Płomienna korona

Elżbieta Cherezińska
#
  • Wydawnictwo Zysk i S-ka
    Poznań, lipiec 2017
    1084 strony
    ISBN 9788381160582

Fragment najnowszej powieści Elżbiety Cherezińskiej „Płomienna korona” został opublikowany dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka.

Copyright: Zysk i S-ka

JADWIGA nie spała w noc poprzedzający koronację. Była zmęczona wyczerpującymi uroczystościami, które trwały od wczoraj. Cały dzień pościła, potem arcybiskup Janisław wysłuchał jej spowiedzi. Po rozgrzeszeniu przebrała się w prostą, mnisią suknię i wraz z córkami pieszo poszły z Wawelu do klasztoru klarysek krakowskich. Dziewczęta zostały, by modlić się w kościele; ona, mocą przywileju pa­pieskiego wpuszczona za furtę, cały dzień przeleżała krzyżem. Jej drogie klaryski leżały razem z nią i godzina po godzinie modliły się o łaskę na czas koronacji. Potem, gdy wracały wieczorem do zamku, rozdawały jałmużnę. Ubodzy stali wzdłuż drogi i w milczeniu wyciągali ręce. Tak, usłyszała, jak pewna zasuszona starowina porównała ją do księżnej Kingi. Przeżegnała się i nie zatrzymywała na tej myśli. Nie śmiała.

Teraz siedziała sama, w wielkim łożu, z nogami podciągniętymi pod brodę. Patrzyła w chybotliwy blask świecy oświetlającej wiszący na ścianie krucyfiks. W palcach trzymała perłę przesłaną jej przez Rikissę. Perłę z dawnej korony Piastów. Ostatni łącznik między tamtymi światem a nowym.

Wszystko działo się tak szybko; od powrotu Gerwarda z bullą z Awinionu do dzisiaj minęły niespełna trzy miesiące. Datę koronacji trzymano w tajemnicy przed wywiadowcami Jana Luksemburczyka i Krzyżaków. Nikt nie miał złudzeń, że wiadomość się przedostanie, ale arcybiskupowi zależało, by stało się to jak najpóźniej. A jednak bis regina zdążyła przesłać jej prezent. Prezent to mało. Koronną relikwię, jednak korony dla nich obojga były już ukończone i Jadwiga podjęła decyzję: po świętej uroczystości nie zatrzyma tej perły dla siebie. Zrobi z niej klejnot dla córki. Dar polskich królowych.

Piętnastoletnia Elżbieta za pół roku zostanie żoną Karola Roberta Andegawena. Królową Węgier. Niech poniesie perłę w ślubnym pier­ścieniu do Budy.

Wciąż jeszcze nie mogła w to uwierzyć, sprawy potoczyły się bły­skawicznie. Jej mąż wysłał poselstwo do Budy, by czekało na szczęśliwe rozwiązanie królowej Beatrycze. Gdyby na świat przyszła córka, posło­wie mieli natychmiast złożyć królowi ofertę narzeczeńską w imieniu ich syna, Kazimierza. Niestety, dziewczynka, którą powiła Beatrycze, zmar­ła podczas porodu, a jej śmierć pociągnęła zgon matki. Na Węgrzech zapanowała żałoba. Karol Robert wciąż nie miał dziedzica. Władek pchnął do poselstwa w Budzie gońca i wbrew temu, co o nim skrycie myślała, znów okazał się mistrzem swatów. Karol Robert, trzydziestodwuletni król Węgier, poprosił o rękę ich córki Elżbiety, a ślub ma się odbyć niezwłocznie po zakończeniu przez niego żałoby.

To za pół roku — westchnęła, obracając perłę w palcach. — Za pół roku spełni się sen Elżuni o tym, że ona i ojciec mają na głowach korony. Pan Bóg czuwa nad nami — pomyślała. — Czuwa.

Tę noc, ostatnią przed koronacją, spędzali osobno. W dwóch róż­nych komnatach, jak nakazywał rytuał.

Czy Władziu też nie śpi? — pomyślała. — Czy tak jak ja przypomina sobie całe nasze życie? Rok po roku, dzień po dniu?

Jadwiga wspomnieniami była w Radziejowie. On na wygnaniu, żadnych wieści, nic, tylko ciągłe plotki, że pewnie go Czesi zabili, albo że Brandenburczycy. Ona z dziećmi u wójta Gerka, udająca prostą mieszczkę, by nikt nie wytropił, że to księżna. Nosiła wełniany pasiak, fartuch i włosy kryła pod chustką. Noc w noc prześladował ją sen o wronie żerującej na trupie jej męża. Budziła się z krzykiem, a spali przecież w jednym łóżku. Kunegunda, Stefan, mały Władek i ona. Kunegunda dzisiaj szczęśliwa księżna świdnicka, czworo dzieci ma z Bernardem, w tym dwoje synów. Ale jej synków nie ma. Stefan i Władek, Boże! Zapłacili ich życiem za Kraków, tak sobie mówią z Władkiem, żeby nie zwariować, ale kto to wie? I ten Kaziu, kochany chłopiec, co przydarzył im się tak późno.

—                 Przecież ja byłam grubo po czterdziestce — wyszeptała do perły. — Babcią zostałam, a potem znów matką.

Jej świątobliwa przyjaciółka, ksieni sądeckich klarysek, Katarze ma Oddani, powiedziała kiedyś:

Pan Bóg obdarzył twego męża uporem, a ciebie cierpliwością, razem jesteście w dwójnasób silni.

No to jak on mógł spać?

Sześćdziesiąt lat byłem księciem — pomyślał, patrząc na zimny księżycowy sierp. — Sześćdziesiąt lat. Tylu mych druhów umarło, tylu wrogów i nawet tych dwóch synków, których dobrze nie zdążyłem po­znać, bo ciągle mnie nie było, bo ciągle „Pod wiatr".

Tej nocy wspomnienia Władka znów poszybowały na Węgry. Amadej Aba, jego niezawodny, a nieżyjący już druh. Ich spotkanie na drodze i słowa, które dzisiaj brzmią jak proroctwo: „Przybędzie król na karym koniu, a z nim wielki Turul zwróci nadzieję na potężne kró­lestwo". Dwoje starców, do których poszli po miecz. Starowina prosta jak strzała, o białych włosach splecionych w warkocze, powiedziała: „Da nam potęgę z kobiety łona" i oddała mu żelazo króla banity. Boże, to było prawie dwadzieścia lat temu! -— pomyślał. Jutro zostanę królem, Elżbieta za pół roku będzie królową Węgier. Amadeju, druhu, jak ża­łuję, że nie dożyłeś tej chwili.

Władysław przełknął łzę, która zakręciła mu się pod powieką.

To od gapienia się na księżyc — pomyślał.

Madziarka kazała mu wtedy nazwać siebie od nowa. „Daj sobie imię inne niż to, które nosiłeś w dniu, gdy cię wyklęto i wyzuto z zie­mi. Zrzuć skórę jak wąż". „Mam na imię Małość" — powiedział tam, w zielonej dolinie Torysy. — „Jestem Każdy i Nikt. Niech zwą mnie od mego mizernego wzrostu. Łokietek, nic ponad".

Ostry sierp księżyca zbladł. Władysław wciąż stał i zaciskał palce na kamiennej wnęce. Tyle lat walczył, choć nikt nie dawał mu żadnych szans. Tyle lat przeczekiwał ze ściśniętym sercem tę najtrudniejszą z wart, szarą przed świtem.

Zszedł ze skrzyni. Noc powoli dobiegała końca. Księżyc zniknął jak książę w nim.

 

JANISŁAW w niedzielny, koronacyjny poranek wiódł procesję z ka­tedry do wieży, w której ostatnią noc spędził Władysław. Przed nimi szła schola cantomm, intonując psalm. Mroźne, styczniowe słońce wschodziło nad Krakowem. Gdzieś nisko, nad Wisłą, wisiał jeszcze blady sierp księżyca roztapiany przez blask jutrzenki.

Janisław na szyi pod strojem pontyfikalnym miał ukryty złoty klucz. Odlany z formy jerozolimskiej. Klucz do skarbca koronnego nowego Królestwa. Szli z nim Gerward, Domarat i Muskata. I opaci potężnych klasztorów. Michał z Tyńca, opat na stu wsiach, co nie opuścił swego księcia w dniu próby. Ale i inni. Surowi ojcowie, stukiem opackich lasek budzący Wawel do tego najważniejszego w historii zamku dnia.

Pierwszej królewskiej koronacji.

Wspięli się po stopniach wieży i stanęli pod drzwiami komnaty.

Janisław uderzył w nią otwartą dłonią:   .

                Czy jesteś gotów, Władysławie, przebudzić się do nowego życia.

— Tak. Jestem gotów —usłyszeli głos z wnętrza.

Giermek księcia otworzył im drzwi, kłaniając się ceremonialnie.

Po raz pierwszy widzę go ubranego na biało zauważył Janisław.  Nawet ten czarny chłopiec zna dzisiaj swoje miejsce.

Opaci zostali na zewnątrz, a on i trzej biskupi wkroczyli do komnaty. Władysław, jak było ustalone, czekał na nich, spoczywając w łożu. Gier­mek w okamgnieniu zapalił wszystkie świece w sypialni. Janisław wziął od Gerwarda naczynie i podszedł do księcia. Zanurzył palce w świę­conej wodzie i mokrą od niej ręką chwycił go za dłoń.

                Wstań zatem — powiedział uroczyście i pociągnął Władysława.

Bose stopy księcia dotknęły kamiennej posadzki. Biskupi pobło­gosławili strój koronacyjny, który- czekał na niego. Każdą kolejną część podawali giermkowi, a ten odziewał swego pana. Spojrzenia Włady­sława i Janisława spotkały się.

Tak — pomyślał arcybiskup — na naszych oczach odradza się Królestwo.

Na śnieżnobiały kaftan założono mu srebrzystą, lekką kolczugę roz­ciętą na plecach i piersi. Na mą złocony kirys, który miał na napierśniku orła, a na napleczniku lwa. Giermek zręcznie zapiął sprzączki łączące obie części zbroi. Potem otoczył biodra swego pana pasem rycerskim. Biskupi podali mu białe rękawice ze splotem ze złotego drutu i pomogli założyć na ramiona płaszcz śnieżnobiały, podbity futrem takich samych popielic.

Wreszcie giermek wziął ze stojaka miecz i klękając, podał go księ­ciu. Byli gotowi do wyjścia. Władysław skinieniem przyzwolił giermko­wi, by wstał; pocałował go w czoło jak syna i powiedział:

                Ty, Borutka, nie idziesz dzisiaj ze mną. Czekasz na zamku.