Trociny

Jestem komiwojażerem zbędności, moja praca polega na jeżdżeniu po Polsce i spotykaniu się z nieznajomymi ludźmi, z którymi nie mam ochoty się spotykać, spędzaniu z nimi czasu, który ma swoją wymierną cenę, choć żadnych korzyści nie przynosi, a potem wracaniu do Warszawy albo jechaniu gdzieś dalej lub bliżej. Jestem zawodowym pielgrzymem, (...)
więcej >>

Ręka Flauberta

O książce

Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...)
więcej >>

Włodzimierz Odojewski

Bez tchu


O książce

(...) Więc stał zupełnie bez ruchu minutę albo nawet dłużej i, jak mu się zdawało, bez jednego oddechu. Mimo to nie słyszał wcale jej kroków na korytarzu ani na schodach. Potem jednak usłyszał na dole trzaśnięcie wyjściowych na ulicę drzwi. Wtedy dopiero zbliżył się do drzwi prowadzących na korytarz i je za nią zamknął. I wtedy też naprawdę poczuł znowu ten cały codzienny ciężar samotności i pomyślał, że znowu może zacząć godzinami czytać gazety i słuchać radia. Jak niewolnik ślepego nałogu, błądząc na skali aparatu od stacji do stacji, wyławiać z kłębowiska wciąż tych samych słów skąpe okruchy prawdy stamtąd i pełen nieustępliwości rekonstruować z nich tamtą sytuację, z góry przekonany o daremności swego trudu. A potem rozgrzebywać stare rany aż do porażenia bólem, aż do stępienia świadomości. Może wreszcie także znowu pisać rozpaczliwe listy do Johanny, zaopatrując je na końcu w słowa: „Miła moja, żegnaj...”, wciąż nie wierząc, nie mogąc uwierzyć jeszcze, że oznaczają tę ostateczność naprawdę. (...) Bo przecież nawet nie musiał zamykać oczu, żeby usłyszeć jej powracające zawsze kroki. Nigdy nie przestanie odgadywać nawet w najgłębszej ciemności milczącej jej obecności w pobliżu. Wyczuwać zapachu jej włosów rozsypanych na poduszce. Rytmu jej oddechu. Jego oczy nie będą nigdy jej syte. Nigdy nie zapomni tej z ostatnich ich wakacji wędrówki w upale, wrzosem porośniętymi wzgórzami wschodniego Burgenlandu, gdzie już czuje się szeroki oddech węgierskiej puszty. Jak zeszli w tę dolinę, gdzie na dnie stoi opuszczony młyn i gdzie lodowaty strumień wlewa się wprost do stawu przez wpółzrujnowaną śluzę. Jak wtedy Johanna zrzuciła z siebie na pomoście wszystko i skoczyła tam, gdzie najgłębsza woda. I że jej skóra potem, nim obeschła w słońcu, miała najpiękniejszy odcień delikatnego różu i była w dotyku aksamitna. Nigdy też nie przestanie rozpoznawać jej nikłego śladu, idąc tamtą cienistą ścieżką wśród czerwonych klonów hotelowego ogrodu w Weronie, którą kiedyś raz jeden od niego odeszła. Żeby później powiedzieć z tą szczególną pewnością, ani przedtem, ani potem przez niego nie słyszaną w jej głosie: Nigdy cię nie opuszczę. I nie przestanie pragnąć zasypiać z nią u boku. Jak w te noce duszne, zapierające krtań, kiedy serce zamiera tam nad Adriatykiem, gdzie kiedyś się poznali. I jesienią i zimą w chwilach zwątpienia. Także i teraz. W tym sanatoryjnym miasteczku na stokach Schwarzwaldu. W szumie wściekłym za oknami wiatru, w trzaskaniu o pnie gałęzi, w biciu o szyby deszczu ze śniegiem słyszeć będzie zawsze jej oddech. (...) Między środkami nasennymi a alkoholem, między uderzeniami ostrego bólu w piersi a całkowitym zanikiem czucia, między krzykiem rozpaczy a zobojętnieniem będzie zawsze powtarzał jej imię. W najczarniejszych chwilach. I wiedział, że obojętnie, czy wśród miłosnych zaklęć w obcym i własnym języku, czy w bełkocie słów niepotrzebnych, pustych i bez echa, nigdy nie zabraknie jej dłoni wyciągającej się do jego dłoni, jej głosu odpowiadającego na jego głos. A przecież miał już tę pewność, że to się stanie. Mimo, że nie powiedział jej jeszcze wszystkiego o białej brzezinie, w której zabłądził kiedyś dzieckiem i rozpaczliwie płakał, ani o mokrym, słonym policzku matki, którego dotyk uciszał każdy jego ból, jak już nikt nigdy nie potrafił, ani o derkaczu krzyczącym nad tą rzeką o świcie, nad którą stał dom, gdzie się urodził, i o rozpierającym piersi widoku rozfalowanej na wietrze łąki, o tych ruchliwych, zielonych i płowych na przemian smugach trawy, całe lato biegnących na zachód z tamtego kontynentu, ani o tym, co w niej samej najdroższe, najbardziej okrutne i wieczne, choć już tyle razy opowiadał jej o sobie i o niej, że niejeden raz w swych opowieściach się zaplątał i zapewne powtarzał. Wiedział, że to, co się stanie, stanie się nagle i gwałtownie, i tę scenę przeżywał już wielokrotnie we śnie i na jawie, jak w zwolnionym filmie. A stanie się, mimo że naprawdę nie będzie to jeszcze czas wyznaczony mu przez Boga i los (ale nie mieszajmy w to Boga, pomyślał), ale po prostu tylko dlatego, że nie da się tego ciągnąć dalej i dłużej znosić w pokorze tej całej udręki, szaleństwa, żalu i smutku. I świadom, że nie będzie miał wtedy ani sił, ani odwagi naprawdę z nią się pożegnać, postanowił już teraz błagać w listach o wybaczenie: „Miła moja, żeby się z kimś chcieć zestarzeć, trzeba przeżyć z nim nie rok, nie dwa. Nawet pięć, może i dziesięć lat nie starczy. Trzeba za sobą mieć długie lata nie tylko porozumienia ciał, wspólnej pracy, przebijania się do celu, walk, sukcesów, radości, ale i zawodów i klęsk, nie mówiąc już o wspomnieniach. Więc wybacz, nie mamy już czasu...”

Powrót





autora
książki
na stronie
fragmentu
aktualności




Imię:
Email:
Pobierz regulamin
Oświadczam, iż zapoznałem się z regulaminem newslettera i akceptuję jego postanowienia. Wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji drogą elektroniczną. (zgodnie z Ustawą z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną, Dz.U. nr 144, poz. 1204;)





W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »




© 2003-2012 Instytut Książki identyfikacja wizualna by