| Jestem komiwojażerem zbędności, moja praca polega na jeżdżeniu po Polsce i spotykaniu się z nieznajomymi ludźmi, z którymi nie mam ochoty się spotykać, spędzaniu z nimi czasu, który ma swoją wymierną cenę, choć żadnych korzyści nie przynosi, a potem wracaniu do Warszawy albo jechaniu gdzieś dalej lub bliżej. Jestem zawodowym pielgrzymem, (...) więcej >> |
| | O książce
Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...) więcej >> |
|
|
Jacek DukajCzarne Oceany
O książce
Skontaktowała się z nim właśnie przez senatora Tito. Wtedy nie nazywało się to jeszcze Zespołem Hunta, nie było nawet Programu Kontakt. Zajmowali pół piętra w budynku waszyngtońskiej filii NSA. Większość powierzchni pomieszczeń i tak zagarnęły superkomputery post-PDP mielące swymi quasigenowymi algorytmami terabajtowe pakiety DNAM milionów obywateli USA. Hunt kierował kilkunastoosobowym zespołem informatyków i techników, na pół etatu miał zaś dwóch zaprzysiężonych genetyków, którzy w ten sposób dorabiali sobie do uniwersyteckich pensji. No i zdalnie - Krasnowa; Krasnow był od samego początku. Niesamowita kreatura. (...) W świecie oficjalnej nauki nie był znany prawie wcale - lecz tu, w Krainach Cienia, wysokość współczynnika cytowań pozostaje zazwyczaj odwrotnie proporcjonalna do sumy rocznych dotacji. Spłodzony ostatnio przez Krasnowa elaborat pod tytułem "Chaos Genowy: dynamika Amerykańskiego Genomu" zapewnił mu ciepłą posadkę, znaczną pensyjkę i, co najważniejsze, wcale wysokie miejsce w hierarchii jemu podobnych roninów nauki - na co najmniej rok, potencjalnie zaś i lat pięć, bo Krasnow w Hacjendzie zabrał się od razu do pichcenia rezolucji głoszącej konieczność rozszerzenia badań na całość ziemskiej populacji. Finansował to Departament Obrony i z tego też powodu trafił tam Hunt. O jedna chybiona salonowa intryga za dużo (tak lubił o tym myśleć) - i już: odstawka. Gdy wynosił swoje rzeczy ze starego gabinetu, przechwycił kilka suchych uśmieszków członków personelu: widzicie te krwawe kikuty? to otwarte złamanie kariery, nieuleczalne. De facto był martwy; i czuł się jak zombie. Stanowisko w rodzaju kierownika wykonawczego programu typu Krasnowego - to, bądźmy szczerzy, jest już przejaw życia pośmiertnego waszyngtońskich maklerów politycznych. Czas tu zwalnia, świat prawdziwy, świat władzy i pieniędzy - odpływa, oddala się poza zasięg ręki i wzroku. Trzydziestokilkuletni starcy spotykają się w barach podczas przydługich przerw na lunch i, nigdzie się już nie spiesząc, dzielą się wspomnieniami z przedwcześnie a tragicznie zakończonych żywotów. Vassone zadzwoniła do Tito, Tito zadzwonił do Hunta. - Jest taka jedna, już wcześniej robiła coś dla rządu, Vassone, Marina S. Vassone, prosiła mnie, rozumiesz, przysługa, czy byłbyś, Nicholas, tak uprzejmy i... - A o czym ona wie? Ma w ogóle dostęp? - Ma, ma, tym się nie przejmuj. Zdaje się, że po prostu trafiła na jakieś odnośniki do tego, czym się tam teraz zajmujecie, cokolwiek by to było, bo, pojmujesz, ja się nie orientuję, powtarzam tylko po niej, otóż ona też się stara o forsę na jakieś badania i częściowo się chyba pokrywacie, to znaczy, czy ja wiem, w każdym razie chodzi o to, żeby mogła zajrzeć w szczegóły, FBI ją prześwietlało, twoja dobra wola, wiszę przysługę ludziom, którzy dłużni byli jej, rozumiesz... - Okay, co mi tam, daj mi jej namiary. Nie chciała przez telefon, przyjechała osobiście. Już to niedwuznacznie wskazywało na stopień poufności tematu. Hunt przyjął ją w swym nowym gabinecie, w istocie nędznej klitce. Przez ściany słychać było niski pomruk systemów chłodzących pracujące bez odpoczynku superkomputery NSA. Hunt był nawet zadowolony z tej wizyty, stanowiącej spore urozmaicenie w codziennej nudzie jego pozorowanej pracy. A poza tą pracą wszak też nie najlepiej: Charlotte znalazła sobie nowego tygrysa; matka znowu na odwyku; akcje, w których umoczył ponad połowę oszczędności, wytrwale idą w dół, a on ich nie sprzeda, bo gdyby się po tej ich ratunkowej wyprzedaży jakimś cudem odbiły, nie wytrzymałby już nerwowo. Doszło do tego, że, w ucieczce przed depresją, zaczął na służbowym terminalu pisać mroczny, przesycony alkoholowym cynizmem, polityczny thriller, którego główny bohater był medalowym okazem młodej waszyngtońskiej świni, zły aż po spirale swego DNA, i któremu wszystko się udawało wręcz nieprzyzwoicie, bo nie liczył się z nikim i z niczym. Gdzieś przy czwartym rozdziale Hunt spostrzegł się, iż darzy tę postać mimowolną a wciąż rosnącą sympatią, przenosząc na nią coraz więcej swych cech. Zadzwonił do psychoanalityka on-line. Psychoanalityk poradził mu pisać dalej, a w finale zniszczyć i upokorzyć swego mrocznego bliźniaka. Hunt, posługując się frazeologią swego powieściowego bohatera, nabluzgał potwornie w sygnet. Potem skasował z kryształów swe dzieło. Na to przyjechała Marina Vassone. Nieskazitelna uroda rzeźbionej oznajmiała wiek kobiety pomimo braku oznak starzenia: czterdzieści lat, może kilka mniej, może kilka więcej. Genetyczne mody są bowiem nieodwracalne. Ostatnie pokolenie (a raczej przedostatnie, bo decyzja należy przecież zawsze do rodziców) hołdowało już innym ideałom piękna: twarzom asymetrycznym, aproporcjonalności i pozornej dysharmonii ich elementów, indywidualnym, charakterystycznym rysom projektowanym przez drogo opłacanych pomocników genetic sculptors, artystów w sztuce designu ciał niepoczętych. Rodzice Mariny poddali się natomiast modzie ich własnych czasów i stąd komputerowa doskonałość sylwetki i oblicza kobiety: czaszka zgoła egipska, łuki brwiowe niczym pociągnięte japońskim tuszem, witrażowa jasność włosów i oczu. W garniturze z czarnego polijedwabiu, o szerokich rękawach i nogawkach z wysokim rozcięciem, wyglądała zdecydowanie na bizneswoman czy prawniczkę, nie zaś naukowca, takiego, jakim wzorcowo malował go sobie Hunt - stanowiła fizyczne przeciwieństwo abnegata Krasnowa. - Rozumiem, że interesuje się pani prowadzonymi przez nas pracami jak najbardziej zawodowo - rzekł Hunt włączywszy pospiesznie mikrofony i kamery ubezpieczenia prawnego, zamroziwszy twarz w bezwyrazową maskę i odprawiwszy rytuały powitania podług reguł NEti. - Tymczasem pokazało mi tu, że jest pani z wykształcenia neurofizjologiem, cokolwiek by to w istocie miało znaczyć. Profesor na Bostońskim, Departament Kognitywistyki i Systemów Neuralnych, Centrum Systemów Adaptatywnych. Mhm, pisze mi tu także: psychiatria, matematyka... Ta matematyka - to skąd? - Sieci neuronowe - odparła lakonicznie. - Analogi mózgu. - Tak czy owak, co to ma wspólnego z nami?
więcej - http://dukaj.fantastyka.art.pl
Powrót |
|
|
|
|
|

|
W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »
|
|

|
|
|