Przemówienie Pietra Marchesaniego
Często słyszę pytanie: jak to się właściwie stało, że zainteresował się pan polską kulturą, literaturą i tym trudnym, szeleszczącym językiem? To dość długa historia i chcąc w wielkim skrócie o niej opowiedzieć, muszę się cofnąć do okresu studiów. Skończyłem je na Uniwersytecie Katolickim w Mediolanie, gdzie przygotowałem i obroniłem magisterium na temat teatru Alberta Camusa i egzystencjalizmu francuskiego. Dysertację swoją napisałem w znacznej mierze w Paryżu, pracując w Bibliotèque Nationale de France i w Bibliotèque de l’Arsenal. Byłem wówczas w tym mieście zakochany. Był to mit mojej młodości. W tym samym mniej więcej czasie, na Uniwersytecie Katolickim spotkałem młodego profesora slawistyki, którego głównym polem zainteresowań była właśnie polonistyka, profesora Sante Graciottiego - człowieka obdarzonego wielką charyzmą. Był to dla mnie okres niezwykły. Studia skończyłem w 1966 roku, rok zaś 1968 zbliżał się nieuchronnie. Mieszkałem w akademiku Uniwersytetu Katolickiego, w dość elitarnym środowisku, w którym zaczęły się późniejsze wydarzenia na uniwersytetach włoskich. W akademiku tym już rozpoczynał się ferment intelektualny. Jeszcze przed ukończeniem studiów, a mianowicie w lipcu 1966 roku (a obroniłem pracę w październiku) profesor Graciotti powiedział mi mniej więcej tak: ,,Mam wolne stypendium na kurs letni języka i kultury polskiej w Warszawie. Ty interesujesz się teatrem. Możesz jechać, jeśli chcesz”. Nie znałem wówczas ani słowa po polsku; bywałem tylko na wykładach z filologii słowiańskiej jako wolny słuchacz. Moją specjalizacją „lingwistyczną” - że tak powiem - był włoski i łaciński; dodatkowo francuski, ale nie polski. Mimo to postanowiłem pojechać do Warszawy. Na Uniwersytecie Warszawskim, w Instytucie Polonicum, zastałem miłą, taką bardzo ludzką atmosferę. Poznałem tam wspaniałych ludzi. Tuż po ukończeniu studiów wygrałem konkurs na etat lektora języka włoskiego w Paryżu, który - jako się rzekło - był dla mnie wówczas wszystkim. Równocześnie jednak profesor Graciotti zaproponował mi lektorat języka włoskiego w Leningradzie. Znalazłem się w rozterce - Paryż czy Leningrad? Pomyślałem sobie, że do Paryża mogę jechać, kiedy tylko zechcę, a okazja wyjazdu do Leningradu może się nigdy nie powtórzyć. Po rosyjsku też nie znałem ani słowa, ale chciałem zweryfikować nasze młodzieńcze dyskusje o komunizmie, nasze złudzenia dotyczące lewicy i środowisk lewicujących. W Leningradzie „uderzył” mnie wielki, „inny świat”. Mimo trudności materialnych, byłem zachwycony krajem, architekturą, przyrodą. Niestety, sam ustrój sowiecki okazał się wprost nie do zniesienia. Jaki był tego rezultat? Będąc wówczas człowiekiem młodym i ideowym, po prostu obraziłem się na ów reżim. Zadałem sobie jedno pytanie: Czy to ma być ten nowy, lepszy świat, na który czekamy? Byłem doprawdy bardzo rozczarowany tym ustrojem. Czary goryczy dopełniła też agresja sowiecka na Czechosłowację. Prof. Graciotti zaproponował mi wtedy lektorat w Krakowie, przeniosłem się więc do Krakowa. Prawdę mówiąc, powodem przenosin nie była literatura czy kultura polska, lecz niemożność pogodzenia się z reżimem sowieckim. A także ciepłe wspomnienia z Warszawy. I stało się tak, że przez trzy lata byłem lektorem na Uniwersytecie Jagiellońskim. Cieszyłem się na nim szacunkiem i sympatią. Nawiązałem bliską znajomość z profesorem Tadeuszem Ulewiczem, który miał do mnie stosunek wręcz ojcowski i czule się mną opiekował. Dużo, bardzo dużo, od niego się nauczyłem, za co do dzisiaj jestem mu niezmiernie wdzięczny. Wiele lat później otrzymałem doktorat honoris causa tej uczelni. Do dziś jestem z tego bardzo dumny. W Polsce spędziłem łącznie wiele lat. Żyjąc i pracując w środowisku polskim, nie miałem żadnych „przywilejów” z wyjątkiem paszportu. Po dziś dzień zastanawiam się, czy to, co widziałem w tamtych czasach było realne. Bo mnie wydaje się to wręcz nierealne. Moje pierwsze tłumaczenie z języka polskiego sięga właśnie owego pamiętnego 1967 roku. Był to artykuł prof. Jana Prokopa o poezji Różewicza. Dziś jeszcze wspominam mękę i trudności towarzyszące temu tłumaczeniu. Naturalnie moja znajomość polszczyzny nie była wówczas nawet na poziomie dostatecznym. Nie miałem wszak za sobą - jak już wspomniałem - ukończonych studiów slawistycznych. Zresztą w owych latach studiujących języki słowiańskie we Włoszech było tylu, co kot napłakał. Ale to inna kwestia. W każdym razie z artykułem Jana Prokopa, sporym nakładem pracy i cierpliwości, jakoś sobie poradziłem. Samego Różewicza poznałem osobiście dopiero w roku 1973, w Lanckoronie. Miało to miejsce w zacisznym pensjonacie, tchnącym jeszcze czasami przedwojennymi - wielki drewniany dom, goście dyskretni i jakby nierealni, woda przynoszona do pokojów w dzbanach przez wiejskie, pucułowate dziewoje... Spotkałem się z nim ponownie w Genui, w czerwcu 1979, a następnie dwukrotnie w roku 2003, w Mediolanie i w Rzymie. Przyznano mu wówczas międzynarodową nagrodę imienia Montale-Librex. Pomimo całej mojej sympatii oraz wielkiego szacunku do niego, dopiero w roku 2002 udało mi się doprowadzić do publikacji włoskich przekładów ,,Czerwonej rękawiczki” i „Płaskorzeźby”. Nawiasem mówiąc, przy okazji spotkania w Rzymie i przy współudziale poety Eduarda Sanguinettiego, który darzył Różewicza wielką estymą, udało mi się również doprowadzić do podpisania umowy o publikację dalszych dwóch tomików wierszy Różewicza. Miałem być ich tłumaczem. Niestety, perypetie, jakie zaczęła przeżywać oficyna Scheiwillera po śmierci wydawcy, uniemożliwiły mi realizację owego projektu. Tym samym losy poezji Różewicza w Italii potoczyły się inaczej. Jeśli chodzi o moje pierwsze prace translatorskie, chciałbym tu wspomnieć o „Hefajstosie” Anny Świrszczyńskiej. Był to tekst dla teatru ,,młodego aktora”, który w grudniu 1971 roku miał mieć swoje tournèe we Włoszech. Przekład ten pozostał w szufladzie, jak również ,,Kurka wodna” Witkacego, przetłumaczona przeze mnie wcześniej dla teatru Cricot 2 Tadeusza Kantora. Do Kantora zresztą, którego darzyłem niezmiennym podziwem, wróciłem w roku 2001, tłumacząc „Kaddish” pióra Jana Kotta. Dwa lata później udało mi się przekonać Libri Scheiwiller do publikacji włoskiego przekładu scenicznej partytury mitycznej „Umarłej klasy” w opracowaniu Luigi Marinellego. W roku 1980 zdobyłem się na odwagę, by przełożyć i opublikować (w edycji bilingwicznej), na łamach mediolańskiego czasopisma ,,Niebo”, dwadzieścia wierszy Leśmiana wraz z dwoma jego esejami. Następnie przyszedł czas „Małej Apokalipsy” Konwickiego opublikowanej po włosku przez wydawnictwo Feltrinelli - okładka tej edycji miała kolor ognia. Zasugerowano mi zastąpienie mojego nazwiska jako tłumacza pseudonimem, w celu uniknięcia ewentualnych retorsji wobec mnie ze strony władz polskich. Takie to były czasy! Za powieść tę Konwicki otrzymał wówczas międzynarodową nagrodę Mondello. Później tłumaczyłem na język włoski „L'affaire Danton” Stanisławy Przybyszewskiej, „Antologię wierszy” Czesława Miłosza, wydaną przez Adelphi, aforyzmy Leca, „Początek” Szczypiorskiego, „Opętanych” Gombrowicza oraz „Ziemię Ulro” Czesława Miłosza. W połowie lat osiemdziesiątych zacząłem poważniej już zajmować się tłumaczeniem poezji. Był to czas czytania wierszy Zbigniewa Herberta. W roku 1985 Scheiwiller opublikował pierwszy wybór jego utworów, zaś osiem lat później prestiżowe Adelphi wydało obszerną antologię „Raportu z oblężonego miasta”. Dla oficyny Scheiwillera udało mi się jeszcze przełożyć „Monizę Clavier” - dłuższe opowiadanie Sławomira Mrożka, a następnie jego „Wielebnych”, inscenizowanych przez Jerzego Stuhra w Genui, w marcu 2001 roku. Wracając do nieodżałowanej pamięci Vanniego Scheiwillera, wydawcy którego niezmiernie ceniłem, w roku 1996 podjął on wyzwanie opublikowania pierwszego mojego przekładu wierszy Wisławy Szymborskiej - „Ludzie na moście”. Był to strzał w dziesiątkę, gdyż tak się złożyło, że wkrótce potem poetka została uhonorowana Nagrodą Nobla. W ślad za tym wydał on przekłady kolejnych jej zbiorów w edycji dwujęzycznej. Jednocześnie wydawnictwo Adelphi opublikowało obszerne antologie: „Widok z ziarnkiem piasku” (rok 1988) oraz „Przemówienie w biurze znalezionych rzeczy” (rok 2004). Ta sama oficyna wydała ostatnio, we wspaniałej szacie graficznej, dwa tomy dzieł zebranych poetki - również w wydaniu bilingwicznym - „Dzieła” i „Radość pisania”. Beznamiętna wyliczanka tytułów i dat wspomnianych publikacji nie może odsunąć na bok podstawowego aspektu mojej pracy tłumacza. Chodzi mi o to, że za tymi tytułami stoją żywi ludzie, to znaczy autorzy. Powinienem przeto powiedzieć jak wiele znaczyło dla mnie poznanie takich osób jak Kantor, Tadeusz Różewicz, Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Panią Wisławę poznałem dość późno. Przed nią, wcześniej i bliżej znałem Zbigniewa Herberta. Był to trudny, ale jednocześnie wspaniały człowiek. Zaprzyjaźniliśmy się. Nawet wówczas, kiedy był już bardzo chory, zawsze ogromnie się cieszył z naszych spotkań u niego i w Mediolanie, w towarzystwie swojej przemiłej żony pani Katarzyny. Równie dobrze znałem też Miłosza, z którym widywałem się i we Włoszech, i w Polsce. Wciąż żywy w pamięci przechowuję obraz jego triumfalnego wieczoru autorskiego, który miał miejsce we wspaniałej oprawie dziedzińca Pałacu Książęcego w Genui. Tam właśnie, 30 czerwca 1999 roku, w tłumie słuchaczy poecie zdarzyło się obchodzić swoje urodziny. Dzień ten upamiętnił on w utworze „Na moje osiemdziesiąte ósme urodziny”. Jednakowo żywe jest wspomnienie dnia, w którym przyjął mnie w swoim krakowskim mieszkaniu, obchodząc przy lampce koniaku jego dziewięćdziesiąte już urodziny. Wieczór ów zakończył się kolacją u pani Wisławy Szymborskiej, na której obecna była - wówczas jeszcze w pełni życia - jego żona Carol, której niestety nigdy później nie dane mi było spotkać. Podobnych emocji doznawałem podczas każdego prywatnego spotkania z Wisławą Szymborską, czy też jej wieczorów autorskich we Włoszech. Z tych właśnie spotkań czerpałem to, co dawało mi siły do przezwyciężania trudności w pracy tłumacza. Doznawałem - nie ukrywam - poczucia osamotnienia, które towarzyszyło mi w moim kraju. Było to nagrodą czy karą za to, że poświęciłem się językowi i kulturze polskiej?! Zbyt szybko i zbyt często zapomina się, że mur ma dwie strony. Ze strony Zachodu (a w tym wypadku Włoch) przez wiele lat istniał mur obojętności, braku zainteresowania, a nawet nieufności. We włoskich wydawnictwach nie raz słyszałem pytanie: „A kto czyta Polaków?” Nie rzadko wyczuwało się nawet lekką pogardę wobec kultur państw Europy Wschodniej. Czesi, Serbowie czy Polacy podciągani byli pod wspólny mianownik z etykietką „Słowianie” (Slavi). Z drugiej strony przyznać muszę, że przekładając cały corpus poezji Wisławy Szymborskiej - co ostatnio stało się niemal moim wyłącznym zajęciem - zużyłem wiele ilości energii. Praca ta jednak wzbogacała mnie zarówno emocjonalnie, jak i intelektualnie. A także - co oczywiste - pod względem zrozumienia problemów związanych z przekładaniem poezji. Moja działalność translatorska dyktowana była początkowo wymogami natury pragmatycznej. Przez szereg lat znajdowałem się w sytuacji nauczyciela akademickiego, który wykładał literaturę polską. Literatura ta powstawała i powstaje w języku niedostępnym dla wielu. Duża jej część nigdy nie została przetłumaczona we Włoszech. Wiadomo wszem i wobec, jak nikłe są szanse każdej literatury, powstającej w tak zwanych językach „mniejszych”, by mogła być ona szerzej znana. Przekładanie stało się więc dla mnie rodzajem obowiązku zawodowego. Nigdy zresztą nie tłumaczyłem „na zamówienie”; przeciwnie to zawsze ja wybierałem i proponowałem tytuły do przekładów. Należy w tym miejscu wspomnieć, ze kiedy zaczynałem tłumaczyć z polskiego, osoby, które się tym parały we Włoszech, można było policzyć na palcach jednej ręki. Chciałbym również podkreślić, iż moje rozważania nad przekładaniem poezji zrodziły się nie z refleksji nad teorią przekładu, której użyteczności nie neguję, lecz z moich osobistych doświadczeń w tej materii. Jestem coraz bardziej przekonany, że tłumaczenie z języka de facto nieznanego, to znaczy gdy czytelnik nie może odwołać się do tekstu oryginalnego, prędzej czy później prowadzi do zmierzenia się z problematyką przekładu poetyckiego. Efim Etkind w swoim znanym dziele o „poetyce przekładu poezji”, zsyntetyzował problem zasadniczy w taki sposób: „Poezja jest połączeniem sensu i dźwięków, wyobrażeń i kompozycji, treści i formy. Jeżeli przekładając poezję na inny język, nie zachowuje się nic więcej niż sens słów i wyobrażeń, jeżeli pomija się dźwięki i kompozycję, z takiej poezji nie zostaje nic. Absolutnie nic”. Staje się to ewidentne w sposób szczególny w tym rodzaju poezji, który Ezra Pound określił jako melopea (z greckiego melopoila -„układanie pieśni”), w którym „słowa wypełnione są, prócz ich powszechnego znaczenia, pewnymi cechami muzykalności, które warunkują zasięg i ukierunkowanie tegoż znaczenia”. „Owa melopea - pisze Pound - może być doceniana przez cudzoziemca o wrażliwym uchu, nawet jeśli nie zna on języka, w którym wiersz został napisany”. Faktycznie, nie rzadko w poezji zdarza się, że tkanka foniczno-rytmiczna staje się elementem twórczym tekstu i że określa ona znaczenie. Z taką sytuacją nieraz mamy do czynienia na przykład w wierszach Wisławy Szymborskiej. Pragnę w tym miejscu ograniczyć się tylko do jednego przykładu - do wiersza „Urodziny” (z tomu „Wszelki wypadek”, rok 1972). W wierszu tym bogactwo, wieloforemność mnogości rzeczy tego świata - rzeczy zbyt wielu jak na krótkie życie człowieka - nie ukazane są w postaci czystej wyliczanki, ale jako prawdziwa kaskada dźwięków: samogłosek, spółgłosek i sylab, które się wręcz „ścigają”, przeplatają i mnożą, także dzięki rymom, asonansom i aliteracjom muzykalnie zorganizowanym w strukturze podwójnego sześciozgłoskowca, z regularną cezurą na szóstej sylabie: „Tyle naraz świata ze wszystkich stron świata: moreny mureny i morza i zorze, i ogień i ogon i orzeł i orzech – jak ja to ustawię, gdzie ja to położę? Te chaszcze i paszcze i leszcze i deszcze, bodziszki, modliszki - gdzie ja to pomieszczę? Motyle, goryle, beryle i trele – dziękuję, to chyba o wiele za wiele. Do dzbanka jakiego ten łopian i łopot i łubin i popłoch i przepych i kłopot? Gdzie zabrać kolibra, gdzie ukryć to srebro, co zrobić na serio z tym żubrem i zebrą? (…)”.
Wydawało mi się, że dosłowna wierność nie miałaby tu zbyt wielkiego sensu, gdyż warstwa semantyczna zdominowana jest i określona przez element muzykalny. Starałem się zatem nie oddzielać treści od formy, zachować rytmiczność i melodyczność wersów w taki sposób, by oddać to, co w oryginale. W gruncie rzeczy starałem się stawić czoła tekstowi poetyckiemu w jego całkowitości, zachowując jednak swobodę inwencji. A oto jaki, w tym przypadku, jest efekt mojej pracy:
„Tanto mondo a un tratto da tutto il mondo: morene, murene e marosi e mimose, e il fuoco e il fuco e il falco e il frutto – come e dove potró mettere il tutto? Queste foglie e scaglie, questi merli e tarli, lamponi e scorpioni - dove sistemarli? Lapilli, mirtilli, berilli e zampilli – grazie, ma ce n'è fin sopra i capelli. Dove andranno questo tripudio e trifoglio, tremore e cespuglio e turgore e scompiglio? Dove porti un ghiro e nascondi I'oro. Che fare sul serio dell'uro e del toro? (…)”.
Przechodząc do konkluzji, myślę, że przykład tego właśnie wiersza Wisławy Szymborskiej pozwala zrozumieć, jak wygląda moja koncepcja przekładu poezji i jaka jest w tym rola tłumacza. Praktycznie rzecz biorąc musi on często napisać na nowo, by wyrazić to samo; oddać strukturę i ducha osoby, która pisze. Tłumacz musi mieć równocześnie poczucie swojej roli; musi pamiętać, że to autor jest poetą, on zaś tylko jego narzędziem. Tłumacz powinien „zachować” swoje miejsce, ale mieć też pewną odwagę, gdy jest ona niezbędna. A to dlatego, że przekład poezji nie może w żaden sposób abstrahować od elementów kompozycyjnych inwencji. Dla niej jednak nie istnieją - na szczęście lub niestety - z góry określone reguły, obecne w podręcznikach pisania, tak dzisiaj będących w modzie.
Określenie osoby tłumacza, które uważam za właściwe, jest następujące: to „traghettatore”, czyli „przewoźnik” lub „przeprawiacz” (w sensie słowa: przeprawiać na drugi brzeg) słów. To znaczy - tłumacz przewozi, przeprawia, transportuje słowa z jednej kultury do drugiej, a tym samym łączy to, co jest oddzielone. Jeśli moją pracą udało mi się wykonać tego rodzaju zadanie, to miała ona i ma swój sens. Nie byłoby to jednak możliwe, gdybym nie napotkał przyjaznej ziemi, a wraz z nią - przyjaciół, którzy mi pomagali i wspierali w tym zadaniu. I za to właśnie chciałbym tu i teraz podziękować wszystkim obecnym oraz nieobecnym. Kończąc to moje wystąpienie, pragnę również podziękować serdecznie Instytutowi Książki oraz Panu Dyrektorowi, Panu Profesorowi Jerzemu Pomianowskiemu wdzięczny jestem za nie wiem, czy w pełni zasłużoną laudację. Dziękuję członkom szanownego jury, i tym wszystkim, którzy uhonorowali mnie swoją obecnością dzisiejszego wieczoru.
- przemówienie Pietra Marchesaniego podczas uroczystości wręczenia Nagrody Transatlantyk 18 czerwca 2010 roku.
« Powrót |