Ręka Flauberta

O książce

Na początku kwietnia 1858 roku „Pan Flaubert, Gustave, literat udający się do Tunisu” otrzymał paszport wydany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych „w imieniu Cesarza Francuzów”. Była to jedna karta in folio; oprócz ozdobnej winiety, urzędowej pieczęci i podpisu Flauberta, zawierała rysopis swojego właściciela: „36 lat, 1 m 80 (...)
więcej >>

Odpowiadania

Myślisz, że coś przeżywasz, i nawet rzeczywiście przeżywasz to, a potem nagle wiesz, że nic nie przeżyłeś, i nic ci to nie szkodzi. Nic ci nie szkodzi, że nic nie pamiętasz z tego, czego nie przeżyłeś i co przeżyłeś, choć wydawało ci się,  że możesz nie przeżyć. Przeżyłeś to i nawet (...)
więcej >>

Witold Sadowski

Przybywający


O książce

Zieleń ogrodu miała barwę budzącej się do życia trawy, jaskrawą intensywność koloru zmieszaną z szarymi smugami konarów i gałęzi. Słońce rozlało się pośród drobnych liści, słychać było śpiew ptaków i Debergov poczuł się nieco oszołomiony tym światem, o którego istnieniu niemal już zapomniał, który trwał niezależnie od niego, niezależnie od jego tragedii lub szczęścia, niezależnie od Hansa Hurrleya i jego spraw. Ta pewność istnienia, trwałość, niezachwiany pęd ku życiu, jaki widać było wszędzie wokół, wypełniły serce Ivo od dawna mu nieznanym pokojem. Szedł więc obok Jana Mateusza bez pośpiechu, czekając aż ten rozpocznie rozmowę. Ale i największy – obok sir Roberta – literat jego czasów zbierał myśli, a może i siły, więc szli w milczeniu przez dobrych kilka minut.
Wreszcie Jan Mateusz zatrzymał się i patrząc gdzieś w dal, unikając wzroku Debergova, spytał:
– Pan w to wierzy?... W to, że kiedyś odnajdzie pan Hansa Hurrleya?
– Muszę wierzyć – Ivo uśmiechnął się w zwykły sobie, bardzo smutny sposób. – Byłem blisko już kilka razy...
– A jednak nigdy się nie udało...
– Tak, nigdy się nie udało... Hurrley zawsze znikał jak fatamorgana. Zawsze brakowało tego ostatniego kroku, ginęło ostatnie ogniwo do niego prowadzące... To trochę taka... syzyfowa praca – znów uśmiechnął się. – Czasem myślę, że może go w ogóle nie ma. Że Hans Hurrley nie istnieje.
– To możliwe?
– Tak. To dopuszczalna hipoteza. Choć mało prawdopodobna – dodał po chwili.
Teraz uśmiechnął się Jan Mateusz.
– Naprawdę nie wyklucza pan, że celem pańskiego pościgu jest fantom, zjawa?
– Ktoś zabija. I nie jest to żaden duch ani przywidzenie – poważnie odparł Ivo.
Mateusz przez moment zastanawiał się nad czymś, a potem spytał rzeczowo:
– Co pan o nim wie? Czy Hans Hurrley jest wysoki czy niski? Jest brunetem czy blondynem? Czy zna pan jakiekolwiek konkrety?
– Nie. Wiem niewiele. Nie było żadnego świadka, który widziałby go bezpośrednio... Z wyjątkiem – być może – Chirurga, ale on... on milczał jak grób, dopóki nie... Natomiast inni... – przez moment Debergov plątał się w swej wypowiedzi, jakby klucząc między tym, co może,
a co chce powiedzieć, aż w końcu rzekł pewnym siebie tonem: – Tak trudno odróżnić tu ponure legendy od prawdy. Gdyby dać wiarę każdemu zeznaniu, Hans Hurrley musiałby mieć wszystkie cechy naraz. Albo zmieniać je jak kameleon. Tylko jedno jest w nim stałe. Jest zły, choć zdaje mu się, że działa poza dobrem i złem. To niemal wszystko, co o nim wiem.
– To niewiele. Rzeczywiście można zwątpić w istnienie kogoś, kto ma tylko tę jedną cechę...
Zaległa cisza.
– Rozmawiał pan kiedyś z mordercami? – spytał w końcu Ivo.
Jan Mateusz przecząco pokręcił głową.
– A ja tak. Wiele razy. I często zdawało mi się, że ktoś lub coś obudziło w nich zło, ukryte w ich środku. Że zło przyszło do nich najpierw z zewnątrz, że bez tego impulsu nic by nie zrobili.
– To zło z zewnątrz to Hans Hurrley?
– Może.
Jan Mateusz zatrzymał się. Przez jakiś czas rozważał coś w myśli, a potem odwrócił się w stronę Debergova i rzekł:
– Zawsze sądziłem, że Hans Hurrley to morderca, potwór, może nawet Bestia. Ale teraz słucham pana i zdaje mi się, że pan szuka kogoś więcej niż zabójcy. Pan mówi o tym człowieku jak o sprawcy całego zła w tym mieście.
– Tak... Chyba można tak to widzieć...
– W takim razie stoi przed panem zadanie nie do wykonania. Przecież zło zostanie. Może dopadnie pan Hurrleya, może zabije. Ale zerwie pan tylko maskę zła. Pod nią będzie inna.
– Pan to mówi, żeby mnie zniechęcić?
– Nie wiem, po co to mówię – zamyślił się Jan Mateusz. – Może sam mam wątpliwości. A może staram się usprawiedliwić? Może wstyd mi, że nie potrafiłem poświęcić tyle, co pan...
– Niech pan będzie spokojny – twarz Debergova stała się w jednej chwili blada i pozbawiona wszelkiego grymasu. – Gdybym wcześniej wiedział, co mogę stracić, nie poszedłbym tą drogą.
– To i tak nie da mi spokoju – westchnął Mateusz.
– Widzi pan, żyć z daleka od zła jest łatwo. Ale wyjść dobrowolnie naprzeciw niego? Narazić się na kontakt z nim? Może strach przed tym każe mi mówić o tych maskach?
– A nie wierzy pan, że kiedyś pod kolejną, może setną, może tysięczną maską, nie będzie już nic?
– Myślę, że będzie. I że ani pan, ani ja nie wytrzymalibyśmy tego widoku.
Zaległa cisza. Szli teraz w milczeniu w dół ścieżki.
– Ktoś, kto przyjdzie po mnie, wytrzyma – stwierdził Debergov z nieco wymuszonym optymizmem.
– A kiedy to będzie? – uśmiechnął się Jan Mateusz. – Gdyby to się stało, mielibyśmy Królestwo na Ziemi. Spełniłyby się stare przepowiednie.
Ivo roześmiał się szczerze.
– Pan mnie przecenia. Ja nie walczę o powszechne szczęście. Ja chcę tylko dopaść zbrodniarza.
– Tak, pan chce tylko dopaść zbrodniarza... I w czym ja mógłbym panu pomóc?
– Co pan wie o Dominiku de Ploeve? – Debergov przeszedł do konkretów.
Jan Mateusz wzruszył ramionami.
– Niewiele. Ta postać mało mnie interesuje.
– Czy on mógłby mieć jakikolwiek kontakt z... Hansem Hurrleyem?
– Pan mówi o tych sztukach McCallosta? – uśmiechnął się ojciec Michelle. – Kevin ma dziwne pomysły. Rozmawiałem z nim o Literacie. Ta jednoaktówka oparta jest na jakichś niejasnych plotkach, które – szczerze mówiąc – nie wiem, skąd się pojawiły w naszym środowisku. Ale de Ploeve robi wszystko, by te historie wyglądały na wiarygodne. Jego amoralność jest tak sztandarowa, że wielu widziałoby go na akademiach u Belzebuba, choć uważam, że o bratanie się z Hansem Hurrleyem trudno go posądzać. Może jednak pan sam z nim o tym porozmawia? Mam adres Dominika sprzed kilku lat. Myślę, że nie zmienił miejsca zamieszkania.
Ivo kiwnął głową i przez jakiś czas szli w milczeniu.


Powrót





autora
książki
na stronie
fragmentu
aktualności




Imię:
Email:
Pobierz regulamin
Oświadczam, iż zapoznałem się z regulaminem newslettera i akceptuję jego postanowienia. Wyrażam zgodę na otrzymywanie informacji drogą elektroniczną. (zgodnie z Ustawą z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną, Dz.U. nr 144, poz. 1204;)





W Polsce zarejestrowanych jest ponad 31 000 wydawnictw. Jednocześnie koncentracja na rynku jest bardzo duża. Udział dwustu największych wydawnictw branży wynosi prawie 98 proc.więcej »




© 2003-2012 Instytut Książki identyfikacja wizualna by