Laudacja dla Pietro Marchesaniego
Panie, Panowie,
oto plik, zawierający zwięzły życiorys i szczodrą bibliografię dzieł i przekładów pióra PIETRO MARCHESANI'EGO, profesora Uniwersytetu w Genui, doktora honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, laureata licznych nagród włoskich i międzynarodowych. Wyróżniają się wśród nich polskie - Stowarzyszenia ZAIKS i PEN-Clubu, a także dyplom, przyznany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych za zasługi dla kultury polskiej.
Jednak ten plik jest przede wszystkim rachunkiem długu, jaki zaciągnęliśmy, długu, którego żadne wyróżnienia i zaszczyty nie spłacą. To Pietro Marchesani jest tu DARCZYŃCĄ. Absolutna większość jego publikacji, to znakomite przekłady literatury polskiej, zwłaszcza poezji współczesnej.
Marchesani jest żywym dowodem obecności zjawiska, z wagi którego nie zdają sobie sprawy ci właśnie, którym zależy ponoć na tak zwanym prestige'u Polski w świecie. Jest to fenomen siły przyciągania, a może magnetyzmu, jaki wywiera pewien rodzaj utworów polskiej literatury na wielu obcych pisarzach i znawcach przedmiotu, którzy stają się z kolei ich tłumaczami, pociągając za sobą czytelnicze grono. Ważne, że czynią to spontanicznie, nie bacząc ani na chropawość polskiej mowy, ani na prawa rynku, ani na potoczne przekonanie o prowincjalizmie polskiej myśli i geopolitycznej pozycji kraju. Niech nie dziwi, że pociągają ich dzieła, które wcale nie służą rozgłosowi naszych narodowych tragedii, czy chwalebnych klęsk. Co jeszcze ważniejsze, owa siła przyciągania wpływa na umysły najbardziej lotne wśród obcych lektorów i obserwatorów naszego kąta kontynentu.
Znajdziemy ich nie tylko wśród laureatów nagrody TRANSATLANTYK, czy PEN-Clubu, takich, jak Karl Dedecius, Anders Bodegard, Gennadij Ajgi, Albrecht Lempp, Ksjenia Starosielskaja, czy Konstanty Jeleński. Trzeba tu wspomnieć Daniela Beauvois, odkrywcę prawdziwych dziejów polskiego Wschodu, Andrieja Jermonskiego, pierwszego tłumacza ,,Ferdydurke", czy Josifa Brodskiego, który nauczył się polskiego, aby móc czytać Miłosza w oryginale.
Pietro Marchesani zajmuje wybitne miejsce w tej gromadzie, należy z prawa do tych happy few. Wręczając mu w 1995 roku nagrodę włoskiego ministerstwa Dobytku Kulturalnego, prezydent Republiki, Ciampi, powiedział: Dzięki pracy Marchesaniego jako tłumacza, kultura włoska mogła poznać i przyswoić sobie odkrycia literackie, należące do najbardziej niezwykłych i nowatorskich w naszych czasach.
Nie jest to zdawkowy komplement. Świadczy mimochodem o tym, co stanowi istotną, tajną wartość polskiego wkładu i udziału w dorobku Europy. To nie dokonania w dziedzinie materialnej, nie wyroby naszego pracowitego przemysłu, czy budownictwa przysparzają nam najwięcej uznania, ale -nieważkie płody polskiej myśli, polskich piór. Dzieje się to w kraju, gdzie trwa właśnie walka o podniesienie wydatków na kulturę do wyżyn całego jednego procentu dochodu narodowego.
Literatura zajmuje u nas miejsce osobliwe. Niektórzy sądzą, że najprościej określił je Czesław Miłosz w gorzkim wierszu „Naród"
Nie ma miast ni pomników, ni rzeźby, ani malarstwa,
Tylko z ust do ust niesione słowo i wróżby poetów.
I oto Pietro Marchesani - człowiek powściągliwy i pełen rezerwy - dał się ZAUROCZYĆ temu słowu. Co więcej, przekonuje - i swoich rodaków, i nas - że owo zauroczenie wiąże się nie tylko z dawnymi czasami, gdy poeci dzierżyli rząd dusz - bo innego naród nie miał.
Owszem, rozprawę dyplomową napisał na temat „Teatr Alberta Camus - a egzystencjalizm francuski''. Ale w roku 1966 trafia do Polski i chyba już wtedy połyka haczyk. Przez dwa lata jest lektorem włoskiego na uniwersytecie leningradzkim, ale stolica carów go nie uwiodła. Zawraca do Polski i tu, w Krakowie obejmuje lektorat na Uniwersytecie Jagiellońskim. To wtedy (1968 - 1971) poznaje z bliska poetów, których będzie później tłumaczył i - co nie mniej ważne - widzi koniec ery gomułkowskiej. Dla nas - to okres represji nacjonal-bolszewickiej. Dla uważnego przybysza - to czas sprzeciwu wykształciuchów, masowego buntu młodej inteligencji przeciw zrywaniu więzów Polski z Europą.
Uważam to za punkt wyjścia do wyboru autorów, jakich wziął na warsztat ten pisarz i bystry badacz.
Prędko zorientował się, że nie znamy się wzajemnie, a kanon polonistyki i zasoby księgarń sprowadzają się we Włoszech do wspomnień renesansu i baroku. Wystarczy powiedzieć, że „Nieboska komedia'' istniała w nieczytelnym przekładzie pewnej damy. O „Irydionie" nie mógł wiedzieć żaden włoski teatr. Nawet Fredro istniał dla Włochów tylko w przeróbce „Noclegu w Apeninach'' na wodewil. Wyspiańskiego dał poznać dopiero Wajda swoim filmowym „Weselem”. Podsuwane przez instytucje PRL dziełka nie miały echa.
Marchesani wiedział, co robić. Wiedział, że heretycy bronią wiary lepiej od ortodoksów. Nasamprzód przetłumaczył „Małą apokalipsę” Konwickiego. Potem – „Myśli nieuczesane” Leca i „Sprawę Dantona” Przybyszewskiej. Dalej – „Rodzinną Europę” Miłosza i trudną „Ziemię Ulro" (nie zapominając parokrotnie o świetnym wyborze jego wierszy). Wziął się za prozę Mrożka i jego niezrównane komedie. Zadbał o wydobycie S.I. Witkiewicza z szufladki teatru absurdu (gdzie go wtłoczył Martin Esslin). Urządził sympozjum w Trieście i Genui na temat Schulza, ściągając nie tylko jego druki, lecz i filmy w stylistyce tego fenomenu. I nie dbał o pedantyczną pełnię publikacji, ale o ich funkcję zachęty. W rezultacie - najważniejsze encyklopedie włoskie powierzyły Marchesaniemu hasła i essaye, dotyczące literatury polskiej. Udało mu się ściągnąć do Włoch na prezentację ich dzieł Miłosza, Mrożka, Różewicza, Szymborską. Zdołał - rzecz rzadka - skłonić znakomite wydawnictwa (Scheiwiller, Adelphi) do publikacji tłumaczeń z polskiego. Tak wyszedł pamiętny „Kadysz” Jana Kotta, poświęcony najważniejszemu polskiemu ewenementowi scenicznemu: teatrowi Tadeusza Kantora. Popisał się też jako kompetentny i bezlitosny krytyk marnych przekładów, gdy Polska na dłuższą chwilę stała się modna.
Po tej - iście artyleryjskiej - nawale Marchesani koncentruje się na poezji polskiej. Jego przekłady wszystkich utworów Wisławy Szymborskiej zasługują na miano rewelacji - nie tylko dlatego, że zyskały we Włoszech popularność niezwykłą dla dzieł sztuki poetyckiej. Niektóre tomy miały po 10 wznowień. W istocie zadziwia w tych przekładach rodzaj wierności, jakiej poezja polska w zachodnich przekładach dawno nie zaznała. Zwłaszcza we Włoszech.
Pietro Marchesani zdołał w swoich przekładach zachować i uwypuklić wszystko to, co daje Szymborskiej swoboda białego wiersza, jakiego przeważnie używa. Tłumacz zachował celność jej aforyzmów, nie łagodząc ostrości ozdobami, podkreślił dowcip epitetu i pointy, uszanował powagę bez namaszczenia, wydobył całą siłę wymownych przemilczeń w słownictwie. Ale potrafił jednocześnie dać pojęcie włoskim czytelnikom o tajnej melodyce, bez której wiersze - przynajmniej polskie i rosyjskie - wydają się symulacją prozy. Wiersze Wisławy Szymborskiej są natomiast ukute z białego złota.
Pietro Marchesani otrzyma nagrodę TRANSATLANTYK zasłużenie.
Tu skończmy zatem, bo laudacje tylko jeden krok dzieli od wprawek z hagiografii' jakiej w naszym życiu mamy aż nadto.
Tekst laudacji prof. Jerzego Pomianowskiego dla Pietro Marchesaniego z okazji przyznania mu przez Instytut Książki nagrody Transatlantyk. Uroczystość wręczenia nagrody odbyła się 18 czerwca w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie.
« Powrót |