należałoby zmienić woźnicę... Żartuję. Proszę mi darować. Toteż śmiem prosić o jeszcze jedną stronę raptularza autora „Fausta” z jego podróży przez Śląsk do Krakowa... żeby nasi czytelnicy mogli wszystkimi zmysłami powitać podpatrzone i podsłuchane przez Pana Profesora sceny i scenki! Proszę się nie spieszyć. Przecież podróżujemy dyliżansem, n’est-ce pas? Pan Profesor raczy przyjąć wyrazy prawdziwego szacunku i podziwu. von Krapfen.

Powrót





autora
książki
na stronie
fragmentu
aktualności




Imię:
Email:
Pobierz regulamin
Oświadczam, iż zapoznałem się z regulaminem newslettera i akceptuję jego postanowienia. Wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji drogą elektroniczną. (zgodnie z Ustawą z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną, Dz.U. nr 144, poz. 1204;)





W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »




© 2003-2012 Instytut Książki identyfikacja wizualna by