Klasyka: Reaktywacja

#
  • W.A.B.
    lipiec 2014
    tłumaczenie: Jolanta Kozak
    320 stron
    ISBN: 9788328014008

Pierwsza recenzja z naszego cyklu Klasyka: Reaktywacja, czyli Justyna Sobolewska o książce Dom i jego głowa Ivy Compton-Burnett w tłumaczeniu Jolanty Kozak. Równocześnie z Gazetą Wyborczą publikujemy recenzję pisaną i - mówioną! Pierwsza - niżej. Druga - tu!

„Kto tu jest głową domu, ty czy ja?". Czytelnicy (i domownicy) nie mają wątpliwości, że głową jest Duncan, apodyktyczny mąż i ojciec. Akcja tej niezwykłej powieści rozgrywa się pod koniec XIX w., a jej sceną jest rodzinny salon. Toczą się w nim rozmowy - i właściwie nic więcej się nie dzieje. „Wystarczy mniej niż półtorej strony, żebyśmy zanurzyli się całkowicie w musujących, lodowatych wodach dialogu" - pisze w posłowiu Francine Prose.

Bo też co to są za dialogi! Mieszają się w nich komunały, konwencjonalne grzeczności ze złośliwością, aluzjami, okrucieństwem i głupotą. Wygląda to tak, jakby aktorzy wypowiadali w sztuczny sposób swoje źle napisane kwestie. Ta sztuczność wywołuje poczucie absurdu, czasem komizmu: „Zostać członkiem tej rodziny to zapewne jakiś krok, chociaż trudno powiedzieć, że w jakimś kierunku" - mówi przyjaciółka rodziny. Troska o konwenanse przypomina salon pani Dulskiej, tutaj tak samo w imię rodziny i jej dobrego imienia należy zamiatać niewygodne rzeczy pod dywan.

Jednak powieść Compton-Burnett nie jest tylko satyrą społeczną na wiktoriański salon. To stylistyczny majstersztyk, który obnaża potworną machinę rodzinną. Dialogi krążą między bohaterami jak sztylety, ale poza tymi rozmowami nic o nich nie wiemy. Wśród bardzo niewielu zdań opisu postaci jest i takie: „Jej życie wewnętrzne było tak samo ukryte jak życie wewnętrzne innych ludzi".

Angielski sekret

Sama Ivy Compton-Burnett ukrywała się całkiem skutecznie. Niewiele wiadomo o jej życiu. Nigdy nie wyszła za mąż, nie miała dzieci, nie miała kochanków, nie udzielała się publicznie, nie brała udziału w skandalach, napisała niewiele listów. „Moje życie było zupełnie nieciekawe" - mawiała. Wiadomo tylko, że była jednym z 13 dzieci ewangelickiego homeopaty. Ojciec umarł, kiedy miała 16 lat, a jej dwie młodsze siostry popełniły razem samobójstwo w 1917 r. Kiedy w 1969 r. Ivy Compton-Burnett zmarła w wieku 85 lat, dokumenty i papiery, które po niej pozostały, wypełniły raptem połowę pudełka po butach. I nie było tam nic osobistego.

Jednak jej odmowa uczestniczenia w życiu literackim nie przeszkodziła jej sławie. W latach 50. nazywano ją „angielskim sekretem", a jej powieści uznawano za jedne z najoryginalniejszych dzieł, jakie powstały w języku angielskim. Jej książki nie były nigdy bestsellerami, ale miały wiernych czytelników i były modne wśród pisarzy. Wymieniano ją obok Virginii Woolf i Jamesa Joyce'a z racji specyficznego, stylizowanego języka. Natomiast Susan Sontag uznała ją za przedstawicielkę campu ze względu na świadomie używany kicz i dziwaczności. Rzeczywiście, gdyby Oscar Wilde napisał na nowo dramaty Sofoklesa i Eurypidesa, wyszedłby z tego świat z książek Compton-Burnett.

Dom i jego głowa z 1935 r. jest trzecią jej książką wydaną po polsku, po Teraźniejszości i przeszłości i Więcej panów niż pań. Ciągle jednak pozostaje w cieniu. Fabuła jak z bulwarówki łączy się tu z wysublimowaną, sztuczną formą. Okazuje się, że mimo efektu obcości zanurzamy się w tym dziwacznym świecie, wciąga nas ta szermierka na słowa.

Portret domowego tyrana

Mamy oto rodzinę Edgeworthów przy śniadaniu. Rodzina składa się nie tylko z dorosłych córek, matki i ojca, ale też z bratanka, dawnej nauczycielki i jej córki. Kogoś brakuje. Ten schemat brakującej osoby przy stole pojawia się również w innych powieściach.

„- A więc dzieci jeszcze nie zeszły?" - tak brzmi pierwsze zdanie powieści. W kolejnych scenach znowu coś się w tym życiu rodzinnym nie będzie zgadzać. Ellen, żona Duncana, zachoruje i umrze. Od tego momentu zdarzenia przyspieszają, pojawia się młoda macocha Alison. Raz, dwa - i Alison zachodzi w ciążę. Czas pokaże, że niestety nie z głową domu. Następują dalsze tajemnicze zdarzenia, piętrowe intrygi i niespodziewane zgony. Zagadka zostaje wyjaśniona, ale to nie o nią tu chodzi. Bo po nadzwyczajnych zdarzeniach wszystko wraca do normy. Już szykują się kolejne śluby i rodzą nowe dzieci. Następuje zakończenie, które, jak to ujęła Francine Prose, mogłaby wymyślić tylko pijana Jane Austen.

To nie intryga jest tu najważniejsza. Dostajemy za to portret domowego tyrana, który wymaga absolutnego posłuszeństwa. Kobietami gardzi, bratanka nie szanuje, choć zawsze to jednak mężczyzna... Może się zdarzyć trzęsienie ziemi (i zdarza się, tyle że domowe), a jego sytuacja nie zmieni się ani trochę. Tyran zawsze będzie rządził w państwie - domu. „Wszystkich was mam na wychowaniu" - złowróżbnie brzmią ostatnie zdania książki. Jego największą ofiarą jest żona, Ellen, która nie istnieje, która nie może mieć swojego zdania ani swoich pieniędzy, nie może nawet zachorować. Choroba to przecież kłopot. Jak komentuje zgryźliwie jedna z córek, matki zabrakło, a powinna przecież pocieszać ojca po własnej śmierci.

Pożeranie niewygodnych jednostek

Inni bohaterowie też są paskudni i z czasem obnażają się podczas tych niekończących się rozmów. Najbardziej zadziwiające jest, że po ujawnieniu najstraszniejszych rzeczy życie rodzinne toczy się dalej. Na każdą sytuację można znaleźć odpowiednie słowa, które ją jakoś neutralizują. Nie bez powodu w pierwszej scenie zostaje spalona zakazana książka Darwina. U Compton-Burnett odbywa się bezlitosny dobór naturalny - symboliczne pożeranie niewygodnych jednostek. „Wielka to rzecz być wolnym od trosk materialnych w takim momencie i móc spokojnie skupić się na tragedii" - mówi jedna z postaci po kolejnej śmierci. Trzeba bowiem zapewnić pieniądze i zachować dom. To właśnie w imię domu dzieje się to wszystko.

Compton-Burnett, opowiadając historyjki z XIX-wiecznego salonu, jest równie radykalna w oskarżeniu rodziny, jak później będą w swojej twórczości Bernhard czy Jelinek. Przy czym to połączenie sztuczności z rodzinną grozą nie przypomina niczego innego w literaturze i może dlatego też świat tej prozy w ogóle się nie zestarzał.

- Justyna Sobolewska