Jacek DehnelFotoplastikon
O książce
Morze, morze – lato 1914
Pocztówka jak pocztówka – kupiłem ją dla tych żeliwnych kolumienek, sterczynek, wieżyczek, dla secesyjnych płotków na dachach i gazowych latarni, flag wydymanych przez bryzę i podziałów okien, których dziś już nikt tak nie dzieli, słowem, dla całego tego tortu Art Nouveau zmiecionego pewnie do fundamentów przez jakiś sztorm albo deweloperskie tornado gdzieś między momentem, w którym fotograf pstryknął pstryczkiem, a momentem, w którym wygrzebałem ją z tekturowego pudła z napisem FRANC, BELG; do Cabourga jest z Ostendy niezły kawałek, ale młody Marcel w canotier ze wstążką i letnim garniturze musiał się stołować w takim właśnie bombastycznym kurhausie, dziobiąc coś widelczykiem pod cieplarnianą palmą, pierwsze śniadanko: kawusia z pianką, przegryza grzanką i pędzi w cwał prosto na plażę, gdzie w słońca żarze błyszczą miraże chłopięcych ciał. Dopiero kilka miesięcy później, segregując zdjęcia, zauważyłem to, co wcześniej mi umknęło. Że niby wszystko jest takie, jakie być powinno: dom zdrojowy jak krzyżówka pałacyku nuworysza z luksusowym parowcem z Missisipi, białe parasolki, rodziny siedzące w grajdołach jak małe plemiona; kapelusze dowiązane do głowy białym tiulem, żeby nie porwał ich nadmorski wietrzyk, szpadelki, krzesełka, piastunki, nawet wysoki sznurowany trzewik tego chłopca, który stoi po lewej stronie, trzymając się blisko sukni matki, ciotki czy guwernantki. Zgadzał się napis i zgadzały się stoliki ustawione wzdłuż odległej promenady, zgadzały się murowane schodki i pasiasty kostium innego chłopca, stojącego w głębi po prawej, niedaleko dziecka, które zakopało się w piachu po pas i kopie dalej.
A jednak: nikt z nich nie patrzy w kierunku morza.
Począwszy od dwóch ubranych na ciemno kobiet na pierwszym planie, ich kuzynek, sióstr czy przyjaciółek, ich dzieci i mężów, zamieszkujących poczesny grajdół, przez kolejne postaci i grupki, widać jedynie tyły głów: ronda kapeluszy, czepki, upięte fryzury, ani jednej twarzy, bez wyjątku; może tylko ktoś na lewo od schodów, kto zajmuje się chyba wypożyczaniem wiaderek i szpadelków, ale on ma zamiast głowy czarną kropkę; może ktoś na schodach, ktoś przy stoliku pod samymi oknami domu zdrojowego? Ale to są plamki zbyt drobne, by z nich czytać. Wszyscy zaś ci, którzy siedzą, stoją i leżą bliżej, na plaży, odwracają wzrok od tego, do czego – jak się zdaje – przyjechali: wzburzonego lub spokojnego, ciepłego lub zimnego, intensywnie granatowego lub szarosiwego morza, bijącego falami o wybrzeże, rozkładającego na piasku pieniste wachlarze.
Jest jak problem, który ich przerósł, jak wstydliwa sprawa, do której nie chcą się przyznawać ani przed samymi sobą, ani przed sobą nawzajem, więc odwracają głowy – tak, jakby morze ich w ogóle nie dotyczyło. Udają, że wielce ich interesuje fałdka na brytyjskiej fladze i liczba tralek w balustradach wieży. Ale to, co szumi za ich plecami, szumi coraz głośniej; nadchodzi nowy wiek, który ich wszystkich poodwraca.
W przyrodzonym środowisku naturalnym i właściwych strojach
Osobniki typu alpejskiego (zachodnioeuropejskiego) rasy białej przedstawiono tutaj we właściwych im strojach, świadczących o przynależności do określonych grup społecznych. U samic, zazwyczaj barwniej odzianych, uwagę zwraca owijający głowę płat materiału, zwany kapeluszem lub czepcem, dekorowany resztkami zwierzęcymi (pióra, niekiedy nawet całe skrzydła ptasie), roślinnymi (suszone kwiaty) i pstrokatymi ścinkami. W przypadku czepca ciemnego, na ogół czarnego, łączonego z ciemnym odzieniem, mamy do czynienia z samicą, która ma za sobą przynajmniej dwa plemienne rytuały przejścia: związany z życiem płciowym (małżeństwo) i śmiercią (pogrzeb, w którym brała udział jako wdowa po zmarłym, matka lub córka). Zwyczaj ubierania się w czarne przyodziewki określany jest terminem: noszenie żałoby. Osobniki męskie wyróżniają się trzeciorzędowymi cechami płciowymi, zwłaszcza specyficznym uwłosieniem twarzy (zarost), strojem nieco powściągliwszym w barwach niż u samic (w przypadku okrywania ciała wyłącznie czarnym materiałem możemy mieć do czynienia również ze zwyczajem noszenia żałoby). Widoczne na ilustracji małe są otaczane troską przez osobniki dorosłe, choć nie jest to reguła, od której nie byłoby odstępstw. Fotografia przedstawia naturalne środowisko prezentowanych osobników: pofałdowaną nizinę w okolicach tubylczej osady Amiens, typowe dla tej strefy mizerne zarośla i stosunkowo nieciekawą faunę (liczne osobniki owcy domowej, Ovis aries), które jednak w czytelniku niezaznajomionym z tamtejszymi realiami, zwłaszcza młodym, mogą budzić pewne zainteresowanie. Tubylcy używają owiec jako źródła pokarmu (mięso, mleko) i włókien zwierzęcych (wełna), a także czczą w lokalnym kulcie (tzw. Baranek Boży, wedle niektórych badaczy jest to przykład totemizmu). Drzewo na lewo od centrum zdjęcia to jabłoń domowa (Malus domestica), która dostarcza zdrowych i pożywnych owoców. W tle widać prymitywne zabudowania (chaty) i wyższy niż pozostałe budynki obiekt religijny, wzniesiony z kamienia.
W tym samym mniej więcej czasie, kiedy to rozbawione towarzystwo w melonikach, kapeluszach, surdutach i sukniach przechadza się po błoniach w okolicach Péronne, trzymając w ręku parasolki i niedzielne wydanie „Le Figaro”, na stałych ekspozycjach i czasowych pokazach w ogrodach zoologicznych Nowego Jorku, Londynu, Mediolanu, Hamburga czy Antwerpii można obejrzeć dzikusów w przyrodzonym im środowisku naturalnym i właściwych strojach. Jakaż kształcąca okoliczność, jakaż godna niedzielna rozrywka, służąca młodym i starym. Hotentocka Wenus – za dodatkową opłatą można dotknąć pośladków. Nubijczycy i Nubijki, kupieni dzięki przedsięwziętej specjalnie w tym celu ekspedycji naukowej (przy okazji przywieziono nieco zwierząt), robią furorę w całej cywilizowanej Europie. Murzyńska wioska jest większą atrakcją Targów Światowych w 1889 niż jakaś kupa żelastwa, wystawiona przez inżyniera Eiffla; czterystu rozmaitych tubylców płci obojga, chaty, zwierzęta, pokarmy! Na Wystawie Kolonialnej w 1907 roku trafiają się osobniki zupełnie nagie, co kładzie wielkie zasługi dla edukacji młodzieży. Tak, sądząc po fasonie kapeluszy, to mniej więcej te same lata; idzie wiosna, śliwa okryła się kwieciem.
Powrót |