Ręka Flauberta

O książce

Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...)
więcej >>

Odpowiadania

Myślisz, że coś przeżywasz, i nawet rzeczywiście przeżywasz to, a potem nagle wiesz, że nic nie przeżyłeś, i nic ci to nie szkodzi. Nic ci nie szkodzi, że nic nie pamiętasz z tego, czego nie przeżyłeś i co przeżyłeś, choć wydawało ci się,  że możesz nie przeżyć. Przeżyłeś to i nawet (...)
więcej >>

Magdalena Tulli

W czerwieni


Kto był już wszędzie i wszystko widział, powinien na ostatek udać się do Ściegów. Po prostu zasiąść w saniach i póki sen nie zmorzy, mknąć środkiem równiny pustej jak biała kartka papieru, bezkresnej jak życie. Prędzej czy później ten ktoś - być może akwizytor z walizką pełną próbek towarów - zobaczy wielkie pryzmy śniegu, ciągnące się wzdłuż ulic w cztery strony świata ku pustym, mroźnym przestrzeniom. Zobaczy kolumny z lodowych sopli, podpory śnieżnych czap grzęznących w ciemnościach zimowego nieba. Wciągnie w płuca powietrze ostre jak brzytwa odcinająca czucie od tchnienia. Doceni zalety klimatu na zawsze wolnego od wiosennych podmuchów niepokoju, od gnuśności letniego skwaru, od mglistych smutków jesieni. Spodoba mu się mróz, który konserwuje uczucia i kapitały, chroniąc jedne i drugie przed zgnilizną rozkładu. Zima we wszystkie dni roku i ciemność, która zmiękcza kontrasty, gładzi ostrość kantów. Mrok rozpraszał się w Ściegach na krótką chwilę w porze obiadu. Przed zupą różowy brzask rozświetlał niebo, przy drugim daniu słońce rzucało znad dachów kilka ukośnych promieni, a po deserze zmierzchało się nieodwołalnie. Gwiazdą na miejscowym niebie obcy był ruch i zmiana, tak samo jak poutykanym wśród nich gazowym latarniom. Mimo to między czerń nieba i biel śniegu wślizgiwały się ukradkiem zdarzenia: podmuchy wiatru, małe śnieżne lawiny zsuwające się ze stromych dachów. Bezruch nie był bowiem doskonały, ciemność nie była zupełna. W tym miejscu niechętnym pragnieniom mowa mocowała się ze zdarzeniami, by uregulować ich bieg, ograniczyć zasięg szkód, jakie niesie ruch i zmiana. Stłumić impet pragnień, przygwoździć skutek do przyczyny. Historie pozwalały zdarzeniom rozwijać się do pewnego stopnia, by potem i tak doprowadzić je, spętane i okiełznane, do wiadomego z góry zakończenia. Pasły się przypadkowymi spotkaniami na rogach ulic, potrzebowały męskich uścisków ręki, kobiecych powitalnych okrzyków, odchrząkiwania i całowania dzieci w zmarznięte policzki. Potrzebowały uszu, wobec których mogłyby wciąż na nowo rozwijać swoje wątki i splatać je w gęstą sieć - w historię Ściegów, z którą musiało się liczyć każde zdarzenie, choćby najlichsze. Tak to w samym sercu zaboru szwedzkiego historie firmy Loom - i Syn, zakładu Strobbla i fabryki Neumanna łączyły się z historią garnizonu. Na zamarzniętym na kamień pustkowiu, gdzie wyły tylko wiatry wiejące z Rosji, Austrii i Niemiec, szwedzki garnizon był potrzebny do wojskowych parad. Kasyno oficerskie, koszary, stajnie, maneż, prochownia oraz plac ćwiczeń pokryty śniegiem ubitym i wyślizganym, po którym, jeśli to było konieczne, skakano żabką do upadłego w pełnym rynsztunku - wyłaniały się zza kolejnych zakrętów, niespodziewane jak nagłe odmiany losu. Ulica Gwardyjska brała bowiem kształt od krętej melodii capstrzyku, granej co wieczór na trąbce. Złoty dźwięk trąbki wzlatywał wysoko i szybował nad dachami kamienic. Ale po drugiej stronie rynku ciężko opadał w dół, jak ogłuszony ptak. Tam bowiem, w dzielnicy fabrycznej, chłopcy w czapkach uszankach ciskali śnieżnymi pigułami we wszystko, cokolwiek zdołało wzbić się nad przyziemność. Fabryczna syrena niosła się nisko, tuż nad ziemią, wyjąc co rano na jednej nucie, zdolnej wyrazić tylko bezmiar ciemności, jaka przepłynęła wąwozem ulicy Fabrycznej przez wszystkie godziny dnia i nocy. Wycie syreny obijało się o koszarowy mur z surowej cegły jak groch o ścianę. Ulice Gwardyjska i Fabryczna uciekały od siebie w przeciwne strony świata. Polish edition by Wydawnictwo W.A.B.

Powrót





autora
książki
na stronie
fragmentu
aktualności




Imię:
Email:
Pobierz regulamin
Oświadczam, iż zapoznałem się z regulaminem newslettera i akceptuję jego postanowienia. Wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji drogą elektroniczną. (zgodnie z Ustawą z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną, Dz.U. nr 144, poz. 1204;)





W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »




© 2003-2012 Instytut Książki identyfikacja wizualna by