| Jestem komiwojażerem zbędności, moja praca polega na jeżdżeniu po Polsce i spotykaniu się z nieznajomymi ludźmi, z którymi nie mam ochoty się spotykać, spędzaniu z nimi czasu, który ma swoją wymierną cenę, choć żadnych korzyści nie przynosi, a potem wracaniu do Warszawy albo jechaniu gdzieś dalej lub bliżej. Jestem zawodowym pielgrzymem, (...) więcej >> |
| | O książce
Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...) więcej >> |
|
|
Piotr SzewcBociany nad powiatem
O książce
Ścieżki, sztachety i kamienie trwały w milczącej uwadze. Jakby oczekiwały czegoś, co niechybnie miało nastąpić i o czym wiedziały, że to odmieni ich byt. Milczały, o nic nie prosząc ani się nic uskarżając, podkowa i rozbita dachówka. Milczały koleiny i polne drogi. A ranek dźwięczał. Dzwoniły niepewne najbliższych chwil krople na liściach. Ćwierkały i pogwizdywały ptaki. Wzniesienie, które co rano w skupieniu słuchało tej osobliwej, o nie całkiem zgodnym rytmie muzyki, rozpoznawało tworzące ją instrumenty. Nie były one widoczne. Bo i ptaki, w które obfitowało przedmieście, ukrywały się jeszcze w chłodzie poranka. Dopiero się rozbudzały. Rozbudzało je coraz bliższe słońce: tylko patrzeć, a wtoczy się na ulicę Młyńską. Gdy odezwał się jeden ptak, odpowiadał mu drugi, powiadamiając, że i on szczęśliwie doczekał świtu. Zdawało się, że i tu, gdzie ulica Krasnobrodzka spotykała się z ulicą Młyńską, dało się słyszeć wzdychanie Łabuńki. Może Łabuńkę utrudził wartki nocą nurt i teraz, gdy słońce toczyło się koleinami i potykało o bruzdy, chciała powiedzieć, że jest zmęczona. Ale nie całe wzniesienie ją słyszało: szmer i westchnienia zapadały się w mgłę, stając się wpół tylko realne, a wpół przez tych, którzy je słyszeli, zmyślone. I zdawało się, że rade z dotyku światła szeleściły liście. Znały ten dotyk: nie czekając, aż obeschnie rosa, unosiły się, prężyły, oddawały światłu. Prężyły się na drzewach i pod dziurawym płotem ze sztachet, wzdłuż ścieżek i na pastwiskach. Liście prężyły się i oddawały światłu jednocześnie, wbrew woli każdego z nich, aby czynić to odrębnie. Bo teraz, kiedy i one budziły się do życia, były szczęśliwsze niż o którejkolwiek późniejszej godzinie: tym szczęściem nie chciały się dzielić. Nie chciały dzielić się światłem i w przyszłości. Dlatego z pilnością, którą zwykła dyktować zazdrość, liście nie opuszczały słońca ani na chwilę: obracając się, podążały za nim, gdy znajdowało się naprzeciwko kościoła św. Krzyża, naprzeciwko piekarni Unterrechta i ulicy Moranda. Ich ruch — słuszne byłoby w nim widzieć przejaw adoracji — przypominał gest wierności właściwy tym, którzy kochają. Mimo że z mieszkania na piętrze domu na ulicy Wierzbowej do wzniesienia było daleko, Emilia Ku-czyńska, krawcowa, już obudzona, słyszała śpiewające tam ptaki. Ale i tu, na ulicy Wierzbowej — tak wą-skiej, że korony orzechów z obu stron zamykały się nad jej koleinami, a jadące z naprzeciwka furmanki mijały się z trudem — miało swoje miejsce, swój dom, mnóstwo innych ptaków. I one śpiewały, gaworzyły, przekrzykiwały się, powiadamiały się o czymś. Jak w całym powiecie. Emilia Kuczyńska uchyliła okno. Za drzewami, po drugiej stronie ulicy Hrubieszowskiej, gdzieś nad łąkami za ulicą Nadrzeczną, tętniło poranne światło. Spoza pól, drzew i dachów przenikało na ulicę Wierzbową, rozlewało się po ogrodach, bramach i podwórkach, rozchylało płatki pelargonii na parapetach, poruszało się jak żywe stworzenie. Przez uchylone okno napływało chłodne i wilgotne powietrze: pani Emilia nie broniła się przed nim. Powietrze zostawiało na jej ramionach i szyi ślad jak niecierpliwy oddech kowala i gospodarza, Adama Ostrowskiego. To jej w chwili, gdy była sama, pochlebiało. Niech ją omiata oddechem, liże i pieści. I niech nie przestaje: wolała mieć coś, o czym można by powiedzieć, że było czymkolwiek, niż gdyby miała tego nie mieć. Pani Emilia spała krótko i źle, jak zwykle, a działo się tak coraz częściej, gdy nie miała w kogo się wtulić. I zasypiając, wsłuchać się w czyjś oddech i sen. Najdelikatniej, jak mogła, dotknęła poduszki. Palce przesuwały się w różne strony, ale nie natrafiły na to, czego szukały: doświadczyły zawodu. Cofnęła je. Opuszki palców zdawały się pozbawione czucia. Pani Emilia podkurczyła nogi. Nic pamiętała, by była kiedyś bardziej samotna niż teraz. Ale myliła się: każda z chwil, w której samotność podobnie się jej objawiała, mogłaby uchodzić za najbardziej dotkliwą, a na pewno za dotkliwszą od tej, która ją poprzedzała. Pani Emilia nie pomyślała o tym, kolejne bowiem doznanie samotności okazywało się tym, które boli silniej od poprzedniego. Bo możliwe, że samotność, z dnia na dzień większa, rozrastająca się jak bluszcz, wiodła własny żywot, na który pani Emilia, mimo iż by chciała i starała się, nie potrafiła wpłynąć. Odrzucić z ramion, z piersi, pleców. Nie pozwolić samotności, by stale jej towarzyszyła. Nad zboczami wzniesienia, wzdłuż jego ścieżek, dróg i bezdroży, aż po łąki od południowej strony i ulicę Młyńską od zachodniej, unosiły się zapachy. Była to ich ciężka od nadmiaru, wplątana w mgłę kompozycja. Pachniała ziemia, a na niej zboża. Pachniały kwiaty: niecierpliwe, bo chciałyby już dziś wydać nasiona, bławatki, kąkole, osty. Od rzeki ciągnął zapach mułu, a od łąk zapach płytkich rozlewisk, w których, gdy mgła ustępowała, długimi godzinami, mącąc obraz miasta, brodziło słońce. Zapachy sączyły się z ogrodów za sztachetami i za rozrastającymi się wedle swojej woli żywopłotami. Ze stajni, komórek i obór. Ciągnęły z zagonów gryki i koniczyny. Rozpadlinami i bruzdami sączyły się z wnętrza ziemi. Oddalały się i powracały. Drżały Może się zastanawiały dokąd, którędy, podążyć. Były w ruchu jak światło. Niektóre zapachy składały obietnicę, że objawią się pełniej. Inne nie były niczym więcej niż rozmyślną lub nieświadomą aluzją do swojego istnienia. Za ich sprawą owa wplątana w mgłę kompozycja nie była już zjawiskiem trwałym: jutrzejszy świt miał ją wystawić na nową próbę. Podobnie działo się i ze światłem, które odsłaniając pozornie te same kształty i barwy, żadnego dnia nic podlegało rutynie: cokolwiek wydało się śladem nowego zarysu czy odcienia, światło ogarniało czujnym spojrzeniem. W tym spojrzeniu akacja sprzed domu Pesacha Forema co dnia coraz bardziej się pochylała, a światło nie odsłoniło jeszcze jej rozpostartej nad ulicą Węgierską korony. Akacja jeszcze kwitła i gdyby mogła, za kilka tygodni znów okryłaby się bielą. W padających ukośnie od szczytu wzniesienia promieniach przeobrażał się — bladł, to znów nabierał wyrazu — seledyn łąk i zroszonych pastwisk znad rzeki. Kolory i kształty dopiero się ustalały. Najdrobniejsza zmiana lub coś, ca mogło ją tylko sugerować, zapisywały się w tym skrupulatnym rejestrze. Światło dopełniało swojego dzieła tak, jakby dzieło to było czymś więcej niż powinnością: dzieło stawało się wzniosłym obrządkiem, o którego znaczeniu najlepiej zaświadczał takt, że odbywał się codziennie. I światło przemieniało się w niepodległego wszelkiej rutynie kapłana.
Powrót |
|
|
|
|
|

|
W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »
|
|

|
|
|