To jest wasze życie

Tak naprawdę jednak ludzie żyją nie mechanicznie i matematycznie, tylko, juk by tu to nazwać, powiedzmy - l u d z i e  ż y j ą  m n i e j   w i ę c e j. Posuwają się trochę po omacku. Nie znając naprzód Losu, wyznaczają sobie kolejne ludzkie (...)
więcej >>

Korczak. Próba biografii

O książce

Każda historia zawsze się gdzieś zaczyna. Ta zaczyna się w Hrubieszowie, bo stamtąd pochodzili przodkowie Henryka Goldszmita znanego powszechnie jako Janusz Korczak. Hrubieszów to miejscowość w województwie lubelskim, tuż przy granicy z Ukrainą, położona malowniczo nad rzeką Huczwą, a właściwie objęta dwiema jej odnogami. Urzeka uroda tamtejszych (...)
więcej >>

Jerzy Sosnowski

Ach!


Nie umiem już zrekonstruować okoliczności, w których zobaczyłem to zdjęcie. Musiało pochodzić sprzed wojny: przedstawiało mój parafialny kościół z dzieciństwa, kościół św. Wojciecha, sfotografowany z góry i od tyłu, jakby z balonu czy samolotu unoszącego się za plebanią, wraz z ówczesną południową pierzeją ulicy Wolskiej, nigdy dotąd przeze mnie nie oglądaną. Im uważniej się wpatrywałem, tym wyraźniej widziałem fasady drewnianych domów naprzeciwko kościoła, witryny ubogich sklepików, szyldy pralni i ciastkarni, w której rozpoznałem nie bez zdziwienia miejsce, skąd w dawnych czasach przynosiliśmy z babcią pączki (potem – sam nie wiem, kiedy – ciastkarnia znikła, babcia umarła i pewnego dnia uświadomiłem sobie ze zdziwieniem, że nie mam pojęcia, skąd pochodziły pączki, pamiętam tylko sprzedawczynię z wiecznie zaczerwienionymi oczami i figurkę Matki Boskiej we wnęce, chyba ponad ladą, co w PRL-u wydawało mi się, z powodów nieuchwytnych dla dziecka, jakim wtedy byłem, dość egzotyczne). Dom na rogu Wolskiej i Bema miał coś w rodzaju werandy: tam mieścił się sklep ze starociami, z popielniczkami i medalami pokonanych imperiów, ze znaczkami i zdekompletowanymi sztućcami, i z fotografiami jak ta. Przeglądałem je z rosnącym wzruszeniem, już wiedziałem, że tę jedną kupię i ofiaruję ją ojcu; ale były i inne, może jeszcze bardziej frapujące, na których uwieczniono sadzenie drzew w późniejszym parku Sowińskiego, tzw. domek fryzjera za torami kolei obwodowej, nim zrujnował go ostrzał oddziałów von dem Bacha, a wreszcie, nie do uwierzenia, narożnik ulic Grabowskiej i Wolskiej, zanim stanęły tam, u schyłku lat 50., eksperymentalne, wielkopłytowe budynki osiedla PBU, „Przedsiębiorstwa Budownictwa Uprzemysłowionego” (w jednym z nich się urodziłem). Ekspedienci, dwaj zwaliści mężczyźni koło sześćdziesiątki, przyglądali mi się nieco ironicznie, jakby w podniecaniu się starymi zdjęciami tej dzielnicy ujawniało się już nie dziwactwo klienta, ale wręcz jakaś seksualna perwersja. Żeby ochłonąć, zacząłem przeglądać inne rzeczy, zastanawiając się gorączkowo, ile mam przy sobie pieniędzy; tak się złożyło, że rano matka poprosiła mnie o odebranie z pralni palt i kurtek, i dała mi na ten cel jakiś gruby banknot, który postanowiłem teraz wykorzystać, a po drodze do pralni znaleźć bankomat. Na stercie pod oknem leżały serwetki w kształcie ryb, plecione z morskiej trawy, niezbyt zniszczone, i pomyślałem sobie, że byłoby zabawnie uzupełnić prezent pod choinkę dla ojca, ale i dla matki, babci oraz siostry, takimi serwetkami, więc wybierałem je, budząc u jednego ze sprzedawców gorliwą uprzejmość (zapewne wyglądałem na kogoś, kto za chwilę wykupi całą zawartość sklepu), a u drugiego rozbawienie. „Bierzesz pan wszystko?” – zapytał, podczas gdy tamten, jak się domyśliłem – szef, pobiegł na zaplecze po jakieś nadzwyczajne skarby, pokazywane tylko najlepszym klientom. I wtedy uświadomiłem sobie, że dopiero wrzesień, że mam mnóstwo czasu: do Bożego Narodzenia zdążę jeszcze wybrać prezenty dla wszystkich moich bliskich, żywych i zmarłych. A potem z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku obudziłem się – i leżałem przez chwilę w rozgrzanej snem pościeli, trochę przyzwyczajając oczy do blasku, a trochę wdychając powietrze, jakbym w ten sposób poznawał się z nowym dniem, oswajał się z nim, witał.
Należę do szczęśliwców, którym lekka i niezbyt uciążliwa, ale jednak chroniczna choroba pozwala doceniać wartość głębokiego oddechu. Płuca przyjmują wtedy powietrze jak serdeczny gospodarz, który otwiera na oścież drzwi. Szeroko, bez ociągania. Kiedy jem, zewnętrzne wobec mojego ciała składniki świata wchłaniam po uprzednim, wstępnym przetworzeniu: starannie rozdrobnione, przeżute. Kiedy piję, ciecz po trochu przeciska się przez krtań, przepuszczana ostrożnie. Tymczasem oddychanie jest instynktownym wyrazem całkowitej zgody na świat: powietrze wpada do wewnątrz mnie, wciągane zachłannie, bez wyboru i bez namysłu. Od samej przepony począwszy, ciało moje rozciąga się, by dać się wypełnić temu, co wokół. A potem wydech bez wstydu, bez skrępowania moją fizycznością, zgoda na mnie samego. I znów wdech, gorliwy, ekstatyczny.
Aż do pojawienia się w pobliżu jakiegoś alergenu, który wywołałby atak duszności (co przecież nie zdarza się bardzo często), całość tego, czym rozporządzam jako „mną”, opowiada się spontanicznie za życiem. W kłopotach, w rozżaleniu, w radosnym oczekiwaniu, w euforii, w przygnębieniu, w strachu i wstydzie – trwa ta organiczna modlitwa. Modlitwa organizmu. Ach, Panie, dobrze, że tu jesteśmy, szepcze moja tchawica, oskrzela i pęcherzyki płuc. Ach, dobrze jest być pod namiotem nieba, pomimo wszystko. Ach, pozwól mi tu zostać, pozwól mi się zmieniać. Ach, choćby jeszcze tych kilka kolejnych sekund. Ach – istnieje cierpienie, rozpacz, groza, rozczarowanie, nędza. Ach, przemijanie i umieranie. Ach, co sekunda na całym świecie umierają tysiące, a tysiące rodzą się z płaczem. „Takiż to świat, niedobry świat, czemuż innego nie ma świata?” Ach, ale narzekając w niebogłosy i oskarżając Cię, i opłakując złudzenia, oddycham. Ach, wdzięczność. Ach, dziękczynna mantra moich płuc, co chwila nienasyconych światem i życiem, niesytych istnienia.



Powrót





autora
książki
na stronie
fragmentu
aktualności




Imię:
Email:
Pobierz regulamin
Oświadczam, iż zapoznałem się z regulaminem newslettera i akceptuję jego postanowienia. Wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji drogą elektroniczną. (zgodnie z Ustawą z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną, Dz.U. nr 144, poz. 1204;)





W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »




© 2003-2012 Instytut Książki identyfikacja wizualna by