Ręka Flauberta

O książce

Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...)
więcej >>

Odpowiadania

Myślisz, że coś przeżywasz, i nawet rzeczywiście przeżywasz to, a potem nagle wiesz, że nic nie przeżyłeś, i nic ci to nie szkodzi. Nic ci nie szkodzi, że nic nie pamiętasz z tego, czego nie przeżyłeś i co przeżyłeś, choć wydawało ci się,  że możesz nie przeżyć. Przeżyłeś to i nawet (...)
więcej >>

Andrzej Bobkowski

Zmierzch


O książce

UŚMIECH Z GÓRY
Wchodzi się tu z wielkiego podwórza bocznymi schodami. Tam, na wprost są te szerokie kamienie, z niebieskim dywanem opadającym z piątego piętra, jak kaskada. Nasze są drewnianym, sześciopiętrowym korkociągiem. Tamte wiodą do wielkich i statecznych mieszkań prawdziwych lokatorów. Nasze wkręcają się aż pod dach, biegnąc stromo do labiryntu korytarzy i pokoików „tych z góry”, jak mówi pogardliwie konsjerżka. Dla niej nie jesteśmy lokatorami. Jako wolni ludzie paryskich dachów, nie uznajemy tyranii jaskiniowca z parterowej „loży”.
Jacques, wartki pracownik Metra, powiedział jej raz, że kiedy on pluje z góry na dół, to jej się przez próg przelewa. Nie może mu tego przebaczyć. A gdy polewa rano wyłożone kafelkami podwórze, M. de Saint-Esprit, urzędnik państwowy, pyta zawsze z miłym uśmiechem: Ça pousse bien? Polska pokojówka hrabiego de Farges jest zbyt godna, by rozmawiać ze „stróżką”; jak przystało na Magdę, którą zwą Mademoiselle Madeleine. Nie mówiąc o tym, że gdy comtesse de Farges wyjeżdża, Magda całkowicie ją zastępuje i podobno nie tylko jada razem z M. le Comte przy jednym stole... Biały w różnokolorowe łaty piesek M. Guillou, farbiarza wrzosów, nieśmiertelników i innych wiecznych kwiatów do trwałych wieńców i na kominki, robi zawsze pod bramą to, co powinien robić na ulicy. Konsjerżka podejrzewa ich o zmowę, ale M. Guillou uśmiecha się i cedzi spod bretońskich wąsisk: Quelle méchante bête. Mówiąc to, na pewno nie myśli o swoim „Friquet”. Z Eliane, modelką w domu mody „Ardanse” stosunki zerwane są od lat; Eliane zrobiła zamach stanu: nie odbiera żadnych listów. Chcąc uniknąć cenzury korespondencji, z której mogłoby wynikać, że obnoszenie sukien na pokazach modeli u „Ardanse” nie jest jedynym źródłem jej dochodów, odbiera listy na poste-restante. Toteż często można słyszeć, jak wnikliwa Madame la concierge kwaka w narożnym bistro: „Ona wróciła dziś po południu nie wyszedłszy rano” lub: „Takie wstają, gdy chcą wypocząć”. Tu wojna jest wieczna. Ale ataki trafiają na uśmiech Eliane, na ten nasz uśmiech z góry.
Tam w górze nie ma gazu, nie ma elektryczności. Jest wiatr, słońce, księżyc i gwiazdy. Wzrok kładzie się na bezkresnym morzu dachów. Gdy jest pogoda, są one niebieskie i spokojne; gdy nadciągają chmury i wiatr zaczyna w nie walić gwałtownymi uderzeniami, stają się szare i zimne. Deszcz marszczy ich gładką powierzchnię, a z ich grzbietów, jak z grzbietów fal, wicher porywa tumany wody, by cisnąć nią z hukiem w oszklone luki nad nami. Rwie się na strzępy pajęczyna dalekiej wieży Eiffla, znika we mgle biała jak głowa cukru Sacré-Cœur. Wiatr łomoce drzwiami, chodzi po korytarzach; nieruchome, czarne zbroje osłon na kominach nadstawiają mu żelazną pierś w gwałtownych obrotach. A gdy znowu błyśnie słońce, gdy granatowe plamy nieba odbiją się w lśniących płaszczyznach, nastaje cisza, głęboka i dobra.
Wieczory są tu dłuższe niż tam, w dole. Gdy na ulicach i w przepaścistych podwórkach jest ciemno, tu trwa długi półmrok. Potem zaczynają drgać gwiazdy i światło księżyca, zimne i białe, zlewa się z ciepłym i żółtym blaskiem lampy naftowej. Rano, pierwsze wiązki promieni pomarańczowego słońca wpadają płaskim lotem tu; zapalają się czerwienią szyby małych okienek, różowią kominy. Nad czarnymi i milczącymi jeszcze kanionami ulic ścielą się niebieskawe opary. Z nich, według wzorów tajemnej alchemii, powstanie na resztę dnia paryska mgiełka.
I wiosna też jest tu prędzej. Zanim wystawy Vilmorin’a na Quai de Mégisserie zakwitną barwnymi torebkami nasion i „Samaritaine” zamieni się w wielki skład polewaczek, grabi i klatek z drobiem; zanim na Pont au Change zaczną rosnąć dwa razy w tygodniu szkółki drzewek i na chodnikach wzejdzie zielona szczotka sadzonek jarzyn i kwiatów, my już czujemy jej nadejście. Dzień za dniem wygina coraz bardziej łuk słońca, a zaspana mucha obsuwa się z szyby w swych pierwszych wędrówkach. Ćwierkanie wróbli jest inne, gdy kąpią się w rynnach, w wodzie stopionego szronu.
Mijały tu dnie jasne, noce spokojne; mijały zimy, krótkie wiosny. Letnie słońce walcowało blachę dachów na gorąco, studziła je jesień. Długo różowiły się one od neonów Montmartre’u, Bulwarów i Montparnasse’u. Dwadzieścia jeden salw ogni sztucznych rozsypywało się nad nimi co rok w bukiety czternastych lipców po tamtej wojnie. Potem przyszła znowu ciemność, rozświetlana łunami pożarów, odległych wybuchów i gwiazdami świetlnych pocisków. Dawny, dobroduszny uśmiech z góry stał się złośliwy i podziemny.
W te długie wieczory M. Guillou głośniej czytał Ewangelię po łacinie, źle wymawiając niezrozumiałe słowa. Na procesjach jego kongregacji podziwiali towarzysze tę jego łacinę bardziej niżeli piękną chorągiew, z której jest zawsze tak dumny. Teraz biegał na jakieś tajemnicze zebrania i miewał długie narady z Jacques’em. M. de Saint-Esprit zrobił się małomówny i często chodził do pracy z teczką, wypchaną jakimiś papierami. Do Jacques’a schodzili się młodzi ludzie w kanadyjkach, tupiąc ciężkimi butami po schodach. Eliane czytała bezkresne Przeminęło z wiatrem i Muson, zbiegając z Magdą na dół, gdy zaczynały wyć syreny.
W głębokim dworcu Metra „Pigalle” bywało wesoło. Czasem, późnym wieczorem, widziało się, jak z tamtych wielkich schodów wyślizgiwała się smukła sylwetka wysokiego chłopaka w bardzo nowym i niezgrabnym ubraniu. Magda mówiła, że raz słyszała, jak ktoś rozmawiał z jednym z nich po angielsku. Uśmiechnęliśmy się i Jacques powiedział: „Tam, na dole, też są porządni ludzie”. Jeden był język, jeden sens zabronionych słów.
I znowu uśmiech stał się, jak dawniej, dobroduszny, gdy po kilku dniach strzałów ryknęły w sierpniowy wieczór na wszystkich ulicach motory G. M-ów. M. de Saint-Esprit patrzył z pogardą na swoją plantację tytoniu w paczkach na balkonie i pochylony nad trójkolorowym sztandarem palił „Lucky”, Eliane i Magda żuły gumę, jak setki tysięcy długich, zielonych chłopców w ciężkich hełmach i mówiły: „O.K.” Jacques z patosem Cyrana opowiadał o swoich walkach w dzielnicy Batignolles, a M. Guillou farbował w skupieniu dużo kwiatów do wielu wieńców. Dobry uśmiech mieli wszyscy, nawet konsjerżka.

Powrót





autora
książki
na stronie
fragmentu
aktualności




Imię:
Email:
Pobierz regulamin
Oświadczam, iż zapoznałem się z regulaminem newslettera i akceptuję jego postanowienia. Wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji drogą elektroniczną. (zgodnie z Ustawą z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną, Dz.U. nr 144, poz. 1204;)





W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »




© 2003-2012 Instytut Książki identyfikacja wizualna by