Jan Polkowski

#
  • fot. Grażyna Makara / Tygodnik Powszechny

(1953) w latach 80. ubiegłego stulecia był najważniejszym po­etą niepodległościowego podziemia. Kojarzono go – nie bez racji – z kręgiem literatury zaangażowanej w działalność opozycyjną, w mocny, jednoznaczny i konsekwentny sprzeciw wobec – jak sam powie – „nieludzkiej władzy” i „jej zbrodniczej działalności”. Ale jednocześnie wiersze Polkowskiego były wówczas – i są dzisiaj – nie tylko świadectwem niezgody, aktem walki, gestem opowiedzenia się przeciwko bezsensowi i jałowej grozie realnego socjalizmu. Wtedy – od końca lat siedemdziesiątych po rok 1990, od debiutu w podziemnym czasopiśmie „Zapis” po wydane już w oficjalnym obiegu Elegie z Tymowskich Gór – Polkowski ustanawiał nowy ton w polskiej poezji. Ton wysoki, czysty, przejmujący. Wydobywał z ówczesnej sponiewieranej polszczyzny coś, co brzmiało – i wciąż brzmi – jak pewnie uderzony akord, jak czysto poprowadzona muzyczna fraza, która zestraja rozpierzchłe nuty i tonacje istnienia, łączy w mocny splot: poruszenia słów i wyob­ra­źni, wysokie rejestry kultury i prozę życia, mrowienie pamięci i dreszcz biegnący przez ciało.

Wiersze Polkowskiego – zarówno te dawne, jak i najnowsze – są odpowiedzią na postulat poezji, która umniejsza swoje pragnienia, zapomina „o sobie choćby na mgnienie” i otwiera się na „anonimowe, niewysłowione prze­słanie”, staje się nasłuchiwaniem, czułością, przywróceniem pamięci, wcieleniem utraconego istnienia w słowo. Taka poezja wsłuchuje się w ciszę, w której trwają umarli i zapomniani. I od tej ciszy uczy się śpiewu. Od umarłych uczy się wierności. Od zapomnianych – milczenia, w którym spełnia się nasz los. Taka poezja zagląda w przepaść śmierci – próbuje przeniknąć coś, co zetlało w oddechu przepaści, w tchnieniu nieistnienia. I stara się jednocześnie „podejść bliżej”, podejść „tak blisko, jak to jest możliwe” do czegoś, co jest „trwaniem” i „podróżą” i „zmartwychwstaniem”, ale zarazem jest „zatarte i nierozpoznane i rozsypane i nienarodzone” (Głosy). W ten dziwny i na wskroś niepokojący sposób istnieją umarli. I tak istnieje też miłość, która wciąż łączy ich z żywymi. Miłość bezbronna i bezradna – prosta, naiwna, odważna. Niekiedy ukryta w bezsilnej złości, w zapiekłym, cichym bólu, w rozpaczy. I przez to tak bardzo podobna do naszej miłości. W tym podobieństwie spełnia się ludzki los – los żywych i umarłych. Los nas wszystkich – nieustannie zapominanych, niknących, zagarnianych przez ciemność.

Pozostaje dla mnie tajemnicą, jak to się dzieje, że słowa złożone przez Jana Polkowskiego we frazę wiersza, wydają się słowami właściwie użytymi. Może wiersz zmienia je w rzeczywistą obecność, w prawdziwe istnienie? Może właśnie dzięki nim myśl pozostaje żywa, wyobraźnia nie obumiera? Może za ich sprawą i mnie dosięga ta czułość, z jaką poezja przemywa rany słów? Może powtarzam za poetą frazy wyprowadzane z ciemności i pozwalam im w sobie zamieszkać w nadziei, że „kiedyś znów staną się modlitwą”? Nie wiem. Więc wsłuchuję się w ten czysty ton niedzielnego poranka – w „psalm przepaści”. I czynię to w poczuciu, że wiersze Polkowskiego mają w sobie coś z powagi i konieczności słów usłyszanych we śnie, coś z intymnego obrzędu, coś ze świątecznej liturgii, w której uczestniczyliśmy w dzieciństwie i która wciąż w nas trwa.

Bibliografia

  • To nie jest poezja, NOWa, Warszawa 1980.
  • Oddychaj głęboko, ABC, Kraków 1981 (wyd. 2 rozszerzone, poprzedniego tomu).
  • Ogień. Z notatek 1982-1983, Półka Poetów, Kraków 1983.
  • Wiersze. 1977-84, Puls, Londyn 1986.
  • Drzewa. Wiersze 1983-1987, OL, Kraków 1987.
  • Elegie z Tymowskich Gór i inne wiersze, Znak, Kraków 1990.
  • Elegie z Tymowskich Gór 1987-1989, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008.
  • Cantus, Wydawnictwo a5, Kraków 2009.
  • Cień, Znak, Kraków 2010.
  • Głosy, Wydawnictwo M, Kraków 2012.
  • Ślady krwi. Przypadki Henryka Harsynowicza (powieść), Wydawnictwo M, Kraków 2013.
  • Gorzka godzina, Sic!, Warszawa 2015.