| Jestem komiwojażerem zbędności, moja praca polega na jeżdżeniu po Polsce i spotykaniu się z nieznajomymi ludźmi, z którymi nie mam ochoty się spotykać, spędzaniu z nimi czasu, który ma swoją wymierną cenę, choć żadnych korzyści nie przynosi, a potem wracaniu do Warszawy albo jechaniu gdzieś dalej lub bliżej. Jestem zawodowym pielgrzymem, (...) więcej >> |
| | O książce
Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...) więcej >> |
|
|
Małgorzata BaranowskaTo jest wasze życie O książce
Tak naprawdę jednak ludzie żyją nie mechanicznie i matematycznie, tylko, juk by tu to nazwać, powiedzmy - l u d z i e ż y j ą m n i e j w i ę c e j. Posuwają się trochę po omacku. Nie znając naprzód Losu, wyznaczają sobie kolejne ludzkie cele, starając się utrzymać wobec życia w możliwie dobrej pozycji. Takie rzeczy, jak codzienne zażywanie czegoś, robią zazwyczaj tylko przymuszeni skrajnymi okolicznościami. Ludzie ze swym ciałem i ze swoją duszą może są przewidywalni, ale w ogólnych zarysach. Naprawdę są n i e o b l i c z al n i i n i e p o wt a r z a l n i. To właśnie jest piękne. Nie dadzą się zinterpretować wyłącznie przez liczby (…).
Niepowtarzalność człowieka, także fizyczna, stanowi cechę zarówno wspaniałą, jak nieco niebezpieczną, co uwidacznia się w chorobie takiej jak LED (to skrót nazwy lapus erythematosus disseminatus). Mianowicie organizm zachowuje się w niej bardzo indywidualnie, stwarzając trudności w leczeniu. Z kolei także reakcja na leczenie hormonalne objawia się u każdego inaczej. Zarówno lekarz, jak chory muszą wykazywać daleko posuniętą elastyczność w myśleniu o tej chorobie i w reagowaniu na nią. Nie znaczy to, że nie ma opracowanych schematów leczenia. Są i działają. W użyciu wymagają jednak pewnej wyobraźni.
Wyobraźnia jest podstawowym czynnikiem zarówno interpretacji lekarskiej, jak i państwa czy mojej. Wszyscy swoje dotychczasowe doświadczenie wzbogacamy wyobraźnią, oceniając sytuację i przewidując skutki naszych działań. Ale wyobraźnia także płata nam przykre figle, podsuwając obrazy prawdopodobnych nieszczęść i napełniając nas lękiem. Pod nazwy, o których słyszeliśmy i te, z którymi spotykamy się po raz pierwszy, podkłada złowieszcze znaczenia.
Wiecie państwo świetnie, że prawie wszyscy od pierwszej chwili, kiedy lekarz dowiedział się „wszystkiego” o waszym stanie, także to wiedzieliście, czasem nie wiadomo skąd, bo wcale wam wprost nie powiedział, czasem zrozumieliście aż za dobrze, co powiedział, choć jemu się wydawało, że nie wyjaśnił do końca, czasem domyśliliście się z jakichś gestów, szeptów rodziny. Często podano wam tylko jakąś pozornie nic wam niemówiącą diagnozę po
łacinie. A czasem wytłumaczono dokładnie.
Wydaje się, na podstawie moich wieloletnich niefachowych obserwacji, że tylko chorzy z jakimiś ciężkimi zaburzeniami osobowości mogą naprawdę nie wiedzieć, co się z nimi dzieje. Wszyscy inni doskonale się orientują, niezależnie od wykształcenia i stosunku do medycyny. A jednak zazwyczaj po pierwszym spotkaniu z magią liczb (chodzi o te różne badania) dostają się często w krąg magii nazw w tabuiczne labirynty. Grają w grę pozorów z lekarzami, którzy sami mają tę skłonność, z rodzinami również uprawiającymi tę grę, z Losem (ten przynajmniej milczy).
Dlaczego? To także sprawa wyobraźni. Chorzy umieją sobie świetnie wyobrazić zagrożenie. Znają niespodzianki Losu. A jednak, na przykład, instynktownie mniemają, że nienazwane nie istnieje. Skoro tabu pojawiło się chyba wraz z pojawieniem człowieka na ziemi i do dziś istnieje, trzeba je może po prostu uznać za nieodłączną część życia ludzkiego. Tabu stanowi zarówno część strachu i niewiedzy, jak obrony, a także wiedzy, którą wiedzący ukrywa
sam przed sobą.
Wielu z państwa mogło spotkać kogoś chorego na raka, kto nie używa słowa ,,rak” ani nie podaje precyzyjnej diagnozy, co zresztą może mu zupełnie nie przeszkadzać w dokładnym wykonywaniu zaleceń lekarza. Chorzy mówią
o chorobie: ,,to świństwo”, ,,to”, „mój przyjaciel na całe życie” (na skutek namawiania przez lekarzy, by ,,polubić swą chorobę przewlekłą”) , różnie.
Słyszałam, jak ktoś nazwał raka ,,małą, czerwoną rybką, która chodzi tyłem”. To określenie pochodzi podobno z pewnej dyskusji z autorem klasyfikacji przyrodniczej z XVIII wieku. Autor dał taką właśnie definicję Bogu ducha
winnego rzecznego raka. Jakiś oponent zwrócił mu uwagę, że definicja wydaje się trafna oprócz tego, iż rak nie jest rybką, nie jest czerwony i nie chodzi tyłem.
Oczywiście encyklopedysta nie zamierzał niczego ukrywać za swoim określeniem rzecznego zwierzątka. Wręcz przeciwnie niż chory czy domniemany chory (bo jeszcze przed diagnozą użył tego zwrotu), który wyraźnie pragnął jakoś oswoić groźną możliwość diagnozy. Może chciał wszystkiemu zaprzeczyć, znał bowiem całość historyjki wraz z dyskusją obalającą sens określenia rzecznego raka jako małej, czerwonej rybki, która chodzi tyłem. Wiem, że znał całość. Sam ją przytaczał.
Jeśli chodzi o mnie, dopiero teraz jestem w stanie się przyznać do tego, a przecież od samego początku wiedziałam, co się dzieje. Bo przecież chyba na początku lutego 1980 roku dostałam skierowanie do szpitala, wypisane przez
wyraźnie przerażonego internistę, który na wszelki wypadek, nie wiedząc, co się dzieje, napisał, że podejrzewa naraz sclerosis multiplex i miastenię. Była to polineuropatia w przebiegu lupusa, ale nikt o lupusie jeszcze parę miesięcy
nie myślał.
Mając takie skierowanie, w połączeniu z bardzo ograniczoną możnością poruszania rękami i nogami (na szczęście atak sam się po trochu wycofał), czy mogłam nie wiedzieć, że mam niedowłady. Nie mogłam. Wiedziałam aż za dobrze. Mój ojciec od dawna był częściowo sparaliżowany (dwa wylewy czy zatory, nie pamiętam co). Jeździł, a właściwie był wożony na wózku przez mamę, był po różnych afazjach nie do końca cofniętych... A ja tu ruszać się nie
bardzo mogę i mam silne zaburzenia czucia (o bóle mniejsza). Niezłe, myślałam sobie. Niech to szlag! I mnie się przydarzyło? Może to sen?
I wiecie państwo, co się stało? Leczyłam się ze wszystkich sił. Byłam zawsze zdyscyplinowaną pacjentką. Tyle tylko, że nie używałam pewnej nazwy. Mój toczeń, po pierwszym ataku polineuropatii (zapalenie wielonerwowe)
połączonym oczywiście z wieloma innymi zapaleniami, zajął się toczeniem raczej stawów, nerek i nie pamiętam czego. Gdzieś jednak chyba od roku 1982 mam ponawiające się ataki niedowładów bardzo różnej siły, najpierw rzadziej, potem częściej. One się cofają, ale za każdym razem cos zostawiają, jakiś choćby bardzo drobny cień zniszczenia. Zadziwiające, że człowieka na tyle przygód wystarcza.
Powrót |
|
|
|
|
|

|
W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »
|
|

|
|
|